Czas na relaks…

Kochani, dziś bardzo krótko chciałabym Was zabrać w spokojną, wyciszającą po ciężkim dniu podróż… Tę relaksację nagrywałam w późnych godzinach wieczornych, a w montażu pomagał mi mój Tato (melodię zaś pomagał dobrać mój Mąż). Bardzo zależało mi na tym, aby właśnie dziś, w piątek, zaprosić Was do poświęcenia sobie chwili i wyciszenia się. Będę Wam wdzięczna za wszelkie opinie, komentarze, wskazówki, uwagi tak, by kolejne, przygotowane przeze mnie sesje były dla Was jeszcze milsze i przyjemniejsze 🙂

I choć w chwili obecnej dzieli nas duża odległość i różnica czasowa, przesyłam Wam moc serdeczności. I życzę Wam cudownego wieczoru.

Pamiętajcie proszę – bądźcie dla siebie dobrzy i dbajcie o siebie :*

M!

Relaksująca wyprawa na plażę…

 

“Mama a chłopczyk mi zabrał zabawkę” – jak dbać o siebie, nie raniąc innych

Dziś chciałabym się z Wami podzielić sytuacją, w której uczestniczyłam niedawno wraz z Lilcią. Pewnego dnia wybraliśmy się na rodzinny obiad do centrum handlowego 🙂
Po zamówieniu naszych dań, poszłam z Lilą do kącika zabaw dla dzieci, oddalonego od miejsca, w którym jedliśmy. Usiadłam na krześle za ogrodzoną, zabawową częścią i spoglądałam na poczynania Lilci. Obok niej było dwóch chłopców. Jeden przechadzał się obok mnie i wysyłał uśmiechy 🙂Bardzo lubię taką formę komunikacji z dziećmi. One są tak naturalne w swoich reakcjach.

Chłopczyk nosił ze sobą zabawkowe autko, które przeznaczone było do użytku dzieci przebywających w kąciku zabaw. W pewnym momencie położył pojazd i poszedł bawić się z bratem. Gdy Lila już pozjeżdżała ze zjeżdżalni, usiadła na wykładzinie i chwyciła do ręki ten samochód. W pewnym momencie chłopczyk podszedł do niej i zabrał jej go z rąk. Spojrzałam na Lilcię i dostrzegłam jej zaskoczoną i zasmuconą buzię. Lila była bezradna. Nie wiedziała, co zrobić i jak na tę sytuację zareagować.

Zawołałam ją do siebie:

– “Lilciu, chłopczyk zabrał ci auto, którym się bawiłaś? Zrobiło ci się przykro? Byłaś chyba zaskoczona, co?”

– “Tak” – odpowiedziała ona ze smutkiem.

– “Wiesz Lilciu, masz prawo się tak czuć. To przykre, gdy nam ktoś zabiera zabawkę, którą się bawimy.”

– “Tak. Ja chciałam się bawić tym autkiem” – odparła.

– “Lilciu, wiesz co możesz zrobić następnym razem, gdy przydarzy ci się podobna sytuacja?”

– “Co?” – zapytała, patrząc na mnie.

– “Jeśli się czymś bawisz, a jakieś dziecko będzie chciało ci zabrać zabawkę, możesz mu powiedzieć: “Nie zabieraj mi tej zabawki. Teraz ja się nią bawię. Jak skończę, to ci ją dam. Albo…” – dodałam, żeby Lila miała wybór: “…możesz temu dziecku zaproponować wspólną zabawę tą zabawką””.

Lila posłuchała tego, co do niej mówię, po czym wróciła na dywanik. Chłopczyk od razu po zabraniu Lilci autka, położył je na ziemi i poszedł zjeżdżać ze zjeżdżalni. Lila widząc, że autko znów jest wolne, sięgnęła po nie i zaczęła nim jeździć po wykładzinie. Po chwili w jej pobliżu pojawił się ten sam chłopczyk i, jak poprzednio, wyciągnął rączkę po autko. Tym razem Lila powiedziała stanowczo: “Teraz ja się bawię tym autkiem. Jak skończę to będziesz mógł się pobawić”. Chłopczyk, nieco zdziwiony, oddalił się o kilka kroków, po czym chwycił materiałowy koszyk i nałożył go Lilci na głowę. Ewidentnie się zdenerwował. Starałam się jednak nie ingerować, obserwując, jak rozwinie się ta sytuacja. Lila zdjęła sobie koszyk z głowy i dalej bawiła się zabawką. Po chwili chłopczyk zrobił coś, co prawdziwie mnie wzruszyło, zaskoczyło i uradowało 🙂 Poszedł po dużą zabawkę, przyniósł ją i postawił przed Lilcią. Znalazł rozwiązanie 🙂 Dał coś w zamian 🙂 W tym momencie Lila przekazała chłopcu do rąk samochodzik i zaczęła się bawić zabawką, którą on jej przyniósł. Dawno nie byłam tak wzruszona mogąc obserwować relacje społeczne pomiędzy dziećmi 🙂Jeśli delikatnie się je pokieruje i zostawi im przestrzeń, okazuje się, że potrafią znaleźć własne rozwiązanie 🙂 Gdy chłopiec przyniósł Lilci zabawkę i odebrał sobie autko, spojrzał na mnie z ciekawością. Uśmiechnęłam się do niego serdecznie. Zadziało się przecież coś bardzo ważnego. Chłopczyk zaproponował wymianę – bardzo ważną rzecz w procesie dziecięcej komunikacji 🙂

Gdy opuszczałyśmy kącik zabaw, powiedziałam do Lilci:

“Wow, Lilciu, zobacz, jak fajnie udało się tobie i chłopczykowi rozwiązać sytuację. Nie pozwoliłaś zabrać sobie zabawki. Chłopiec co prawda trochę się zdenerwował i nałożył ci ten koszyczek na głowę, ale po chwili przyszedł do ciebie i przyniósł Ci zabawkę. Uzyskaliście porozumienie. Ty podałaś mu autko i zaczęłaś bawić się kuleczkami, które on postawił przed tobą. To duża rzecz”.

Bardzo z siebie zadowolona Lilcia powiedziała:

– “Tak mamusiu. Byłam zła na chłopczyka, ale nie chciałam go bić, bo bicie nie jest dobre. A chłopczyk jest ode mnie młodszy. Mama, a będę mogła pójść jeszcze pobawić się z chłopczykiem?”

Warto pomagać dzieciom w mierzeniu się z rozmaitymi społecznymi wyzwaniami, starając się obserwować z boku rozwój sytuacji. Mali ludzie nie wiedzą, w jaki sposób, inny niż siłą, mogą uzyskać to, na czym im zależy. Warto podsuwać im pomysły, możliwości, dając jednocześnie przestrzeń do decydowania i poczucia konsekwencji tych decyzji. Okazuje się bowiem, że potrafią zaproponować bardzo budujące obie strony rozwiązania, przy zachowaniu szacunku i sympatii do samych siebie 
M!

 

„Książka, dzięki której zaczęłam czytać” –> Gdybym się nie bała… to bym ZMIAN w życiu dokonała…

To będzie chyba mój najdłuższy wpis. Najbardziej osobisty i szczególny. Dlaczego? Jeśli dotrwacie do końca mojego tekstu, będziecie mieli okazję się dowiedzieć 🙂

 

Jakiś czas temu na blogu Dagmary Sobczak (www.socjopatka.pl) przeczytałam o Akcji – “Książka, dzięki której zaczęłam czytać”. Jako zadeklarowana i nałogowa “książkoholiczka” zapragnęłam wziąć udział w akcji i podzielić się z czytelnikami swoim książkowym odkryciem z gatunku literatury rozwojowej.

I.) CO TO ZA AKCJA?

Jak akcję opisuje sama Dagmara?

„Akcja „Książka, dzięki której zacząłem czytać” to projekt mający na celu wyłonienie najlepszych książek z każdego gatunku literackiego. Każdy bloger biorący udział w Akcji przedstawia jedną książkę, która jego zdaniem jest najlepszą pozycją, od której warto zacząć przygodę z danym gatunkiem.

Dodatkowo Akcją chcemy przekazać, że jest wiele ciekawych gatunków literackich, często przez nas nieodkrytych, w których inni zaczytują się bez pamięci.

Akcja trwa od 01.07.2017 do 31.07.2017 roku. Po jej zakończeniu na blogu Organizatora Akcji pojawi się lista wszystkich tytułów, z którymi chcemy Was zapoznać.”

II.) DLACZEGO LITERATURA ROZWOJOWA? – “krótkie” wyjaśnienie 🙂

Czytam, od kiedy sięgam pamięcią. Uwielbiam czytać i otaczać się książkami. Uważam je za swoich najbardziej wyjątkowych, codziennych towarzyszy. Zawsze biorę ze sobą do łóżka jedną, dwie lub trzy wybrane publikacje i wybieram z nich tę, na którą aktualnie mam największą ochotę 🙂

Gdy byłam małą dziewczynką, a później nastolatką czytałam głównie literaturę młodzieżową. Do dziś wspominam wakacje, podczas których niemal połykałam oczami i głową książki Małgorzaty Musierowicz 🙂 Do dziś ze wzruszeniem i wielkim sentymentem wspominam ten czas.

Gdy rozpoczęłam studia pedagogiczne, ogrom swojego czasu przeznaczałam na lekturę rozmaitych książek o tematyce wychowania, rozwoju dzieci, psychologii. Mało uwagi poświęcałam samej sobie i pracy nad rozmaitymi obszarami swojego życia. Zawsze potrafiłam znaleźć mnóstwo wymówek, które chroniły mnie przed wglądem w to, jak funkcjonuję, jakie są moje nawyki, czy mogę poprawić jakość swojego funkcjonowania. Zdarzało mi się (i nadal zdarza) robić różne rzeczy na ostatnią chwilę i (pomimo stresu) być wówczas najbardziej wydajną i efektywną. “Ostatnia chwila” jednak wiele mnie kosztuje – nerwów, zdrowia, nieprzespanych nocy.

Przez większą część mojego życia poradniki motywacyjne i rozwojowe, które widziałam w księgarniach, omijałam szerokim łukiem. Bywało, że przystawałam przy nich na moment głównie po to, by przyjrzeć się dokładniej okładce lub przeczytać spis treści. Tak to już z nami – ludźmi jest. Gdy, pomimo mało nam służących nawyków, funkcjonujemy we względnym spokoju, wówczas nie mamy wielkiej motywacji, by coś z tym zrobić. W naszym otoczeniu panuje chaos? Trudno, widocznie tacy jesteśmy. Mamy problem z dobrą organizacją? Tak też się zdarza. Widocznie to wynik naszej nie podlegającej zmianie natury. Ciężko nam doprowadzić jakąś rzecz do końca? Widocznie nie było to nam pisane. Nasz umysł potrafi znaleźć tysiące, jeśli nie setki podobnych wymówek, dzięki którym nie musimy działać. Jesteśmy wytłumaczeni. Możemy kontynuować nasze codzienne życie. Taki był mój schemat i dotychczasowy scenariusz. Tak funkcjonowałam przez wiele, wiele, wiele lat. Potrafiłam chronić samą siebie przed podjęciem działania ze strachu, wygody, pragnienia poczucia bezpieczeństwa i trwania w tym, co znane, a przez to przewidywalne i mało zaskakujące.

Jak to się zatem stało, że dojrzałam do tego, by sięgnąć po literaturę rozwojową?

Największą motywacją okazało się dla mnie pojawienie się mojej córki na świecie. Przeniesienie odpowiedzialności z samej siebie na małą, bezbronną, zależną ode mnie i męża istotę sprawiło, że zapragnęłam zacząć nad sobą pracować. Po to, by być dobrą, wspierającą swoje dziecko mamą. Po to, by móc mu przekazać wartości, w które wierzę. By nauczyć ją tego, co pomoże jej  pokonywać  rozmaite wyzwania i trudności. By pokazać jej, jak można mówić o uczuciach, potrzebach i emocjach. Jak można mówić o własnym lęku, obawach, radości, smutku, trudnościach, dylematach. By pokazać jej, jak można radzić sobie z codziennymi wyzwaniami, jak chociażby pośpiech, korek uliczny, trudności zawodowe. Mając przed sobą i przy sobie małego człowieka z wielkimi, bacznie mnie obserwującymi oczami poczułam TO. ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Za moją córkę. Za jej komfort psychiczny w myśl słów “szczęśliwa, spokojna mama to szczęśliwe, spokojne dziecko“. Zdałam sobie sprawę, że dla samej siebie mogę mieć nieco pesymistyczne nastawienie do życia. Że mogę się czegoś bać, nie wierzyć w siebie, wzbraniać się przed zmianą. Mogę uprawiać legalne czarnowidztwo, bez większych konsekwencji dla innych (choć konsekwencje takiego działania były, rzecz jasna).

Gdy jednak my – ludzie –  mamy poczucie, iż obserwuje nas mały człowiek, którego kochamy nad życie, stosunek do samego siebie zmienia się diametralnie.  Myślę, że każdy rodzic potwierdzi moje słowa –> wszyscy chcemy wychować dzieci:

-szczęśliwe,

-pewne siebie,

-mające:

–> wysokie poczucie własnej wartości,

–> wiarę w siebie,

–> pogodę ducha,

–> odwagę do mierzenia się z wyzwaniami,

– nie zrażające się niepowodzeniami,

-mające szacunek do siebie i do innych ludzi

-lubiące siebie i innych

-lubiące życie.

Dopiero kiedy moja córka przyszła na świat zdałam sobie sprawę z tego, że przyszedł najwyższy czas na rozpoczęcie pracy nad sobą. Na odłożenie na bok wymówek pt.: “Nie chce mi się, nie umiem, nie dam rady” i zadbanie o jak największą samoświadomość oraz wiedzę na temat własnych nawyków bądź mechanizmów chroniących nas przed dokonywaniem zmian.

Zatem rozpoczęłam. Intensywną pracę nad sobą.  Zaczęłam brać udział w wielu warsztatach dla rodziców, które niebywale poszerzyły moją perspektywę. Pokazały mi, co w rodzicielstwie jest ważne. Czego potrzebują dzieci –> autentycznego, prawdziwego, nieidealnego, lecz pracującego nad sobą rodzica.

III.) Dlaczego “30 dni do zmian” Edyty Zając?

Pewnego dnia, przeglądając internetowe strony, natknęłam się na profil Edyty Zając. Organizowała akurat u siebie konkurs poświęcony bliskiej mi tematyce (komunikacji z dziećmi). Postanowiłam wziąć udział w tym konkursie i szczęśliwie Edyta przyznała mi książkową nagrodę. Bardzo polubiłam jej profil, teksty, opisywaną i analizowaną przez nią tematykę. Stałam się jej regularną czytelniczką.  Kiedy więc pewnego dnia  przeczytałam u niej wpis informujący o tym, że niebawem światło dzienne ujrzy jej pierwsza książka, wiedziałam, że chcę ją mieć. Nie po to, by kurzyła się na mojej półce lecz po to, bym mogła dzięki niej i z nią pracować. By, z jej pomocą, dokonać zmian w swoim życiu.  Zmian, które okażą się dobre nie tylko dla mnie, ale dla całej mojej rodziny.

“30 dni do zmian” rozpoczyna opowieść Edyty o jej wizytach u pacjentów krakowskiego Hospicjum. Edyta wspomina rozmowę z 97 – letnią, samotną panią Stanisławą, która bardzo lubiła jej odwiedziny. Ostatnie zacytowane zdanie wypowiedziane przez Panią Stanisławę bardzo mnie poruszyło:

“Ja jestem sama – mąż mnie zostawił, dzieci też. Ale to była moja wina. Ja niczego nie chciałam dla siebie. A tyle miałam planów i pomysłów. Niczego dla siebie i zobacz, jak kończę. Nie pozwól, żeby to się zdarzyło Tobie. Tylko rób, co Ci serce dyktuje. I rozum. Co jest dobre dla Ciebie”.

Słowa Pani Stanisławy, dojrzałej kobiety, która przeżyła życie i kończyła je w smutny sposób, bardzo mnie poruszyły. Do dziś sięgam do tego fragmentu książki, by przypomnieć sobie ważną rozmowę Edyty z doświadczonym człowiekiem, który dzieli się swoimi doświadczeniami. Bardzo lubię ludzi w sile wieku. Uwielbiam z nimi rozmawiać. Słuchać opowieści o ich życiu, trudnościach, sukcesach, wzruszeniach. Wiele się od nich uczę. Czerpię z ich doświadczeń. To najpiękniejszy rodzaj nauki, jaki może istnieć. Biorę z niej elementy, które mogą mi pomóc być lepszym człowiekiem i sprawdzam, czy potrafię zgodnie z nimi działać.

We wstępnie do swojej książki Edyta wita czytelnika słowami:

“Nie wiem, w którym momencie życia jesteś. Możesz być w poważnym kryzysie, który każdy zauważa – rozstanie z kimś ważnym, problemy zdrowotne, samotność, trudne chwile w życiu zawodowym. Możesz też być w kryzysie,  o którym wiesz tylko Ty. Nagle zauważyłeś, co jest źródłem Twoich problemów. Zetknąłeś się z niechęcią innych ludzi lub nie wiesz, czy droga, którą wybrałeś, jest właściwa. Nie widzisz sensu, jesteś zmęczony, chcesz poczuć, że cokolwiek z tego, co robisz, prowadzi Cię do jakiegoś celu”.

Dlaczego JA sięgnęłam po książkę Edyty?

Bo czułam, że potrzebuję ZMIANY. Że znajduję się w dziwnym momencie swojego życia, w którym towarzyszy mi wiele, wiele dylematów:

“Czy posłać już córkę do przedszkola, czy jeszcze “chwilę” poczekać? Co zrobić ze sobą, jak ona pójdzie “do dzieci”? Czy wrócić do pracy, którą zostawiłam, czy iść w stronę własnych marzeń? Czy wrócić do tego, co znane, lecz nie daje mi satysfakcji, czy też szukać tego, co mi bliższe?”

Gonitwa podobnych myśli była momentami nie do zniesienia.

Miałam dosyć:

– własnego strachu

-lęku przed zmianą lub zrobieniem czegoś nowego, co wymagałoby podjęcia ryzyka.

W tamtym czasie cie lubiłam zmian. Bałam się wszystkiego, czego nie znałam. Z tego okresu pochodzi jeden z bliższych mi tekstów, które napisałam pod wpływem impulsu – pt. “Gdybym się nie bała…”.

Opisałam w nim wszystkie rzeczy, które zrobiłabym, gdybym tylko odłożyła na bok swój strach. Byłam już bardzo zmęczona moim lękiem oraz setkami obaw, które nie musiały się przecież ziścić. Człowiek, zanim rozpocznie jakąkolwiek zmianę, musi najpierw dojść do momentu mocnego kryzysu, by zyskać motywację, gotowość i odwagę, aby się wspiąć w górę.

Książka Edyty Zając przyszła do mnie w idealnym momencie mojego życia. Gdy czułam wielkie niezadowolenie z samej siebie, gdy miałam poczucie, że stoję w miejscu i boję się ruszyć w nieznane. Wizja wypuszczenia z domu mojej córki wydawała mi się nie do przejścia. Bywały chwile, gdy czułam się zmęczona, przytłoczona codzienną rutyną. Wiedziałam jednak, co w danym dniu mnie czeka, co mam robić, jak się zorganizować. Zmiana schematu wiązała się z wytrąceniem z dotychczasowej, bezpiecznej równowagi. Czułam jednak, że rola mamy już mi nie wystarcza. Że potrzebuję realizować się również zawodowo. Nie wiedziałam jednak, w czym. Miałam problem z nadmiarem interesujących mnie rzeczy i dokonaniem wyboru.  Stałam więc w miejscu. Bo skoro jest tyle opcji (pedagogika, logopedia, emisja głosu, pisanie tekstów, tworzenie nagrań), to jak sięgnąć po to WŁAŚCIWE?

Odpowiedzi na to pytanie postanowiłam poszukać w najbardziej sprawdzony w moim przypadku sposób – sięgając po książkę. Od dnia, w którym znalazła się ona w moich rękach minęły już dwa lata. Czy wiecie jak bardzo moje życie zmieniło się od tego czasu? Na końcu wpisu Wam to pokazuję 😀

W “30 dni do zmian” Edyta Zając bardzo obrazowo opisuje, czym jest ZMIANA:

“Zmiana jest wspaniałym doświadczeniem, pozwala na odkrycie prawdziwych pragnień, odziera ze złudzeń i przybliża do SAMODZIELNEGO kreowania swojego życia. Dokonując zmian, które są przemyślane, działasz jak Napoleon Bonaparte – przejmujesz dowodzenie, zastanawiasz się nad przeszkodami, jakie mogą pojawić się w Twoim życiu, obierasz sobie cel i nie rezygnujesz z niego. A do tego – nastawiasz się na sukces (jakkolwiek go nazywasz). Chcę Twoich zmian – sprawdźmy, jak możemy polepszyć naszą codzienność”.

Brzmi jak slogan reklamowy? Jeśli masz takie poczucie, być może oznacza to, że jeszcze nie jesteś gotowy/ gotowa do zmian lub masz inny pomysł na wprowadzenie ich w życie. Do mnie te zdania bardzo przemówiły. Wiele razy pisałam to Edycie, że jej książka pojawiła się w moim domu w doskonałym momencie. Byłam GOTOWA. Chciałam ZMIAN, nawet jeśli czułam, że mogą być dla mnie czasem bolesne, niewygodne, uwierające moją głowę i serce.

Edyta swoją publikację podzieliła na cztery części:

1.) TYDZIEŃ WYRZUCANIA ZBĘDNYCH RZECZY (ile ja dobrych zmian dzięki temu rozdziałowi dokonałam. Zaczęłam porządkować swoją przestrzeń, pozbywać się rzeczy, które przez lata trzymałam w domu, a z których zupełnie nie korzystałam. Pozbyłam się sentymentalizmu i skupiłam na tym, co naprawdę ważne. Notatki ze studiów, z których nie korzystałam, zostały wyrzucone. Podobnie jak tona gazet, które trzymałam “na pamiątkę”. Najtrudniej było mi uporządkować ubrania, ale i to zrobiłam. I robię do dziś. Bo co jakiś czas orientuję się, że moja szafa wymaga przejrzenia i dokonania selekcji). Dzięki temu rozdziałowi nauczyłam się planować, określać własne cele, marzenia, plany, ujmować je w czasie, podejmować się ich realizacji. Zeszyt, który założyłam sobie przy okazji lektury książki Edyty mam do dziś. Czy wiecie, że właśnie DZIŚ mogę odhaczyć całkiem pokaźną listę zrealizowanych planów, celów, pomysłów wcielonych w życie?

2.) TYDZIEŃ PRÓBOWANIA CZEGOŚ NOWEGO (ten rozdział był bardzo ważnym dla mnie rozdziałem, w którym praktycznie, metodą bardzo małych, momentami maciupkich kroków, robiłam rzeczy wbrew utartym schematom, próbowałam, eksperymentowałam i sprawdzałam, jak się z tym czuję. Zaczęłam bardziej myśleć o sobie i potrzebie realizacji własnych potrzeb, pracy nad sobą po to, by żyło mi się lepiej. Dodatkowo zauważyłam, że jak ja się lepiej czuję, jestem spokojniejsza, szczęśliwsza, to przekłada się mocno na kondycję całej mojej rodziny i bliskich mi ludzi. Niesamowita sprawa, która znajduje swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Dodatkowo zaczęłam sobie pozwalać na to, by pokazywać swoje umiejętności, nie chowając ich w myśl wcześniejszego przekonania, iż “nie wypada, bo ktoś uzna to za brak skromności i pokory“. Zaczęłam to robić, ponieważ czułam, że jest coś, czym mogę, chcę i potrzebuję dzielić się z innymi ludźmi. Oczywiście nie wszystko mi się udało. Nadal pracuję nad tym, aby mniej się przejmować i częściej uwalniać swoją głowę od nadmiaru natrętnych, często krytycznych myśli. Uwalniać siebie od pułapki pt. “Co inni pomyślą/ powiedzą?”. Dziś jednak wiem, że ZMIANY wymagają czasu. Dlatego też ten czas daję sobie samej.

3.)TYDZIEŃ PERFEKCYJNEGO STYLU ŻYCIA (Jeśli sięgniecie po książkę Edyty, dobrze Wam radzę, abyście ten rozdział porządnie odrobili. To rozdział, który zachęca do zadbania o siebie, skupienia się na wielu obszarach własnego życia, między innymi na sferze: fizycznej, emocjonalnej, psychicznej, profesjonalnej, duchowej oraz sferze relacji. Z tym rozdziałem bardzo dobrze jest solidnie popracować. Tylko wtedy będziecie bowiem w stanie dostrzec efekty własnych działań i podejmowanych prób. Ja z nim wciąż pracuję i co jakiś czas odświeżam sobie różne treści, wracam do zadań i na nowo je wykonuję. Dlaczego? Ponieważ ciągle się zmieniam, zatem i na rady zawarte w tym samym rozdziale reaguję inaczej –> obecnie z dużo większą otwartością, świadomością i zapałem niż kiedyś.

4.) TYDZIEŃ PLANOWANIA I ORGANIZACJI (to kolejny rozdział zachęcający do bardzo wytężonej pracy. Jak sama jego nazwa wskazuje, pomaga przejść przez proces zaplanowania rozmaitych działań tak, by zacząć dostrzegać ich efekty. Zatem zanim sięgniecie po książkę – lub też równolegle z zakupem, zaopatrzcie się w gruby zeszyt, kilka długopisów – w razie gdyby jeden za szybko się wyczerpał- oraz  wczas dla samej/samego siebie).

 

Gdybym miała podsumować, jak zmieniło się moje życie od czasu lektury powyższej publikacji, potrzebowałabym wrócić do mojego pierwszego wpisu, stworzonego przed rozpoczęciem zmian:

 

Czerwiec 2015:

“Gdybym się nie bała…” (cytuję oryginalny wpis, w którym nie wprowadzam poprawek :)):

– Gdybym się nie bała, to dziś już bym stała…. na płycie lotniska w Nowym Jorku albo Grecji albo Hiszpanii.
– Gdybym się nie bała, dziś prowadziłabym zajęcia na kilku uczelniach, bo bardzo lubię przekazywać innym wiedzę i współpracować z ludźmi.
– Gdybym się nie bała, już dziś pisałabym bloga – o mowie i wymowie (czyli mojej wielkiej pasji), o życiu, rozwoju dzieci, cudownych książkach, które potrafią prowadzić pięknie przez dzieciństwo, rozwoju w ogóle, o wspaniałych rodzicielskich momentach, których doświadczam dzięki córce oraz o tych, o których nie zawsze chce się pisać z obawy przed…. .
– Gdybym się nie bała, już moja pierwsza książka z opowieściami dla dzieci leżałaby na półkach w księgarni.
– Gdybym się nie bała, właśnie przygotowywałabym do otwarcia lokalu, do którego zapraszałabym każdego, kto ma ochotę na odrobinę relaksu, rozwoju, motywacji, pysznej kawy i domowego ciasta.
– Gdybym się nie bała, naprawdę byłabym optymistką 🙂
– Gdybym się nie bała, to bym rewelacyjnie gotowała (sama nie wiem, czy to ja boję się gotowania, czy ono boi się mnie ;)).
– Gdybym nie bała się ciszy, to często bym milczała (gdyż czasem najbardziej wymowna jest cisza właśnie).
– Gdybym się nie bała, byłabym w 100% sobą (tą milej widzianą i tą, którą znają mnie wyłącznie najbliżsi) bez zastanawiania, co sobie ktoś pomyśli.

Sądzę, że wokół mnie jest mnóstwo kobiet i mężczyzn, które z różnych względów wstrzymują się przed rozmaitymi działaniami, bo zawsze jest strach i lęk o coś lub z jakiegoś powodu. Życie jest tylko jedno, nie można go przeżyć w strachu przed innymi, a przede wszystkim przed samą sobą. I oby choć jedna rzecz z wyżej wymienionych ruszyła do przodu, jestem przekonana, że inne poszłyby za nią lawinowo :)”

 

25 stycznia 2017 r., na moim profilu napisałam tekst odnośnie zmian wprowadzonych w życie począwszy od czerwca 2015 r.:

ZMIANY Ruszyły….

-Pod koniec sierpnia (2016 r.) powołałam do życia swój profil i swojego bloga (Mowosfera).

-Rozpoczęłam realizację i upublicznianie swoich nagrań – których tworzenie sprawia mi ogromną przyjemność.

-Mam możliwość prowadzenia zajęć z Emisji Głosu, dzięki czemu bardzo dużo się uczę

-Nie piszę już tylko “do szuflady” lub roboczego folderu “Myśli luźne”, tylko wyrzucam je w tzw. społeczny świat.

-Coraz bardziej lubię ciszę i potrafię ją przyjąć – szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Lepiej niż kiedyś potrafię zrozumieć swoje granice, potrzeby i plany oraz o nie zadbać.

Jedynie do samolotu wciąż przekonać się nie mogę 😉 A naprawdę chętnie stanęłabym na płycie lotniska w ciekawym amerykańskim mieście 🙂 Wierzę, że kiedyś to marzenie doczeka się spełnienia. Również gotowanie nadal próbuje mnie do siebie przekonać, co wychodzi naprzemiennie – raz smacznie, raz po prostu znośnie. I, mam nadzieję, że kiedyś rzeczywiście powstanie projekt “Gdybym się nie bał/a…” dla każdej kobiety/mężczyzny, która/y o czymś marzy i marzenia te na razie wkłada do swojej prywatnej szuflady z obawy przed… Takich obaw miewamy setki, jeśli nie tysiące.

A jak jest dziś? 28 lipca 2017 r.?

Czy wiecie, gdzie będę za miesiąc o tej porze? Jeśli zdrowie, siły i inne okoliczności okażą się sprzyjające?

W…. Nowym Jorku właśnie 🙂

Trzymajcie za mnie kciuki, bowiem niełatwa to była dla mnie decyzja. Okropnie boję się latać. Wizja spędzenia ponad 9 godzin w samolocie wydaje mi się absolutnie przerażająca 🙂 Jestem jednak zwarta, gotowa i szczęśliwa, że odważyłam się sięgnąć po zrobienie rzeczy, która ze wszech miar mnie przeraża 🙂

Dziękuję Ci Edyto za Twoją książkę i dotychczasowy kontakt. Okazuje się, że nie takie zmiany straszne, jak się je sobie w głowie kreuje.

Wam również życzę odwagi do dokonywania zmian w życiu i realizowania mniejszych oraz większych marzeń 🙂 A do aktywnej i pracowitej lektury “30 dni do zmian” Edyty Zając gorąco zachęcam.

M!

Mama to prawda, że dorośli nie płaczą? O łzach, które nie rozróżniają płci…

– “Mama, to prawda, że dorośli nie płaczą?” – zapytała mnie Lilcia pewnego wieczoru.

– “Hmmm…. tu mnie zaskoczyła… Wiele razy rozmawiałyśmy o łzach, płaczu –> pomocnych w zrzuceniu z siebie niewidzialnego ciężaru. Myślałam, że wie…” – analizowałam na szybko, po czym odpowiedziałam:

“Nie Lilciu. To nieprawda. Dorośli również płaczą”.

Nastała cisza, którą przerwałam, mówiąc dalej:

– “Pamiętasz, jak wróciłyśmy kiedyś po wizycie u pani okulistki do domu? Pamiętasz, że wtedy się popłakałam? A jak wysiadłyśmy z samochodu, Ty podeszłaś do mnie i mnie przytuliłaś?”

– “Tak” – odpowiedziała ONA.

– “Widzisz? Jestem dorosła a słowa pani okulistki spowodowały, że zrobiło mi się źle, ciężko, przykro. I potrzebowałam sobie popłakać. I wiesz co się stało? Ten płacz mi pomógł. Poczułam się lepiej.” – kontynuowałam.

ONA słuchała. Zaciekawiona. Zawsze słucha uważnie, gdy mówię o czymś dla niej ważnym. O czymś, co ją interesuje. Co jest jej bliskie. Co potrzebuje poukładać sobie w głowie.

Myślę o tym, jak ważne jest rozmawianie z dziećmi o uczuciach. Nie ukrywanie się przed nimi ze swoim smutkiem, płaczem. Dzieci, aby przyswoić sobie wiedzę na temat życia, relacji społecznych, sposobów radzenia sobie z trudnościami, potrzebują wielokrotnych powtórzeń. Licznych rozmów. Obserwacji nas – dorosłych – “w akcji”. W sytuacjach zarówno dla nas przyjemnych, jak i trudnych. Dobrze, aby miały szansę patrzeć jak my – w sposób nieskrępowany, bez obaw – czymś się cieszymy. “Po dziecięcemu”, okazując entuzjazm i łatwą do rozpoznania radość. Dobrze, aby były świadkami naszych (konstruktywnych) zmagań z rozmaitymi wyzwaniami życiowymi.

Dobrze, by wiedziały, że dorośli (mimo wieku) również:

– płaczą
– popełniają błędy
– denerwują się
– reagują czasem zbyt impulsywnie
– przepraszają
– próbują raz jeszcze
– walczą ze swoją niemocą i niechęcią do porannych pobudek i realizacji rozmaitych działań

Od wielu dorosłych miałam okazję usłyszeć, że płacz bardzo im pomaga. Świadomość, że mogą wylać czasem morze łez bez osądzania, krytykowania, zaprzeczania, jest dla nich niezwykle ważna.

Pamiętajmy o tym w odniesieniu do naszych dzieci. Jeśli kiedykolwiek pojawi się w nas dylemat, jak zareagować na dziecięcy płacz (niezależnie od tego, czy płacze chłopiec czy dziewczynka – płacz bowiem nie rozróżnia płci), zatrzymajmy się na chwilę. Zastanówmy się, czy sposób, w jaki będziemy próbowali wesprzeć bliską nam osobę byłby przez nas samych mile widziany. Podczas płaczu wystarczy drugiemu człowiekowi tylko towarzyszyć. Otulić go niewidzialną ręką (jeśli nie potrzebuje bliskości) i nic nie mówić. Warto podążać za jego potrzebami i przypominać:

“Jestem tutaj. Kiedy będziesz mnie potrzebował, przytul się. MASZ PRAWO płakać. Ja też czasem płaczę. Płacz jest dobry. Płacz jest potrzebny”.

Nie ma nic gorszego niż kumulowanie uczuć i wysyłanie ich wewnątrz siebie, do organizmu. On, prędzej czy później, nam odpowie. I nie będzie to miła odpowiedź.

Zamiast mówić: “Nie płacz”, “Uspokój się”, “Zachowujesz się jak mała dzidzia”, “Chłopaki nie płaczą”, “Trzeba być twardym”, “Przestań już płakać” po prostu BĄDŹMY. Bez osądzania, piętnowania, krytykowania, podsuwania lepszych rozwiązań, zastraszania.

Na komunikat “Uspokój się”, dziecko reaguje często zagubieniem. Bo ono naprawdę bardzo chce to zrobić. Nie wie jednak jak może to zrobić. Dobrze, by miało przy sobie przewodnika, który przeprowadzi go przez tę niełatwą drogę.

“Trzeba być twardym?” – oj nie… nie trzeba. Bycie twardym to ogromny koszt dla małego i dużego człowieka.

“Zachowujesz się jak mała dzidzia” sugeruje, że mogą płakać tylko maluszki. Nie. Dorośli również płaczą.

“Chłopaki nie płaczą” – bardzo często spotykam się z tym zdaniem. “Chłopaki jak najbardziej płaczą i płakać powinny. Im wcześniej dziecko nauczy radzić sobie z trudnościami – także poprzez płacz, będzie miało większą szansę rozwijać swój mózg także w sferze emocjonalnej.

“Przestań już płakać” – bardzo trudno jest zatrzymać w sobie chęć płaczu (choć jest to wykonalne). Nie służy jednak zdrowiu. Płacz zatrzymany w ten sposób lokuje się często w okolicy klatki piersiowej (co można odczuć poprzez bardzo spłycony oddech i usztywnienie ciała) lub w gardle. Nie zdziwiłabym się, gdyby hamowana w ten sposób potrzeba popłakania nie zakończyła się anginą, bólem gardła lub trudnościami w mówieniu.

Zatem – nie bójmy się płaczu. On jest bardzo potrzebny zarówno dla naszej równowagi psychicznej, jak również dla zdrowia. Największym wyzwaniem jest, jak udało mi się już wielokrotnie zaobserwować, przyjęcie osoby, która płacze. Przyjęcie jej bez uwag, komentarzy. Z miłością, zrozumieniem, szacunkiem. To zdecydowanie umiejętność warta praktykowania i ćwiczenia. I życzę Wam tego, abyście potrafili zarówno płakać, jak i przyjmować płacz drugiej osoby 

M!

Mamo, Tato, bądźcie dla siebie dobrzy. O tym, jak ważne jest zadbanie o siebie

Chciałabym się z Wami podzielić swoją dzisiejszą sytuacją. Nie bardzo chcę wchodzić w szczegóły. Zależy mi na tym, abyście mogli poznać moje refleksje i przemyślenia. I abyście na koniec lektury pomyśleli o tym, jak ważne jest to, aby być dla siebie samego (siebie samej) po prostu dobrym i serdecznym.
Wczesnym rankiem szłam sobie dróżką, wdychając letnie powietrze. Wsłuchując się w odgłosy otoczenia. W moim kierunku zmierzali tato z synkiem. Chłopczyk nie miał ochoty iść. Najchętniej, gdyby to od niego zależało, zawróciłby do samochodu i jak najszybciej oddaliłby się z miejsca, w którym stał.

Widziałam, że tacie jest trudno. Znałam to uczucie. Wiele razy, odwożąc Lilę do przedszkola, spotykałam się z jej oporem. Smutkiem. Płaczem. Prośbą, by zawrócić. Bo ona nie chce. Bo nie ma dziś ochoty. Będzie tęskniła. Gdybym Wam napisała, że zawsze wykazywałam postawę wspierającą, skłamałabym. Wiele razy miewałam trudność. Dylemat. Niepewność. Ile to razy wychodziłam z przedszkola ze łzami w oczach, myśląc o tym, jak mogłam coś zrobić, czy powiedzieć inaczej. Czując, że nie okazałam jej należytego wsparcia i zrozumienia dla jej uczuć. Bo moje też były wówczas w wielkim bałaganie i nieładzie. Dużo wówczas nad tym wszystkim rozmyślałam i wciąż rozmyślam. Każdego dnia dowiaduję się czegoś nowego zarówno o moim dziecku, jak i o sobie samej.

Wrócę jednak do opisywanej sytuacji. Bezsilny wobec protestu syna tata, w pewnym momencie “wywołał mnie do tablicy” i powiedział: “Bo pani cię zabierze“. Wcześniej, gdy słyszałam tego typu słowa, jedyne co czułam, to złość. Na rodzica za to, że straszy swoje dziecko, odbierając mu poczucie bezpieczeństwa. Teraz byłam głównie zaskoczona i zdumiona. Tym bardziej, że to mną straszono. Mając trochę doświadczenia w pracy z dziećmi wiem jedno. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała wywołać w relacji z nimi to uczucie strachu i przerażenia moją osobą.

Widząc z daleka tę sytuację wiedziałam, dlaczego tata to mówi. Tacie też było trudno. Na swojej drodze napotkał świadka niełatwiej dla siebie sytuacji i próbował jak najszybciej ją przerwać. Słowami, które w jego odczuciu mogłyby podziałać. Natychmiast. By skończyć trudne zachowanie. Wyobraziłam sobie, z czym tata musiał się zmagać. Pomyślałam, że bardzo kocha swoje dziecko. Nie wie jednak, jak mu pomóc, bo codzienne rozstania dla obu stron mogą być trudne. Mijając więc tatę i synka powiedziałam do nich z uśmiechem: “Oj nie, nie zabiorę Cię. Wielka by to była szkoda, bo bardzo fajna zabawa w przedszkolu by cię ominęła” 🙂 Tata spojrzał na mnie z uśmiechem, a ja dodałam: “Poranki bywają czasem trudne. Życzę dobrego dnia.” i poszłam.

Myślę sobie, że to jest coś, czego rodzicom czasem brakuje od innych rodziców. Wsparcia, zrozumienia, zamiast oceniania i budowania własnej wartości kosztem “tych, którzy sobie nie radzą”. Nie znajdę chyba rodzica, który mógłby powiedzieć, że zawsze wszystko ogarnia. Mogłabym jedynie pomyśleć, że ma niepełny dostęp do samego siebie. Wielu rodziców szczerze, prawdziwie i najlepiej jak tylko potrafi kocha swoje dzieci. Chce, by były one szczęśliwe. By nie napotykały w swoim życiu na zbyt wiele momentów smutku, frustracji, przykrości. By nie doznały krzywdy ze strony innych ludzi. Każdy z nas – dorosłych – próbuje realizować te potrzeby w różny, najlepiej dostępny sobie sposób. Czasem automatyczny i mechaniczny. Czasem nawykowy, którego sami nigdy nie lubiliśmy ze strony bliskich nam ludzi. Nie zawsze jesteśmy w stanie w porę się zatrzymać. Czasem jakieś słowo wyleci z naszych ust niczym pocisk z karabinu. I zrani. Zaboli. Uderzy w najczulszą strunę dziecka. Jestem pewna, że taka sytuacja zdarzyła się choć raz każdemu z nas.

Nie piszę tego jednak po to, aby wywoływać w Was uczucie niepokoju, lęku, frustracji, poczucia winy. Piszę to, aby podzielić się z Wami moim doświadczeniem. Zawsze kiedy zdarzy mi się zrobić coś “za bardzo”, nieadekwatnie do sytuacji, niezbyt wspierająco dla Lilci, wówczas kieruję swoją uwagę na siebie. Staram się bliżej sobie przyjrzeć i zastanowić, co się ze mną dzieje. Jakie są moje uczucia i potrzeby. Czego mi brakuje. Robię to zwykle wtedy, gdy Lila już śpi. Często jest to niemożliwe w ciągu dnia, gdy wiele rzeczy wykonuję w pośpiechu, “z automatu”, w stresie wywołanym rozmaitymi czynnikami. Gdy ONA usypia, ja rozmyślam. I próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: “Kobieto, o co ci chodzi :)? Czego byś potrzebowała? Nazwij to”. Idzie mi coraz lepiej. Staram się i bardzo nad tym pracuję. Próbując zadbać o siebie, swoje pragnienia, marzenia, potrzeby. Bo wtedy czuję się lepiej. Jestem spokojniejsza. To długa, żmudna praca. Warta poświęcenia i zaangażowania.

Pamiętam, jak pod koniec jednego z warsztatów dla rodziców pewna mama powiedziała piękną, znaną myśl: “Dbam o siebie, bo szczęśliwa, spokojna mama to szczęśliwe i spokojne dziecko“. Warto o tym pamiętać. Szczególnie wtedy, gdy nasze dziecko mierzy się z dużą DLA SIEBIE trudnością. Na nic się zda nakładanie na jego trudność naszej interpretacji i dorosłego, racjonalnego myślenia pt. “Robi z igły widły. Robi problem z niczego. On się wścieka z BYLE POWODU” Ten powód jest dla dziecka ważny. Dla niego jest całym, dziecięcym światem. Jego światem. Uznajmy jego ważność. Pochylmy się w stronę dziecka, okazując najlepsze z możliwych wsparcie – w serdecznym uścisku i spojrzeniu a nawet w pełnym zrozumienia milczeniu. W daniu prawa do własnych odczuć , myśli i przekonań.

Dlaczego czasem bywa nam trudno? Dlatego, że napotykamy na swojej drodze niezbyt empatyczne, wspierające otoczenie. Oceniające, pełne widocznej dezaprobaty spojrzenie, odwracanie się w naszą stronę, niepotrzebne rady, pełen zakłopotania uśmiech. Dużo w nas strachu i lęku przed oceną. Przed pogardą innych. Przed brakiem akceptacji. Bywa, że towarzyszą temu myśli: “”. To często nasze poczucie niższości i nie radzenia sobie wpływa na reakcję skierowaną w stronę dziecka.

Jeśli zatem zadbamy o siebie, zawalczymy o własne potrzeby, spokój, możliwość zrobienia czegoś dla siebie i zrozumienia swoich uczuć oraz działań, wówczas będziemy w stanie wychodzić naprzeciw potrzebom dziecka. Ono nie potrzebuje rodzica, które godzi się na wszystkie jego zachcianki i prośby. Który kosztem własnych sił będzie walczył w domu o porządek lub trzydaniowy obiad. Ono potrzebuje autentycznego dorosłego, który pokaże mu, jak należy zadbać o siebie i jak można realizować własne pasje, pragnienia, potrzeby. Który będzie omylny. Który będzie potrafił przyznać się do błędu i przeprosić. Który je dostrzeże i wysłucha, bez zbędnych rad i wskazówek. Który będzie nad sobą pracował.

Życzę Wam tego, aby Wam się chciało – być dla siebie serdecznym, świadomym, otwartym na pracę nad sobą i zmiany. Życzę Wam, abyście potrafili zadbać o swoją przestrzeń bez poczucia winy lecz z przekonaniem, że robicie to dla dobra wszystkich. Większego dobra. Dlaczego? Bo zachowanie i spokój dziecka pokazują, że naprawdę WARTO!
M!

Mamusiu, czy mogłabyś nam nie przeszkadzać? Chciałabym poznać Tatę.

Nie będzie to długi tekst (biorąc pod uwagę moje możliwości :)). Tak sobie obiecałam. Dziś jest wyjątkowy dzień. Mam okazję czytać wiele pięknych tekstów z życzeniami dla Tatusiów. Z podziękowaniem za to, że są i co cennego wnoszą w życie swoich dzieci.

DZIŚ Tata ma moc. I siłę. Potencjał do wykorzystania. Kiedy jeżdżę na warsztaty dla rodziców, z wielką radością witam każdego tatę, który CHCE – rozumieć, pracować nad sobą, dowiedzieć się czegoś o swoim dziecku i sobie samym. Mam możliwość poznania dwóch perspektyw i postrzegania rodzicielstwa – kobiecego i męskiego.

I dziś mam jedną, malutką prośbę wielkiej wagi – abyśmy my – kobiety, mamy – wspierały swoich partnerów, mężów, ojców w pełnieniu ważnej dla siebie roli. Byśmy starały się im nie przeszkadzać. Wielu z nich przykłada się solidnie do swoich działań, najlepiej jak tylko umie i na dany moment potrafi. Nic się dziecku nie stanie, kiedy pod naszą nieobecność nie dostanie trzyskładnikowego drugiego dania lub niepełną kolację, przygotowaną jednak z miłością i oddaniem. Dziecko z pewnością będzie wspominało chwile, momenty, dobrą zabawę i atmosferę. Bacznie nas obserwując, patrząc, jakie jesteśmy w relacji do bliskiej nam osoby, naśladują nasze zachowania, reakcje, wspieranie bliskiej osoby lub jego brak. Parafrazując znane słowa: “Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie mama może zrobić dla swojego dziecka to kochać i szanować jego tatę“.

Bardzo dobrze, że istnieją sfery zarezerwowane tylko dla dziecka i taty – wspólne pasje, zainteresowania, wyjścia, spacery. Lila zawsze powtarza, że herbata zrobiona przez tatę smakuje najlepiej. Że jej tata dużo potrafi. Gdy widzi, że mam z czymś trudność, potrafi powiedzieć: “Tata nam mama pomoże. On to zrobi“. Kiedy potrzebuje się pobawić w sposób ruchowy, aktywny, biegnie do taty i prosi go, by ją szukał lub gonił. Gdy w domu są jakieś usterki i rzeczy wymagające naprawy, potrafi mu towarzyszyć – trzyma wkrętarkę, wbija gwoździe, obserwuje, jak tata pracuje. Często z nim jeździ na myjnię i na zakupy. Uwielbia, gdy zabiera ją ze sobą do pracy, dzięki czemu może porozmawiać z jego koleżankami oraz pobawić się w pomieszczeniu z dużą, białą tablicą do pisania. Z przyjemnością patrzę na to, jak buduje się i wzmacnia ich relacja. I uczę się odsuwać, nie przeszkadzać, nie poprawiać, nie narzucać swojej wizji wspólnego spędzania czasu. Bo tylko dzięki temu oni będą mogli wzmocnić swoją więź i wypracować dobrą komunikację. Tylko dzięki temu, będą mieli okazję i szansę prawdziwie siebie poznać. Bywało jednak, że przeszkadzałam. Bo wydawało mi się, że … (dużo mi się kiedyś wydawało, zdecydowanie za dużo).

To nie jest jednak czas, aby umartwiać się tym, co nieudane lecz znając swoje błędy, postępować inaczej. I tego Wam Kochane Mamy życzę – abyście czasem odpuściły i uwolniły głowę od powinności. A Wy Tatusiowie, byście się czuli w pełni akceptowani tacy, jacy jesteście, abyście byli otoczeni miłością i szacunkiem, na które każdy człowiek zasługuje.
M!

Nauka się OPŁACA – czyli o tym, jak możecie zarobić na ocenach swoich pociech

 

Jadąc wczoraj na ostatni w sezonie warsztat dla rodziców, słuchałam radia. Muzyka została przerwana przez reklamy. Zwykle w takich momentach wyłączam swoją uwagę, ale to, co usłyszałam, mnie zaciekawiło. Słowa brzmiały mniej więcej tak:

– “No, córuś, co tam masz na świadectwie?” – pyta tato.

– “6 złotych tata” – odpowiada dziecko.

Dalej można było słyszeć głos lektora, który w zachęcający sposób mówił:

Pochwal się świadectwem swojego dziecka. Przyjdź do nas. Za każdą piątkę dostaniesz rabat w wysokości 5 złotych, a za szóstkę 6 złotych. Przyjdź do nas i zobacz, ile możesz zyskać.”

O innych niż piątki i szóstki ocenach nikt nie wspomniał. Jedyną podstawą do uzyskania dodatkowych pieniędzy są najwyższe noty. Trójki i czwórki nie są brane pod uwagę.

Słuchając tych słów poczułam ogarniającą mnie irytację. Pomyślałam: “W jaką to wszystko zmierza stronę? Do czego ma zachęcić dzieci i rodziców? Do wywierania przez dużych presję na małych, aby wypracowywali jak najwyższe oceny? Do odczuwania przez uczniów presji i przymusu bycia najlepszym? Do przekonania, że wszystko, co jest poniżej określonej noty, w naszym społeczeństwie się nie liczy? Jest dyskredytowane i nieważne?”. Nauka wyłącznie dla ocen, gratyfikacji, nagród, pochwał, czerwonego paska niezbyt daleko nas zaprowadzi. Jeśli naszą wewnętrzną motywacją nie będzie chęć poszerzenia wiedzy, dowiedzenia się czegoś nowego, wówczas będziemy, niczym roboty, dosłownie wykuwać teorię, aby zdać egzamin, otrzymać jak najlepszą ocenę z klasówki, a następnie wszystko zapomnieć (w imię zasady 3 Z – zakuć, zdać, zapomnieć). Dobrze jest, w trakcie edukacji, odkryć obszar, który mocno nas zajmuje, angażuje naszą uwagę, myśli. Piątkowemu uczniowi w przyszłości może być trudno “się określić” i wybrać w jaką pójść stronę. Dobrze by było, gdyby system edukacji wspierał indywidualność. Gdyby warunkiem przyjęcia na uczelnię było spojrzenie na dokonania ucznia w obszarach ważnych dla tematyki studiów.

Jeśli chodzi o mnie, jestem piątkową uczennicą. Bardzo długo szukałam swojej drogi zawodowej. Podejmowałam się rozmaitych działań, aby sprawdzić, czy w danym obszarze będę się dobrze czuła. Ten czas w swoim życiu wspominam jako męczący, frustrujący i zabierający energię. Wiele moich koleżanek i kolegów, którzy mieli bardziej zróżnicowane oceny – świadomie poszło wyznaczoną przez siebie drogą wiedząc, czego chce. Realizując się w zawężonym obszarze, który postanowili wzmacniać i polepszać. Dobra ocena nie gwarantuje sukcesów w przyszłości. Marzy mi się, aby zaczęto kłaść większy nacisk na docenienie kreatywności uczniów, naukę  wychodzenia poza schematy oraz konkretnych, przydatnych w życiu umiejętności (zamiast suchej teorii, która niewielkie ma odniesienie do prawdziwego życia). Chciałabym, aby dzieci mogły uczyć komunikacji z drugim człowiekiem, asertywności, radzenia sobie ze stresem, relaksacji, dbania o własne potrzeby i granice, rozumienia swoich uczuć, negocjowania ważnych dla siebie kwestii. Prawdziwe umiejętności torują nam ścieżkę do samodzielnego życia. Cenna wydaje mi się wiedza na temat tego, jak działać w sytuacji trudnej, jak radzić sobie z wyzwaniami, co robić z popełnionymi błędami, gdzie szukać odpowiedzi na ważne pytania, jak chronić siebie przed rozmaitymi niebezpieczeństwami, nadmiarem stresu, krytyką, prześladowaniem ze strony kolegów. Jak rozwijać w sobie empatię. Tego możemy (jeśli szczęście dopisze) dowiedzieć się na zajęciach dodatkowych lub specjalnie przygotowanych dla dzieci warsztatach (których w moim odczuciu wciąż jest  za mało).

Mimo, że Lila nie chodzi jeszcze do szkoły, nie przeszkadza mi o tym wszystkim rozmyślać. Osobiście mówię NIE nauce wyłącznie dla ocen i numerków, jedynie w celu uzyskania nagrody. Mam nadzieję, że starczy mi sił, pomysłu, zaangażowania, aby wspierać Lilę w procesie edukacji. Bo najważniejsze jest dla mnie to, co zostaje realnie w głowie, a nie na papierze. Nie chodzi mi o zachęcanie dzieci do okładania nauki na bok, ale o mądre ich wsparcie w tym zakresie, bo przecież nauka jest ważna. A jakie jest mądre wspieranie? Bardzo chętnie poznałabym Wasze doświadczenia. Czuję, że dużo mogłabym się od Was nauczyć.

M!

Pod wodą….dlaczego wybieram WIEDZĘ i ŚWIADOMOŚĆ zamiast pełnej emocji KRYTYKI

W zasadzie powinnam już spać, ale myśl w głowie zakiełkowała i uciec nie chce. Potrzebuje wyjść na zewnątrz. I podzielić się z wami, tym, co nie jest takie oczywiste, na jakie wygląda.

Zbliżają się wakacje. Lato już prosi, by zrobić dla siebie miejsce. Tym samym zwiększa się ilość wyjazdów na basen, nad morze, nad wodne akweny. Pojawia się coraz więcej tekstów, nagrań ukazujących, jak niebezpiecznym i jednocześnie niedocenianym żywiołem jest woda. Od wczoraj oglądam i czytam teksty nawiązujące do materiału wideo, które pojawiło się w Internecie. Chłopczyk tonie na basenie (całość nagrania trwa ok. 3 minuty) i nikt nie reaguje. Posypało się morze negatywnych komentarzy pod adresem wielu osób – rodziców, ratowników, ludzi obecnych, stojących tuż obok chłopca. Jednym słowem mocna, jak to w Internecie bywa, krytyka.

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Oglądając to nagranie, obserwując zachowanie chłopca miałam na początku wrażenie, iż wykonuje on podwodne akrobacje, że bawi się w tej wodzie. Nie raz, nie dwa byłam na basenie świadkiem podobnych zachowań –> nurkowania, zanurzania się pod wodę, chlapania. I, myślę sobie, jak ważna w tym wszystkim jest EDUKACJA. Pokazywanie, uczenie, zapoznawanie z różnymi rodzajami zagrożeń, jakie woda może przynieść. Edukacja powinna być skierowana zarówno do dzieci, jak i do dorosłych. Wiem, że do wody nie powinno się wchodzić, gdy jest się najedzonym. Jednak, przyznaję, moja wiedza w tym temacie nie jest zbyt duża. Na przykład nie wiedziałam, że dziecku znajdującemu się blisko brzegu może grozić niebezpieczeństwo, o którym pisała niedawno Pani Anita z bloga Być bliżej. Nie boję się przyznać do tego, że w tzw. wodnej materii wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Odczuwam jednak ogromną potrzebę, aby nie oceniać tak surowo wszystkich wokół, lecz zastanowić się nad tym, co możemy zrobić, aby zwiększyć wśród ludzi świadomość. Można wylewać wiadro pomyj na “znieczulicę wśród ludzi”, krytykować, oceniać, bulwersować się. Można też zrobić coś innego – uczyć się, edukować innych, uczulać na potencjalne niebezpieczeństwa, pokazywać i prezentować nagrania z symulacją najczęstszych wodnych sytuacji, przygotować do tego, jak w razie zagrożenia trzeba sobie radzić. WIEDZA potrafi życie uratować. W moim odczuciu tego rodzaju lekcje, zajęcia powinny odbywać się w przedszkolach, szkołach na lekcjach wychowawczych. Wyposażając dzieci w konkretną wiedzę i umiejętności. Dając im dzięki temu większe poczucie bezpieczeństwa.

Wiem, że nie zawsze będę w stanie być przy moim dziecku tak, by wyeliminować z jego środowiska ewentualne zagrożenia (nie jest to możliwe ani nawet wskazane –> jak inaczej stanie się samodzielną dziewczynką?). Mogę jednak wyposażyć ją w umiejętności, wiedzę, świadomość. Mogę zapisać ją na lekcje pływania (co jest jednym z moich wakacyjnych planów), mogę z nią rozmawiać, podpowiadać, na co należy uważać (nie chodzi mi o straszenie, lecz o wiedzę). Mogę sama poszerzać wiedzę w tym temacie.

Niedawno obejrzałam wideo, w którym dziecko (pozostawione bez opieki!) pływa w kole ratunkowym w basenie. W pewnym momencie przewraca się tak, że jego głowa ląduje pod wodą a budowa koła uniemożliwia wydostanie się na zewnątrz. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że coś podobnego może się wydarzyć. Być może dlatego, że podczas wyjść na basen ja lub tata Lilci zawsze jesteśmy obok. Małe dziecko ma prawo nie dostrzec w czymś zagrożenia. Osoba dorosła również. Jednak czuwanie nad dzieckiem, bycie blisko tak, by w razie potrzeby zareagować, ma kluczowe znaczenie. Dodatkowo, mam w głowie myśl, że również starszym dzieciom, które umieją już pływać, zdarzają się wypadki.

Ważne, by przypominać i uczyć dzieci, co należy robić w sytuacji zachłyśnięcia wodą, stracenia gruntu pod nogami lub innych zagrożeń. Warto mówić, powtarzać oraz przypominać na co powinny zwracać uwagę. Słyszę już zdania: “Ale wielu rodziców ma w nosie taką wiedzę. Jadą na urlop, żeby mieć święty spokój i puszczają dziecko samopas. Mają je zwyczajnie gdzieś”. Na taki zarzut nie znajduję odpowiedzi. Wiem, że są różne postawy rodzicielskie, każdy ustala własne priorytety, często z dużą szkodą dla zdrowia i życia dziecka (jeśli rodziców taka wiedza nie interesuje, wówczas warto położyć nacisk na wyposażenie w nią dzieci. Tak, by mając trudne warunki zewnętrzne – nieobecnego dorosłego, niereagujących ludzi wokół – wiedziało, jak działać i próbować się ratować. Brzmi brutalnie i smutno. Niestety, na siłę nikogo niczego nie nauczymy. Dzieci z reguły chcą się uczyć, dowiadywać, mieć poczucie sprawstwa i kontroli sytuacji. Wierzę w dzieci. Bardzo.)

Jeśli skoncentruję się na krytyce innych, wówczas niewiele miejsca pozostanie mi na działanie. A ja wolę działać. Być może kiedyś powstanie projekt (być może spróbuję go kiedyś stworzyć) zajęć, warsztatów dla dzieci i ich rodziców, który da im wsparcie i podpowie, w jaki sposób należy się chronić zarówno przed wodnymi, jak również wieloma innymi zagrożeniami oraz wyzwaniami dzisiejszych czasów. A tych, niestety nie brakuje.

M!

Mamo, tato, ja się boję…. o strachu, który boli

Gdy zamykam oczy, przypominam sobie siebie z lat przedszkolno – szkolnych. Widzę dość odważną dziewczynkę, która uwielbiała publiczne wystąpienia. Nie pamiętam, abym czuła tremę. Pierwszy wyraźny obraz pochodzi z czasów, gdy miałam ok. 6 lat. Wcieliłam się w rolę śnieżynki w przedszkolnym teatrzyku. W szkole podstawowej, z wielkim zaangażowaniem i zapałem występowałam na rozmaitych przedstawieniach, konkursach, uroczystościach i było mi z tym dobrze. Właściwie czułam się jak ryba w wodzie. Zdarzało mi się zapomnieć tekstu, pomylić. Jednak, gdy miało to miejsce, uśmiechałam się, próbując wrócić na właściwe tory 🙂 Nie przypominam sobie, abym odczuwała strach lub tremę. Jeśli nawet się pojawiała, to umiałam sobie z nią poradzić.

Lila jest inna niż ja. Nie przepada za publicznymi wystąpieniami. Obserwując ją mogłabym śmiało rzec, iż na chwilę obecną w ogóle ich nie lubi. Kosztują ją dużo stresu, nerwów. Przyprawiają o ból brzucha i gorączkę. Kiedy po 3 tygodniach chorowania powróciła do przedszkola, jej przyjście przypadło na dzień, w którym trwały ostatnie próby do wystąpienia z okazji dnia rodziny. Miało mieć miejsce następnego dnia. Zaskoczenie, jakiego Lila doświadczyła, zupełnie odebrało jej siły. W trakcie całego dnia pobytu w przedszkolu uczestniczyła tylko w zajęciach obowiązkowych. Resztę czasu przeleżała oraz przesiedziała bez energii i zaangażowania. Gdy przyjechała do domu i wyszła z auta, zobaczyłam wycieńczone dziecko. Z gorącym czołem. Od razu po ściągnięciu butów, skierowała się do pokoju i poprosiła o przytulenie. Chciała tylko, żebym była blisko i czytała jej bajki. Odmówiła zjedzenia obiadu. Nawet ulubionych truskawek i czereśni nie była w stanie zjeść. Zmierzyłam jej temperaturę. Ponad 38.5 stopni. Dostała lek i …. w moment usnęła. Po godzinie 17. Czułam, że tego potrzebuje. Ochłonąć, odpocząć, poczuć się bezpiecznie. Mówiła, że się boi, że nie czuje się na siłach, by wystąpić w przedstawieniu. Doskonale to rozumiałam. Wielu dorosłych, którzy po dłuższym urlopie wróciliby do pracy i mieli wykonać na drugi dzień ważną prezentację, czułoby się podobnie. Dopiero gdy Lila pospała, była gotowa coś zjeść. Widać było, że pozbywa się stresu. Wieczorem jednak wciąż gorączkowała. Jej organizm protestował i bronił się przed tym, czego tak bardzo się bała.

Mogłabym pokusić się o słowa: “Lilciu, nic się nie bój. Będzie dobrze. Nie ma się czego bać. To tylko przedszkolne wystąpienie“. Mogłabym iść o krok dalej i porównywać ją do innych dzieci lub do siebie: “Zobacz, nie jesteś sama. Nie ty pierwsza i nie ostatnia. Inne dzieci tak się nie boją. Ja w twoim wieku byłam odważna i dzielna“. Mogłabym wejść na inną, bardziej manipulacyjną nutę: “Dasz radę. Tak bardzo chciałabym zobaczyć, jak mówisz dla mnie wierszyk lub śpiewasz piosenkę“. Mogłabym robić jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, które sprawiłyby, że ONA czułaby się gorzej. Które być może spowodowałyby, że ona “wzięłaby się w garść”, a później odchorowałaby to silniej niż w postaci gorączki i bezsilności. Nie chcę, by musiała słyszeć powyższe słowa i czuć presję doścignięcia do abstrakcyjnego wzoru. To, że ja sobie radziłam nie znaczy, że ona MUSI. To, że uwielbiałam publiczne wystąpienia nie znaczy, że ona powinna być do mnie podobna i realizować moje pasje, ambicje i plany. Staram się spełniać w swoich działaniach zawodowych, by oddzielać SIEBIE od Lilci. By nie ciągnąć ją na siłę w stronę swojego. Ona wie, co robię i czym się zajmuje. Często towarzyszy mi w przygotowywaniu zajęć na uczelnię lub materiałów na warsztaty. Obserwuje, jak realizuję swoje zainteresowania. W części z nich ze mną uczestniczy, ponieważ jak tylko mogę zabieram ją na różne spotkania autorskie bądź warsztaty. Gdybym zobaczyła, że ona nie chce, że to nie daje jej radości, odpuściłabym. Ona nie żyje po to, aby mnie w jakiś sposób zadowalać, lecz żeby poznawać siebie, odkrywać te obszary, które będą dawały jej zadowolenie. Z szacunkiem do ludzi i siebie samej.

Gdy zdarzają mi się rozmaite rodzicielskie wyzwania, staram się podchodzić do sprawy zadaniowo. Jeśli widzę, że stres pozbawia ją sił, nie bagatelizuję: “To nic, nic się nie dzieje, dasz radę”. Nie boję się, że potwierdzając jej uczucia tylko je pogłębię. Mocno wierzę w to, że człowiek, który jest zrozumiany, dostrzeżony, przyjęty z trudnymi uczuciami, potrafi lepiej sobie poradzić z wyzwaniem niż osoba, której wmawia się, że ma czuć i robić INACZEJ. Nieraz spotykam się z komentarzami: “Ty to masz tylko jedno dziecko, więc łatwiej Ci się mówi. Masz jedno, to na jednym się koncentrujesz”. Tak, to prawda. Mam jedno dziecko. Ale nawet gdybym miała więcej, dalej robiłabym to, co teraz. Pracowała nad samą sobą. Nad byciem dobrym człowiekiem, wystarczająco dobrą mamą. Rozwijałabym w sobie cechy, dzięki którym mojemu dziecku lub dzieciom być może żyłoby się lepiej. Inny rodzaj zarzutów brzmi następująco: “Co z tego, że ty tak się starasz, jak pójdzie do szkoły i zetknie się z tym chamstwem. Ona musi wiedzieć, jakie jest życie”. “I się dowie” – odpowiadam. Najważniejsze jest dla mnie to, aby miała świadomość, że ma gdzie wracać po ciężkim dla siebie dniu, w którym doznała przykrości, wyzwań ponad jej możliwości. Że w domu czekają na nią mama i tata, którzy przytulą, gdy będzie tego potrzebowała. Czasem bez słów i zbędnego pocieszania. A gdy zobaczą, że słowa jednak są mile widziane, to powtórzą, że dla nich ona jest w sam raz, najlepsza taka, jaka jest tu i teraz. Że nie musi być JAKAŚ. Że ma PRAWO: mieć tremę, stresować się przed wystąpieniami publicznymi, mieć swoje zainteresowania, być inna niż jej rodzice.

Gdy dostrzegam, z czym na dany moment Lilci jest szczególnie trudno, wówczas szukam… Tam, gdzie jest mi najłatwiej. W książkach, które mogą pomóc i jej i mi przejść przez trudne sytuacje.

W zabawkach, które posłużą za wsparcie. Podsuwam jej rozmaite gniotki, piłeczki, które do woli może uciskać, by pozbywać się nadmiaru napięcia. Po przedszkolnym stresie wyciągnęłam książkę “Kret sam na scenie”. W niej główny bohater próbuje sobie radzić ze strachem przed publicznym wystąpieniem. Dodatkowo staram się z Lilą jak najwięcej rozmawiać o różnych emocjach, które potrafią zawładnąć ciałem dużego i małego człowieka. Pokazuję znane mi ćwiczenia oddechowe warte uwagi i ćwiczeń. Wiem, że takie rozmowy odbędą się u nas jeszcze wiele, wiele, wiele razy. Bo oswajanie trudnych emocji, nauka radzenia sobie z nimi to długi proces. Wymagający zaangażowania, świadomości, ćwiczeń. Wszystko po to, by umieć sobie pomóc, gdy pojawią się w życiu wyzwania. A tych na pewno ani Lilci ani mi nie będzie brakowało.
M!

Czy jesteś gotowy do zabaw językowych?

Jeśli jesteś gotowy (do cudnych ćwiczeń językowych), koniecznie sięgnij po niezwykle przydatną, bardzo rzetelnie, dokładnie i pomysłowo opracowaną książkę Państwa Elżbiety i Witolda Szwajkowskich – “Sto wierszyków atrakcyjnych do ćwiczeń dykcyjnych” i wydaną przez Wydawnictwo Wilga. To jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji książkowych w tym roku. Z wielu względów. Bardzo lubię wszelkie publikacje dla dzieci. Te, w których pojawiają się nieznane mi wcześniej łamańce językowe, sposoby na ćwiczenie poprawnej wymowy oraz utrwalanie wyrazów z trudnymi połączeniami głosek, obdarzam szczególną uwagą. Gdy pracuję ze studentami i przygotowuję dla nich teksty do ćwiczeń, zwykle wybieram przekrój różnych słów, zdań, połączeń tak, by:

  • mogli siebie sprawdzić,
  • mieli okazję dostrzec, w jaki sposób warto pracować nad dobrą wymową
  • stopniując trudności mieli okazję pokonywać kolejne szczeble na drodze do swojego osobistego celu.

Opisywana dziś przeze mnie książka Państwa Szwajkowskich jest trzecią z przygotowanej przez nich serii. Dwie wcześniejsze publikacje opiszę w osobnych wpisach. Wymienię tylko ich tytuły:

1.) “Sto wierszyków do ćwiczenia głosek w trudnych zestawieniach”

2.) “Sto wierszyków nowych do ćwiczeń wymowy”

W swojej biblioteczce mam też inne publikacje Państwa Szwajkowskich, które służyły mi pomocą, gdy wprowadzałam malutką wówczas Lilcię w świat mowy i mówienia. Uwielbiam te pomoce i wciąż często do nich sięgam.

O dobrą, poprawną mowę trzeba dbać tak, jak o ukochany kwiat. Sprawdzać, czy nie brakuje mu wody, przecierać liście, obdarzać zainteresowaniem. Czasem do niego przemówić lub zmienić mu miejsce, by mógł lepiej rosnąć. Trafne jest także porównanie do instrumentu muzycznego. Zanim rozpoczniemy naszą grę, dobrze abyśmy go nastroili, sprawdzili, czy nie ma żadnych nieprawidłowości a dopiero później rozpoczęli grę. Z nami – ludźmi jest podobnie 🙂 Zanim przystąpimy do ćwiczeń językowych, powinniśmy przygotować nasze ciało i buzię do mówienia. Warto zadbać o dobrą postawę, wykonać krótką rozgrzewkę, z wykorzystaniem zabawy poczuć, czy sprawnie pracują nasze wargi, policzki, żuchwa oraz język. Jest bardzo wiele elementów, które wpływają na dobrą jakość mówienia. Państwo Elżbieta i Witold Szwajkowscy nie zapominają o tym i już na wstępie publikacji, w przyjemny, rymowany sposób informują, o czym należy pamiętać. Posłuchajcie 🙂

Bardzo podoba mi się zdanie, które pojawia się na koniec ćwiczeń rozgrzewających, przygotowujących nasz aparat mowy do mówienia: “Mówcie tak, żeby inni chcieli słuchać, kiedy mówicie”. Wspaniale by było, aby każda osoba postawiła sobie taki cel, przystępując do komunikacji z innymi ludźmi. Osiągnięcie postępów, uzyskanie dobrego brzmienia głosu oraz wyrazistości mówienia to proces, umiejscowiony w czasie. Wymaga wytrwałości, cierpliwości, świadomości, zaangażowania, które należy włożyć w poszczególne ćwiczenia. Nade wszystko zaś wymaga dobrego, pozytywnego i radosnego nastawienia do zabaw dźwiękowych. Najlepsza i najskuteczniejsza jest bowiem nauka przez zabawę. Autorzy opisywanej publikacji potrafią pięknie do niej zaprosić.

“Sto wierszyków atrakcyjnych do ćwiczeń dykcyjnych” to  publikacja składająca się z sześciu rozdziałów. Każdy rozdział zawiera propozycje wierszyków z wykorzystaniem analizowanej głoski.

Rozdział 1 zaprasza czytelników do zmierzenia się z głoskami szumiącymi: sz, rz, cz, dż.

 

W drugim rozdziale zwiększony jest poziom trudności i głoski szumiące pojawiają się w sąsiedztwie głosek szeregu syczącego w zestawieniach ze spółgłoskami.

 

Trzeci rozdział zawiera wierszyki z dużym nagromadzeniem głoski “r” (bardzo lubię teksty, przygotowane przez Państwa Szwajkowskich w tym rozdziale, ponieważ dzięki nim można pięknie poćwiczyć wibrowanie języka :)).

 

Kolejny rozdział  (czwarty) zaprasza czytelnika do zmierzenia się z tekstami z dużą ilością samogłosek nosowych “ą”, “ę”.

Ten rozdział (jego przygotowanie, opracowanie – z myślą o potrzebach czytelników) zrobił na mnie ogromne wrażenie. Samogłoski zostały zróżnicowane kolorystycznie, dzięki czemu łatwiej je wyodrębnić w poszczególnych wyrazach. Na początku rozdziału pojawia się fantastycznie przygotowana dla odbiorcy ściąga, w której można przeczytać, jak należy prawidłowo realizować samogłoski nosowe w sąsiedztwie określonych głosek. Pod każdym wierszem z tego rozdziału znajdują się podpowiedzi dotyczące poprawnego przeczytania poszczególnych wyrazów. Bardzo użyteczna wskazówka. Sama będę z niej korzystać, kiedy znajdę się w potrzebie, a głowa odmówi mi współpracy i zapomnę prawidłowej realizacji danej głoski 🙂

 

W rozdziale 5 zostały zebrane inne głoski i wyrazy często błędnie wymawiane (bywa, że mają ten sam zapis, a inne brzmienie, lub podobny zapis i zbliżony do siebie rym).

Warto się z nimi zaprzyjaźnić i spróbować je zinterpretować.

 

Ostatni, 6 rozdział jest moim ulubionym.  Zawiera ciekawe, pomysłowe i zabawne łamańce językowe, najbliższe memu zawodowemu sercu 🙂

Warto podjąć się wyzwania i spróbować się zmierzyć z tymi tekstami. W formie zabawy, wspólnego ćwiczenia policzków, warg, języka. Ze śmiechem, dystansem i przymrużeniem oka. I wielką korzyścią, którą dzięki zabawie z tymi tekstami można mieć dla siebie i lepszej jakości własnej mowy.

 

 

Przygotowanie wszystkich wierszy jest na wysokim poziomie. Uwagę zwracają ładne, barwne ilustracje. Pod każdym tekstem zamieszczone są  przygotowane do niego pytania, ściśle nawiązujące do treści. Dzięki takiemu opracowaniu dziecko ma możliwość ćwiczyć nie tylko poprawną wymowę, dykcję, realizację poszczególnych głosek ale też mowę spontaniczną, umiejętność opowiadania, odnoszenia się do przeczytanego tekstu. Czytając dziecku wiersz, możemy robić to w barwny, dźwiękowy sposób, skupiając jego uwagę na treści. Młody odbiorca ma szansę ćwiczyć koncentrację, słuch i odtwarzanie usłyszanych słów.

Wielką wartością dodaną tej książki są wskazówki do każdego wiersza, zamieszczone na dole strony. To niezwykle cenna pomoc. Nie trzeba szukać w innych słownikach informacji i podpowiedzi dotyczących prawidłowej realizacji danego słowa lub głoski, ponieważ najważniejsze informacje są zawarte w jednej publikacji przy każdym wierszyku.

Lilci bardzo spodobała się ta publikacja. Dzięki niej świetnie się razem bawimy, łamiemy sobie nasze języki, zacieśniamy więzi 🙂  Bywa, że ona sama poprawia mnie przy jakimś wyrazie. Po wspólnie spędzonym czasie mam możliwość obserwować, jak bierze książkę w ręce, sadza swoje lale przy stoliku i bawi się z nimi w poprawne czytanie tekstów 🙂 To wielka radość widzieć ją “w akcji” 🙂

Jeśli chcielibyście poćwiczyć z dzieckiem prawidłowe mówienie, dobrą dykcję, pobawić się dźwiękami, porozmawiać na wiele różnych tematów, koniecznie sięgnijcie po tę wyjątkową publikację. Nie będziecie zawiedzeni 🙂

M!