Archiwum autora: mowosfer

Mama to prawda, że dorośli nie płaczą? O łzach, które nie rozróżniają płci…

– “Mama, to prawda, że dorośli nie płaczą?” – zapytała mnie Lilcia pewnego wieczoru.

– “Hmmm…. tu mnie zaskoczyła… Wiele razy rozmawiałyśmy o łzach, płaczu –> pomocnych w zrzuceniu z siebie niewidzialnego ciężaru. Myślałam, że wie…” – analizowałam na szybko, po czym odpowiedziałam:

“Nie Lilciu. To nieprawda. Dorośli również płaczą”.

Nastała cisza, którą przerwałam, mówiąc dalej:

– “Pamiętasz, jak wróciłyśmy kiedyś po wizycie u pani okulistki do domu? Pamiętasz, że wtedy się popłakałam? A jak wysiadłyśmy z samochodu, Ty podeszłaś do mnie i mnie przytuliłaś?”

– “Tak” – odpowiedziała ONA.

– “Widzisz? Jestem dorosła a słowa pani okulistki spowodowały, że zrobiło mi się źle, ciężko, przykro. I potrzebowałam sobie popłakać. I wiesz co się stało? Ten płacz mi pomógł. Poczułam się lepiej.” – kontynuowałam.

ONA słuchała. Zaciekawiona. Zawsze słucha uważnie, gdy mówię o czymś dla niej ważnym. O czymś, co ją interesuje. Co jest jej bliskie. Co potrzebuje poukładać sobie w głowie.

Myślę o tym, jak ważne jest rozmawianie z dziećmi o uczuciach. Nie ukrywanie się przed nimi ze swoim smutkiem, płaczem. Dzieci, aby przyswoić sobie wiedzę na temat życia, relacji społecznych, sposobów radzenia sobie z trudnościami, potrzebują wielokrotnych powtórzeń. Licznych rozmów. Obserwacji nas – dorosłych – “w akcji”. W sytuacjach zarówno dla nas przyjemnych, jak i trudnych. Dobrze, aby miały szansę patrzeć jak my – w sposób nieskrępowany, bez obaw – czymś się cieszymy. “Po dziecięcemu”, okazując entuzjazm i łatwą do rozpoznania radość. Dobrze, aby były świadkami naszych (konstruktywnych) zmagań z rozmaitymi wyzwaniami życiowymi.

Dobrze, by wiedziały, że dorośli (mimo wieku) również:

– płaczą
– popełniają błędy
– denerwują się
– reagują czasem zbyt impulsywnie
– przepraszają
– próbują raz jeszcze
– walczą ze swoją niemocą i niechęcią do porannych pobudek i realizacji rozmaitych działań

Od wielu dorosłych miałam okazję usłyszeć, że płacz bardzo im pomaga. Świadomość, że mogą wylać czasem morze łez bez osądzania, krytykowania, zaprzeczania, jest dla nich niezwykle ważna.

Pamiętajmy o tym w odniesieniu do naszych dzieci. Jeśli kiedykolwiek pojawi się w nas dylemat, jak zareagować na dziecięcy płacz (niezależnie od tego, czy płacze chłopiec czy dziewczynka – płacz bowiem nie rozróżnia płci), zatrzymajmy się na chwilę. Zastanówmy się, czy sposób, w jaki będziemy próbowali wesprzeć bliską nam osobę byłby przez nas samych mile widziany. Podczas płaczu wystarczy drugiemu człowiekowi tylko towarzyszyć. Otulić go niewidzialną ręką (jeśli nie potrzebuje bliskości) i nic nie mówić. Warto podążać za jego potrzebami i przypominać:

“Jestem tutaj. Kiedy będziesz mnie potrzebował, przytul się. MASZ PRAWO płakać. Ja też czasem płaczę. Płacz jest dobry. Płacz jest potrzebny”.

Nie ma nic gorszego niż kumulowanie uczuć i wysyłanie ich wewnątrz siebie, do organizmu. On, prędzej czy później, nam odpowie. I nie będzie to miła odpowiedź.

Zamiast mówić: “Nie płacz”, “Uspokój się”, “Zachowujesz się jak mała dzidzia”, “Chłopaki nie płaczą”, “Trzeba być twardym”, “Przestań już płakać” po prostu BĄDŹMY. Bez osądzania, piętnowania, krytykowania, podsuwania lepszych rozwiązań, zastraszania.

Na komunikat “Uspokój się”, dziecko reaguje często zagubieniem. Bo ono naprawdę bardzo chce to zrobić. Nie wie jednak jak może to zrobić. Dobrze, by miało przy sobie przewodnika, który przeprowadzi go przez tę niełatwą drogę.

“Trzeba być twardym?” – oj nie… nie trzeba. Bycie twardym to ogromny koszt dla małego i dużego człowieka.

“Zachowujesz się jak mała dzidzia” sugeruje, że mogą płakać tylko maluszki. Nie. Dorośli również płaczą.

“Chłopaki nie płaczą” – bardzo często spotykam się z tym zdaniem. “Chłopaki jak najbardziej płaczą i płakać powinny. Im wcześniej dziecko nauczy radzić sobie z trudnościami – także poprzez płacz, będzie miało większą szansę rozwijać swój mózg także w sferze emocjonalnej.

“Przestań już płakać” – bardzo trudno jest zatrzymać w sobie chęć płaczu (choć jest to wykonalne). Nie służy jednak zdrowiu. Płacz zatrzymany w ten sposób lokuje się często w okolicy klatki piersiowej (co można odczuć poprzez bardzo spłycony oddech i usztywnienie ciała) lub w gardle. Nie zdziwiłabym się, gdyby hamowana w ten sposób potrzeba popłakania nie zakończyła się anginą, bólem gardła lub trudnościami w mówieniu.

Zatem – nie bójmy się płaczu. On jest bardzo potrzebny zarówno dla naszej równowagi psychicznej, jak również dla zdrowia. Największym wyzwaniem jest, jak udało mi się już wielokrotnie zaobserwować, przyjęcie osoby, która płacze. Przyjęcie jej bez uwag, komentarzy. Z miłością, zrozumieniem, szacunkiem. To zdecydowanie umiejętność warta praktykowania i ćwiczenia. I życzę Wam tego, abyście potrafili zarówno płakać, jak i przyjmować płacz drugiej osoby 

M!

Mamo, Tato, bądźcie dla siebie dobrzy. O tym, jak ważne jest zadbanie o siebie

Chciałabym się z Wami podzielić swoją dzisiejszą sytuacją. Nie bardzo chcę wchodzić w szczegóły. Zależy mi na tym, abyście mogli poznać moje refleksje i przemyślenia. I abyście na koniec lektury pomyśleli o tym, jak ważne jest to, aby być dla siebie samego (siebie samej) po prostu dobrym i serdecznym.
Wczesnym rankiem szłam sobie dróżką, wdychając letnie powietrze. Wsłuchując się w odgłosy otoczenia. W moim kierunku zmierzali tato z synkiem. Chłopczyk nie miał ochoty iść. Najchętniej, gdyby to od niego zależało, zawróciłby do samochodu i jak najszybciej oddaliłby się z miejsca, w którym stał.

Widziałam, że tacie jest trudno. Znałam to uczucie. Wiele razy, odwożąc Lilę do przedszkola, spotykałam się z jej oporem. Smutkiem. Płaczem. Prośbą, by zawrócić. Bo ona nie chce. Bo nie ma dziś ochoty. Będzie tęskniła. Gdybym Wam napisała, że zawsze wykazywałam postawę wspierającą, skłamałabym. Wiele razy miewałam trudność. Dylemat. Niepewność. Ile to razy wychodziłam z przedszkola ze łzami w oczach, myśląc o tym, jak mogłam coś zrobić, czy powiedzieć inaczej. Czując, że nie okazałam jej należytego wsparcia i zrozumienia dla jej uczuć. Bo moje też były wówczas w wielkim bałaganie i nieładzie. Dużo wówczas nad tym wszystkim rozmyślałam i wciąż rozmyślam. Każdego dnia dowiaduję się czegoś nowego zarówno o moim dziecku, jak i o sobie samej.

Wrócę jednak do opisywanej sytuacji. Bezsilny wobec protestu syna tata, w pewnym momencie “wywołał mnie do tablicy” i powiedział: “Bo pani cię zabierze“. Wcześniej, gdy słyszałam tego typu słowa, jedyne co czułam, to złość. Na rodzica za to, że straszy swoje dziecko, odbierając mu poczucie bezpieczeństwa. Teraz byłam głównie zaskoczona i zdumiona. Tym bardziej, że to mną straszono. Mając trochę doświadczenia w pracy z dziećmi wiem jedno. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała wywołać w relacji z nimi to uczucie strachu i przerażenia moją osobą.

Widząc z daleka tę sytuację wiedziałam, dlaczego tata to mówi. Tacie też było trudno. Na swojej drodze napotkał świadka niełatwiej dla siebie sytuacji i próbował jak najszybciej ją przerwać. Słowami, które w jego odczuciu mogłyby podziałać. Natychmiast. By skończyć trudne zachowanie. Wyobraziłam sobie, z czym tata musiał się zmagać. Pomyślałam, że bardzo kocha swoje dziecko. Nie wie jednak, jak mu pomóc, bo codzienne rozstania dla obu stron mogą być trudne. Mijając więc tatę i synka powiedziałam do nich z uśmiechem: “Oj nie, nie zabiorę Cię. Wielka by to była szkoda, bo bardzo fajna zabawa w przedszkolu by cię ominęła” 🙂 Tata spojrzał na mnie z uśmiechem, a ja dodałam: “Poranki bywają czasem trudne. Życzę dobrego dnia.” i poszłam.

Myślę sobie, że to jest coś, czego rodzicom czasem brakuje od innych rodziców. Wsparcia, zrozumienia, zamiast oceniania i budowania własnej wartości kosztem “tych, którzy sobie nie radzą”. Nie znajdę chyba rodzica, który mógłby powiedzieć, że zawsze wszystko ogarnia. Mogłabym jedynie pomyśleć, że ma niepełny dostęp do samego siebie. Wielu rodziców szczerze, prawdziwie i najlepiej jak tylko potrafi kocha swoje dzieci. Chce, by były one szczęśliwe. By nie napotykały w swoim życiu na zbyt wiele momentów smutku, frustracji, przykrości. By nie doznały krzywdy ze strony innych ludzi. Każdy z nas – dorosłych – próbuje realizować te potrzeby w różny, najlepiej dostępny sobie sposób. Czasem automatyczny i mechaniczny. Czasem nawykowy, którego sami nigdy nie lubiliśmy ze strony bliskich nam ludzi. Nie zawsze jesteśmy w stanie w porę się zatrzymać. Czasem jakieś słowo wyleci z naszych ust niczym pocisk z karabinu. I zrani. Zaboli. Uderzy w najczulszą strunę dziecka. Jestem pewna, że taka sytuacja zdarzyła się choć raz każdemu z nas.

Nie piszę tego jednak po to, aby wywoływać w Was uczucie niepokoju, lęku, frustracji, poczucia winy. Piszę to, aby podzielić się z Wami moim doświadczeniem. Zawsze kiedy zdarzy mi się zrobić coś “za bardzo”, nieadekwatnie do sytuacji, niezbyt wspierająco dla Lilci, wówczas kieruję swoją uwagę na siebie. Staram się bliżej sobie przyjrzeć i zastanowić, co się ze mną dzieje. Jakie są moje uczucia i potrzeby. Czego mi brakuje. Robię to zwykle wtedy, gdy Lila już śpi. Często jest to niemożliwe w ciągu dnia, gdy wiele rzeczy wykonuję w pośpiechu, “z automatu”, w stresie wywołanym rozmaitymi czynnikami. Gdy ONA usypia, ja rozmyślam. I próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie: “Kobieto, o co ci chodzi :)? Czego byś potrzebowała? Nazwij to”. Idzie mi coraz lepiej. Staram się i bardzo nad tym pracuję. Próbując zadbać o siebie, swoje pragnienia, marzenia, potrzeby. Bo wtedy czuję się lepiej. Jestem spokojniejsza. To długa, żmudna praca. Warta poświęcenia i zaangażowania.

Pamiętam, jak pod koniec jednego z warsztatów dla rodziców pewna mama powiedziała piękną, znaną myśl: “Dbam o siebie, bo szczęśliwa, spokojna mama to szczęśliwe i spokojne dziecko“. Warto o tym pamiętać. Szczególnie wtedy, gdy nasze dziecko mierzy się z dużą DLA SIEBIE trudnością. Na nic się zda nakładanie na jego trudność naszej interpretacji i dorosłego, racjonalnego myślenia pt. “Robi z igły widły. Robi problem z niczego. On się wścieka z BYLE POWODU” Ten powód jest dla dziecka ważny. Dla niego jest całym, dziecięcym światem. Jego światem. Uznajmy jego ważność. Pochylmy się w stronę dziecka, okazując najlepsze z możliwych wsparcie – w serdecznym uścisku i spojrzeniu a nawet w pełnym zrozumienia milczeniu. W daniu prawa do własnych odczuć , myśli i przekonań.

Dlaczego czasem bywa nam trudno? Dlatego, że napotykamy na swojej drodze niezbyt empatyczne, wspierające otoczenie. Oceniające, pełne widocznej dezaprobaty spojrzenie, odwracanie się w naszą stronę, niepotrzebne rady, pełen zakłopotania uśmiech. Dużo w nas strachu i lęku przed oceną. Przed pogardą innych. Przed brakiem akceptacji. Bywa, że towarzyszą temu myśli: “”. To często nasze poczucie niższości i nie radzenia sobie wpływa na reakcję skierowaną w stronę dziecka.

Jeśli zatem zadbamy o siebie, zawalczymy o własne potrzeby, spokój, możliwość zrobienia czegoś dla siebie i zrozumienia swoich uczuć oraz działań, wówczas będziemy w stanie wychodzić naprzeciw potrzebom dziecka. Ono nie potrzebuje rodzica, które godzi się na wszystkie jego zachcianki i prośby. Który kosztem własnych sił będzie walczył w domu o porządek lub trzydaniowy obiad. Ono potrzebuje autentycznego dorosłego, który pokaże mu, jak należy zadbać o siebie i jak można realizować własne pasje, pragnienia, potrzeby. Który będzie omylny. Który będzie potrafił przyznać się do błędu i przeprosić. Który je dostrzeże i wysłucha, bez zbędnych rad i wskazówek. Który będzie nad sobą pracował.

Życzę Wam tego, aby Wam się chciało – być dla siebie serdecznym, świadomym, otwartym na pracę nad sobą i zmiany. Życzę Wam, abyście potrafili zadbać o swoją przestrzeń bez poczucia winy lecz z przekonaniem, że robicie to dla dobra wszystkich. Większego dobra. Dlaczego? Bo zachowanie i spokój dziecka pokazują, że naprawdę WARTO!
M!

Mamusiu, czy mogłabyś nam nie przeszkadzać? Chciałabym poznać Tatę.

Nie będzie to długi tekst (biorąc pod uwagę moje możliwości :)). Tak sobie obiecałam. Dziś jest wyjątkowy dzień. Mam okazję czytać wiele pięknych tekstów z życzeniami dla Tatusiów. Z podziękowaniem za to, że są i co cennego wnoszą w życie swoich dzieci.

DZIŚ Tata ma moc. I siłę. Potencjał do wykorzystania. Kiedy jeżdżę na warsztaty dla rodziców, z wielką radością witam każdego tatę, który CHCE – rozumieć, pracować nad sobą, dowiedzieć się czegoś o swoim dziecku i sobie samym. Mam możliwość poznania dwóch perspektyw i postrzegania rodzicielstwa – kobiecego i męskiego.

I dziś mam jedną, malutką prośbę wielkiej wagi – abyśmy my – kobiety, mamy – wspierały swoich partnerów, mężów, ojców w pełnieniu ważnej dla siebie roli. Byśmy starały się im nie przeszkadzać. Wielu z nich przykłada się solidnie do swoich działań, najlepiej jak tylko umie i na dany moment potrafi. Nic się dziecku nie stanie, kiedy pod naszą nieobecność nie dostanie trzyskładnikowego drugiego dania lub niepełną kolację, przygotowaną jednak z miłością i oddaniem. Dziecko z pewnością będzie wspominało chwile, momenty, dobrą zabawę i atmosferę. Bacznie nas obserwując, patrząc, jakie jesteśmy w relacji do bliskiej nam osoby, naśladują nasze zachowania, reakcje, wspieranie bliskiej osoby lub jego brak. Parafrazując znane słowa: “Jedną z najważniejszych rzeczy, jakie mama może zrobić dla swojego dziecka to kochać i szanować jego tatę“.

Bardzo dobrze, że istnieją sfery zarezerwowane tylko dla dziecka i taty – wspólne pasje, zainteresowania, wyjścia, spacery. Lila zawsze powtarza, że herbata zrobiona przez tatę smakuje najlepiej. Że jej tata dużo potrafi. Gdy widzi, że mam z czymś trudność, potrafi powiedzieć: “Tata nam mama pomoże. On to zrobi“. Kiedy potrzebuje się pobawić w sposób ruchowy, aktywny, biegnie do taty i prosi go, by ją szukał lub gonił. Gdy w domu są jakieś usterki i rzeczy wymagające naprawy, potrafi mu towarzyszyć – trzyma wkrętarkę, wbija gwoździe, obserwuje, jak tata pracuje. Często z nim jeździ na myjnię i na zakupy. Uwielbia, gdy zabiera ją ze sobą do pracy, dzięki czemu może porozmawiać z jego koleżankami oraz pobawić się w pomieszczeniu z dużą, białą tablicą do pisania. Z przyjemnością patrzę na to, jak buduje się i wzmacnia ich relacja. I uczę się odsuwać, nie przeszkadzać, nie poprawiać, nie narzucać swojej wizji wspólnego spędzania czasu. Bo tylko dzięki temu oni będą mogli wzmocnić swoją więź i wypracować dobrą komunikację. Tylko dzięki temu, będą mieli okazję i szansę prawdziwie siebie poznać. Bywało jednak, że przeszkadzałam. Bo wydawało mi się, że … (dużo mi się kiedyś wydawało, zdecydowanie za dużo).

To nie jest jednak czas, aby umartwiać się tym, co nieudane lecz znając swoje błędy, postępować inaczej. I tego Wam Kochane Mamy życzę – abyście czasem odpuściły i uwolniły głowę od powinności. A Wy Tatusiowie, byście się czuli w pełni akceptowani tacy, jacy jesteście, abyście byli otoczeni miłością i szacunkiem, na które każdy człowiek zasługuje.
M!

Nauka się OPŁACA – czyli o tym, jak możecie zarobić na ocenach swoich pociech

 

Jadąc wczoraj na ostatni w sezonie warsztat dla rodziców, słuchałam radia. Muzyka została przerwana przez reklamy. Zwykle w takich momentach wyłączam swoją uwagę, ale to, co usłyszałam, mnie zaciekawiło. Słowa brzmiały mniej więcej tak:

– “No, córuś, co tam masz na świadectwie?” – pyta tato.

– “6 złotych tata” – odpowiada dziecko.

Dalej można było słyszeć głos lektora, który w zachęcający sposób mówił:

Pochwal się świadectwem swojego dziecka. Przyjdź do nas. Za każdą piątkę dostaniesz rabat w wysokości 5 złotych, a za szóstkę 6 złotych. Przyjdź do nas i zobacz, ile możesz zyskać.”

O innych niż piątki i szóstki ocenach nikt nie wspomniał. Jedyną podstawą do uzyskania dodatkowych pieniędzy są najwyższe noty. Trójki i czwórki nie są brane pod uwagę.

Słuchając tych słów poczułam ogarniającą mnie irytację. Pomyślałam: “W jaką to wszystko zmierza stronę? Do czego ma zachęcić dzieci i rodziców? Do wywierania przez dużych presję na małych, aby wypracowywali jak najwyższe oceny? Do odczuwania przez uczniów presji i przymusu bycia najlepszym? Do przekonania, że wszystko, co jest poniżej określonej noty, w naszym społeczeństwie się nie liczy? Jest dyskredytowane i nieważne?”. Nauka wyłącznie dla ocen, gratyfikacji, nagród, pochwał, czerwonego paska niezbyt daleko nas zaprowadzi. Jeśli naszą wewnętrzną motywacją nie będzie chęć poszerzenia wiedzy, dowiedzenia się czegoś nowego, wówczas będziemy, niczym roboty, dosłownie wykuwać teorię, aby zdać egzamin, otrzymać jak najlepszą ocenę z klasówki, a następnie wszystko zapomnieć (w imię zasady 3 Z – zakuć, zdać, zapomnieć). Dobrze jest, w trakcie edukacji, odkryć obszar, który mocno nas zajmuje, angażuje naszą uwagę, myśli. Piątkowemu uczniowi w przyszłości może być trudno “się określić” i wybrać w jaką pójść stronę. Dobrze by było, gdyby system edukacji wspierał indywidualność. Gdyby warunkiem przyjęcia na uczelnię było spojrzenie na dokonania ucznia w obszarach ważnych dla tematyki studiów.

Jeśli chodzi o mnie, jestem piątkową uczennicą. Bardzo długo szukałam swojej drogi zawodowej. Podejmowałam się rozmaitych działań, aby sprawdzić, czy w danym obszarze będę się dobrze czuła. Ten czas w swoim życiu wspominam jako męczący, frustrujący i zabierający energię. Wiele moich koleżanek i kolegów, którzy mieli bardziej zróżnicowane oceny – świadomie poszło wyznaczoną przez siebie drogą wiedząc, czego chce. Realizując się w zawężonym obszarze, który postanowili wzmacniać i polepszać. Dobra ocena nie gwarantuje sukcesów w przyszłości. Marzy mi się, aby zaczęto kłaść większy nacisk na docenienie kreatywności uczniów, naukę  wychodzenia poza schematy oraz konkretnych, przydatnych w życiu umiejętności (zamiast suchej teorii, która niewielkie ma odniesienie do prawdziwego życia). Chciałabym, aby dzieci mogły uczyć komunikacji z drugim człowiekiem, asertywności, radzenia sobie ze stresem, relaksacji, dbania o własne potrzeby i granice, rozumienia swoich uczuć, negocjowania ważnych dla siebie kwestii. Prawdziwe umiejętności torują nam ścieżkę do samodzielnego życia. Cenna wydaje mi się wiedza na temat tego, jak działać w sytuacji trudnej, jak radzić sobie z wyzwaniami, co robić z popełnionymi błędami, gdzie szukać odpowiedzi na ważne pytania, jak chronić siebie przed rozmaitymi niebezpieczeństwami, nadmiarem stresu, krytyką, prześladowaniem ze strony kolegów. Jak rozwijać w sobie empatię. Tego możemy (jeśli szczęście dopisze) dowiedzieć się na zajęciach dodatkowych lub specjalnie przygotowanych dla dzieci warsztatach (których w moim odczuciu wciąż jest  za mało).

Mimo, że Lila nie chodzi jeszcze do szkoły, nie przeszkadza mi o tym wszystkim rozmyślać. Osobiście mówię NIE nauce wyłącznie dla ocen i numerków, jedynie w celu uzyskania nagrody. Mam nadzieję, że starczy mi sił, pomysłu, zaangażowania, aby wspierać Lilę w procesie edukacji. Bo najważniejsze jest dla mnie to, co zostaje realnie w głowie, a nie na papierze. Nie chodzi mi o zachęcanie dzieci do okładania nauki na bok, ale o mądre ich wsparcie w tym zakresie, bo przecież nauka jest ważna. A jakie jest mądre wspieranie? Bardzo chętnie poznałabym Wasze doświadczenia. Czuję, że dużo mogłabym się od Was nauczyć.

M!

Pod wodą….dlaczego wybieram WIEDZĘ i ŚWIADOMOŚĆ zamiast pełnej emocji KRYTYKI

W zasadzie powinnam już spać, ale myśl w głowie zakiełkowała i uciec nie chce. Potrzebuje wyjść na zewnątrz. I podzielić się z wami, tym, co nie jest takie oczywiste, na jakie wygląda.

Zbliżają się wakacje. Lato już prosi, by zrobić dla siebie miejsce. Tym samym zwiększa się ilość wyjazdów na basen, nad morze, nad wodne akweny. Pojawia się coraz więcej tekstów, nagrań ukazujących, jak niebezpiecznym i jednocześnie niedocenianym żywiołem jest woda. Od wczoraj oglądam i czytam teksty nawiązujące do materiału wideo, które pojawiło się w Internecie. Chłopczyk tonie na basenie (całość nagrania trwa ok. 3 minuty) i nikt nie reaguje. Posypało się morze negatywnych komentarzy pod adresem wielu osób – rodziców, ratowników, ludzi obecnych, stojących tuż obok chłopca. Jednym słowem mocna, jak to w Internecie bywa, krytyka.

Muszę Wam się do czegoś przyznać. Oglądając to nagranie, obserwując zachowanie chłopca miałam na początku wrażenie, iż wykonuje on podwodne akrobacje, że bawi się w tej wodzie. Nie raz, nie dwa byłam na basenie świadkiem podobnych zachowań –> nurkowania, zanurzania się pod wodę, chlapania. I, myślę sobie, jak ważna w tym wszystkim jest EDUKACJA. Pokazywanie, uczenie, zapoznawanie z różnymi rodzajami zagrożeń, jakie woda może przynieść. Edukacja powinna być skierowana zarówno do dzieci, jak i do dorosłych. Wiem, że do wody nie powinno się wchodzić, gdy jest się najedzonym. Jednak, przyznaję, moja wiedza w tym temacie nie jest zbyt duża. Na przykład nie wiedziałam, że dziecku znajdującemu się blisko brzegu może grozić niebezpieczeństwo, o którym pisała niedawno Pani Anita z bloga Być bliżej. Nie boję się przyznać do tego, że w tzw. wodnej materii wielu rzeczy jeszcze nie wiem. Odczuwam jednak ogromną potrzebę, aby nie oceniać tak surowo wszystkich wokół, lecz zastanowić się nad tym, co możemy zrobić, aby zwiększyć wśród ludzi świadomość. Można wylewać wiadro pomyj na “znieczulicę wśród ludzi”, krytykować, oceniać, bulwersować się. Można też zrobić coś innego – uczyć się, edukować innych, uczulać na potencjalne niebezpieczeństwa, pokazywać i prezentować nagrania z symulacją najczęstszych wodnych sytuacji, przygotować do tego, jak w razie zagrożenia trzeba sobie radzić. WIEDZA potrafi życie uratować. W moim odczuciu tego rodzaju lekcje, zajęcia powinny odbywać się w przedszkolach, szkołach na lekcjach wychowawczych. Wyposażając dzieci w konkretną wiedzę i umiejętności. Dając im dzięki temu większe poczucie bezpieczeństwa.

Wiem, że nie zawsze będę w stanie być przy moim dziecku tak, by wyeliminować z jego środowiska ewentualne zagrożenia (nie jest to możliwe ani nawet wskazane –> jak inaczej stanie się samodzielną dziewczynką?). Mogę jednak wyposażyć ją w umiejętności, wiedzę, świadomość. Mogę zapisać ją na lekcje pływania (co jest jednym z moich wakacyjnych planów), mogę z nią rozmawiać, podpowiadać, na co należy uważać (nie chodzi mi o straszenie, lecz o wiedzę). Mogę sama poszerzać wiedzę w tym temacie.

Niedawno obejrzałam wideo, w którym dziecko (pozostawione bez opieki!) pływa w kole ratunkowym w basenie. W pewnym momencie przewraca się tak, że jego głowa ląduje pod wodą a budowa koła uniemożliwia wydostanie się na zewnątrz. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że coś podobnego może się wydarzyć. Być może dlatego, że podczas wyjść na basen ja lub tata Lilci zawsze jesteśmy obok. Małe dziecko ma prawo nie dostrzec w czymś zagrożenia. Osoba dorosła również. Jednak czuwanie nad dzieckiem, bycie blisko tak, by w razie potrzeby zareagować, ma kluczowe znaczenie. Dodatkowo, mam w głowie myśl, że również starszym dzieciom, które umieją już pływać, zdarzają się wypadki.

Ważne, by przypominać i uczyć dzieci, co należy robić w sytuacji zachłyśnięcia wodą, stracenia gruntu pod nogami lub innych zagrożeń. Warto mówić, powtarzać oraz przypominać na co powinny zwracać uwagę. Słyszę już zdania: “Ale wielu rodziców ma w nosie taką wiedzę. Jadą na urlop, żeby mieć święty spokój i puszczają dziecko samopas. Mają je zwyczajnie gdzieś”. Na taki zarzut nie znajduję odpowiedzi. Wiem, że są różne postawy rodzicielskie, każdy ustala własne priorytety, często z dużą szkodą dla zdrowia i życia dziecka (jeśli rodziców taka wiedza nie interesuje, wówczas warto położyć nacisk na wyposażenie w nią dzieci. Tak, by mając trudne warunki zewnętrzne – nieobecnego dorosłego, niereagujących ludzi wokół – wiedziało, jak działać i próbować się ratować. Brzmi brutalnie i smutno. Niestety, na siłę nikogo niczego nie nauczymy. Dzieci z reguły chcą się uczyć, dowiadywać, mieć poczucie sprawstwa i kontroli sytuacji. Wierzę w dzieci. Bardzo.)

Jeśli skoncentruję się na krytyce innych, wówczas niewiele miejsca pozostanie mi na działanie. A ja wolę działać. Być może kiedyś powstanie projekt (być może spróbuję go kiedyś stworzyć) zajęć, warsztatów dla dzieci i ich rodziców, który da im wsparcie i podpowie, w jaki sposób należy się chronić zarówno przed wodnymi, jak również wieloma innymi zagrożeniami oraz wyzwaniami dzisiejszych czasów. A tych, niestety nie brakuje.

M!

Mamo, tato, ja się boję…. o strachu, który boli

Gdy zamykam oczy, przypominam sobie siebie z lat przedszkolno – szkolnych. Widzę dość odważną dziewczynkę, która uwielbiała publiczne wystąpienia. Nie pamiętam, abym czuła tremę. Pierwszy wyraźny obraz pochodzi z czasów, gdy miałam ok. 6 lat. Wcieliłam się w rolę śnieżynki w przedszkolnym teatrzyku. W szkole podstawowej, z wielkim zaangażowaniem i zapałem występowałam na rozmaitych przedstawieniach, konkursach, uroczystościach i było mi z tym dobrze. Właściwie czułam się jak ryba w wodzie. Zdarzało mi się zapomnieć tekstu, pomylić. Jednak, gdy miało to miejsce, uśmiechałam się, próbując wrócić na właściwe tory 🙂 Nie przypominam sobie, abym odczuwała strach lub tremę. Jeśli nawet się pojawiała, to umiałam sobie z nią poradzić.

Lila jest inna niż ja. Nie przepada za publicznymi wystąpieniami. Obserwując ją mogłabym śmiało rzec, iż na chwilę obecną w ogóle ich nie lubi. Kosztują ją dużo stresu, nerwów. Przyprawiają o ból brzucha i gorączkę. Kiedy po 3 tygodniach chorowania powróciła do przedszkola, jej przyjście przypadło na dzień, w którym trwały ostatnie próby do wystąpienia z okazji dnia rodziny. Miało mieć miejsce następnego dnia. Zaskoczenie, jakiego Lila doświadczyła, zupełnie odebrało jej siły. W trakcie całego dnia pobytu w przedszkolu uczestniczyła tylko w zajęciach obowiązkowych. Resztę czasu przeleżała oraz przesiedziała bez energii i zaangażowania. Gdy przyjechała do domu i wyszła z auta, zobaczyłam wycieńczone dziecko. Z gorącym czołem. Od razu po ściągnięciu butów, skierowała się do pokoju i poprosiła o przytulenie. Chciała tylko, żebym była blisko i czytała jej bajki. Odmówiła zjedzenia obiadu. Nawet ulubionych truskawek i czereśni nie była w stanie zjeść. Zmierzyłam jej temperaturę. Ponad 38.5 stopni. Dostała lek i …. w moment usnęła. Po godzinie 17. Czułam, że tego potrzebuje. Ochłonąć, odpocząć, poczuć się bezpiecznie. Mówiła, że się boi, że nie czuje się na siłach, by wystąpić w przedstawieniu. Doskonale to rozumiałam. Wielu dorosłych, którzy po dłuższym urlopie wróciliby do pracy i mieli wykonać na drugi dzień ważną prezentację, czułoby się podobnie. Dopiero gdy Lila pospała, była gotowa coś zjeść. Widać było, że pozbywa się stresu. Wieczorem jednak wciąż gorączkowała. Jej organizm protestował i bronił się przed tym, czego tak bardzo się bała.

Mogłabym pokusić się o słowa: “Lilciu, nic się nie bój. Będzie dobrze. Nie ma się czego bać. To tylko przedszkolne wystąpienie“. Mogłabym iść o krok dalej i porównywać ją do innych dzieci lub do siebie: “Zobacz, nie jesteś sama. Nie ty pierwsza i nie ostatnia. Inne dzieci tak się nie boją. Ja w twoim wieku byłam odważna i dzielna“. Mogłabym wejść na inną, bardziej manipulacyjną nutę: “Dasz radę. Tak bardzo chciałabym zobaczyć, jak mówisz dla mnie wierszyk lub śpiewasz piosenkę“. Mogłabym robić jeszcze wiele, wiele innych rzeczy, które sprawiłyby, że ONA czułaby się gorzej. Które być może spowodowałyby, że ona “wzięłaby się w garść”, a później odchorowałaby to silniej niż w postaci gorączki i bezsilności. Nie chcę, by musiała słyszeć powyższe słowa i czuć presję doścignięcia do abstrakcyjnego wzoru. To, że ja sobie radziłam nie znaczy, że ona MUSI. To, że uwielbiałam publiczne wystąpienia nie znaczy, że ona powinna być do mnie podobna i realizować moje pasje, ambicje i plany. Staram się spełniać w swoich działaniach zawodowych, by oddzielać SIEBIE od Lilci. By nie ciągnąć ją na siłę w stronę swojego. Ona wie, co robię i czym się zajmuje. Często towarzyszy mi w przygotowywaniu zajęć na uczelnię lub materiałów na warsztaty. Obserwuje, jak realizuję swoje zainteresowania. W części z nich ze mną uczestniczy, ponieważ jak tylko mogę zabieram ją na różne spotkania autorskie bądź warsztaty. Gdybym zobaczyła, że ona nie chce, że to nie daje jej radości, odpuściłabym. Ona nie żyje po to, aby mnie w jakiś sposób zadowalać, lecz żeby poznawać siebie, odkrywać te obszary, które będą dawały jej zadowolenie. Z szacunkiem do ludzi i siebie samej.

Gdy zdarzają mi się rozmaite rodzicielskie wyzwania, staram się podchodzić do sprawy zadaniowo. Jeśli widzę, że stres pozbawia ją sił, nie bagatelizuję: “To nic, nic się nie dzieje, dasz radę”. Nie boję się, że potwierdzając jej uczucia tylko je pogłębię. Mocno wierzę w to, że człowiek, który jest zrozumiany, dostrzeżony, przyjęty z trudnymi uczuciami, potrafi lepiej sobie poradzić z wyzwaniem niż osoba, której wmawia się, że ma czuć i robić INACZEJ. Nieraz spotykam się z komentarzami: “Ty to masz tylko jedno dziecko, więc łatwiej Ci się mówi. Masz jedno, to na jednym się koncentrujesz”. Tak, to prawda. Mam jedno dziecko. Ale nawet gdybym miała więcej, dalej robiłabym to, co teraz. Pracowała nad samą sobą. Nad byciem dobrym człowiekiem, wystarczająco dobrą mamą. Rozwijałabym w sobie cechy, dzięki którym mojemu dziecku lub dzieciom być może żyłoby się lepiej. Inny rodzaj zarzutów brzmi następująco: “Co z tego, że ty tak się starasz, jak pójdzie do szkoły i zetknie się z tym chamstwem. Ona musi wiedzieć, jakie jest życie”. “I się dowie” – odpowiadam. Najważniejsze jest dla mnie to, aby miała świadomość, że ma gdzie wracać po ciężkim dla siebie dniu, w którym doznała przykrości, wyzwań ponad jej możliwości. Że w domu czekają na nią mama i tata, którzy przytulą, gdy będzie tego potrzebowała. Czasem bez słów i zbędnego pocieszania. A gdy zobaczą, że słowa jednak są mile widziane, to powtórzą, że dla nich ona jest w sam raz, najlepsza taka, jaka jest tu i teraz. Że nie musi być JAKAŚ. Że ma PRAWO: mieć tremę, stresować się przed wystąpieniami publicznymi, mieć swoje zainteresowania, być inna niż jej rodzice.

Gdy dostrzegam, z czym na dany moment Lilci jest szczególnie trudno, wówczas szukam… Tam, gdzie jest mi najłatwiej. W książkach, które mogą pomóc i jej i mi przejść przez trudne sytuacje.

W zabawkach, które posłużą za wsparcie. Podsuwam jej rozmaite gniotki, piłeczki, które do woli może uciskać, by pozbywać się nadmiaru napięcia. Po przedszkolnym stresie wyciągnęłam książkę “Kret sam na scenie”. W niej główny bohater próbuje sobie radzić ze strachem przed publicznym wystąpieniem. Dodatkowo staram się z Lilą jak najwięcej rozmawiać o różnych emocjach, które potrafią zawładnąć ciałem dużego i małego człowieka. Pokazuję znane mi ćwiczenia oddechowe warte uwagi i ćwiczeń. Wiem, że takie rozmowy odbędą się u nas jeszcze wiele, wiele, wiele razy. Bo oswajanie trudnych emocji, nauka radzenia sobie z nimi to długi proces. Wymagający zaangażowania, świadomości, ćwiczeń. Wszystko po to, by umieć sobie pomóc, gdy pojawią się w życiu wyzwania. A tych na pewno ani Lilci ani mi nie będzie brakowało.
M!

Czy jesteś gotowy do zabaw językowych?

Jeśli jesteś gotowy (do cudnych ćwiczeń językowych), koniecznie sięgnij po niezwykle przydatną, bardzo rzetelnie, dokładnie i pomysłowo opracowaną książkę Państwa Elżbiety i Witolda Szwajkowskich – “Sto wierszyków atrakcyjnych do ćwiczeń dykcyjnych” i wydaną przez Wydawnictwo Wilga. To jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie pozycji książkowych w tym roku. Z wielu względów. Bardzo lubię wszelkie publikacje dla dzieci. Te, w których pojawiają się nieznane mi wcześniej łamańce językowe, sposoby na ćwiczenie poprawnej wymowy oraz utrwalanie wyrazów z trudnymi połączeniami głosek, obdarzam szczególną uwagą. Gdy pracuję ze studentami i przygotowuję dla nich teksty do ćwiczeń, zwykle wybieram przekrój różnych słów, zdań, połączeń tak, by:

  • mogli siebie sprawdzić,
  • mieli okazję dostrzec, w jaki sposób warto pracować nad dobrą wymową
  • stopniując trudności mieli okazję pokonywać kolejne szczeble na drodze do swojego osobistego celu.

Opisywana dziś przeze mnie książka Państwa Szwajkowskich jest trzecią z przygotowanej przez nich serii. Dwie wcześniejsze publikacje opiszę w osobnych wpisach. Wymienię tylko ich tytuły:

1.) “Sto wierszyków do ćwiczenia głosek w trudnych zestawieniach”

2.) “Sto wierszyków nowych do ćwiczeń wymowy”

W swojej biblioteczce mam też inne publikacje Państwa Szwajkowskich, które służyły mi pomocą, gdy wprowadzałam malutką wówczas Lilcię w świat mowy i mówienia. Uwielbiam te pomoce i wciąż często do nich sięgam.

O dobrą, poprawną mowę trzeba dbać tak, jak o ukochany kwiat. Sprawdzać, czy nie brakuje mu wody, przecierać liście, obdarzać zainteresowaniem. Czasem do niego przemówić lub zmienić mu miejsce, by mógł lepiej rosnąć. Trafne jest także porównanie do instrumentu muzycznego. Zanim rozpoczniemy naszą grę, dobrze abyśmy go nastroili, sprawdzili, czy nie ma żadnych nieprawidłowości a dopiero później rozpoczęli grę. Z nami – ludźmi jest podobnie 🙂 Zanim przystąpimy do ćwiczeń językowych, powinniśmy przygotować nasze ciało i buzię do mówienia. Warto zadbać o dobrą postawę, wykonać krótką rozgrzewkę, z wykorzystaniem zabawy poczuć, czy sprawnie pracują nasze wargi, policzki, żuchwa oraz język. Jest bardzo wiele elementów, które wpływają na dobrą jakość mówienia. Państwo Elżbieta i Witold Szwajkowscy nie zapominają o tym i już na wstępie publikacji, w przyjemny, rymowany sposób informują, o czym należy pamiętać. Posłuchajcie 🙂

Bardzo podoba mi się zdanie, które pojawia się na koniec ćwiczeń rozgrzewających, przygotowujących nasz aparat mowy do mówienia: “Mówcie tak, żeby inni chcieli słuchać, kiedy mówicie”. Wspaniale by było, aby każda osoba postawiła sobie taki cel, przystępując do komunikacji z innymi ludźmi. Osiągnięcie postępów, uzyskanie dobrego brzmienia głosu oraz wyrazistości mówienia to proces, umiejscowiony w czasie. Wymaga wytrwałości, cierpliwości, świadomości, zaangażowania, które należy włożyć w poszczególne ćwiczenia. Nade wszystko zaś wymaga dobrego, pozytywnego i radosnego nastawienia do zabaw dźwiękowych. Najlepsza i najskuteczniejsza jest bowiem nauka przez zabawę. Autorzy opisywanej publikacji potrafią pięknie do niej zaprosić.

“Sto wierszyków atrakcyjnych do ćwiczeń dykcyjnych” to  publikacja składająca się z sześciu rozdziałów. Każdy rozdział zawiera propozycje wierszyków z wykorzystaniem analizowanej głoski.

Rozdział 1 zaprasza czytelników do zmierzenia się z głoskami szumiącymi: sz, rz, cz, dż.

 

W drugim rozdziale zwiększony jest poziom trudności i głoski szumiące pojawiają się w sąsiedztwie głosek szeregu syczącego w zestawieniach ze spółgłoskami.

 

Trzeci rozdział zawiera wierszyki z dużym nagromadzeniem głoski “r” (bardzo lubię teksty, przygotowane przez Państwa Szwajkowskich w tym rozdziale, ponieważ dzięki nim można pięknie poćwiczyć wibrowanie języka :)).

 

Kolejny rozdział  (czwarty) zaprasza czytelnika do zmierzenia się z tekstami z dużą ilością samogłosek nosowych “ą”, “ę”.

Ten rozdział (jego przygotowanie, opracowanie – z myślą o potrzebach czytelników) zrobił na mnie ogromne wrażenie. Samogłoski zostały zróżnicowane kolorystycznie, dzięki czemu łatwiej je wyodrębnić w poszczególnych wyrazach. Na początku rozdziału pojawia się fantastycznie przygotowana dla odbiorcy ściąga, w której można przeczytać, jak należy prawidłowo realizować samogłoski nosowe w sąsiedztwie określonych głosek. Pod każdym wierszem z tego rozdziału znajdują się podpowiedzi dotyczące poprawnego przeczytania poszczególnych wyrazów. Bardzo użyteczna wskazówka. Sama będę z niej korzystać, kiedy znajdę się w potrzebie, a głowa odmówi mi współpracy i zapomnę prawidłowej realizacji danej głoski 🙂

 

W rozdziale 5 zostały zebrane inne głoski i wyrazy często błędnie wymawiane (bywa, że mają ten sam zapis, a inne brzmienie, lub podobny zapis i zbliżony do siebie rym).

Warto się z nimi zaprzyjaźnić i spróbować je zinterpretować.

 

Ostatni, 6 rozdział jest moim ulubionym.  Zawiera ciekawe, pomysłowe i zabawne łamańce językowe, najbliższe memu zawodowemu sercu 🙂

Warto podjąć się wyzwania i spróbować się zmierzyć z tymi tekstami. W formie zabawy, wspólnego ćwiczenia policzków, warg, języka. Ze śmiechem, dystansem i przymrużeniem oka. I wielką korzyścią, którą dzięki zabawie z tymi tekstami można mieć dla siebie i lepszej jakości własnej mowy.

 

 

Przygotowanie wszystkich wierszy jest na wysokim poziomie. Uwagę zwracają ładne, barwne ilustracje. Pod każdym tekstem zamieszczone są  przygotowane do niego pytania, ściśle nawiązujące do treści. Dzięki takiemu opracowaniu dziecko ma możliwość ćwiczyć nie tylko poprawną wymowę, dykcję, realizację poszczególnych głosek ale też mowę spontaniczną, umiejętność opowiadania, odnoszenia się do przeczytanego tekstu. Czytając dziecku wiersz, możemy robić to w barwny, dźwiękowy sposób, skupiając jego uwagę na treści. Młody odbiorca ma szansę ćwiczyć koncentrację, słuch i odtwarzanie usłyszanych słów.

Wielką wartością dodaną tej książki są wskazówki do każdego wiersza, zamieszczone na dole strony. To niezwykle cenna pomoc. Nie trzeba szukać w innych słownikach informacji i podpowiedzi dotyczących prawidłowej realizacji danego słowa lub głoski, ponieważ najważniejsze informacje są zawarte w jednej publikacji przy każdym wierszyku.

Lilci bardzo spodobała się ta publikacja. Dzięki niej świetnie się razem bawimy, łamiemy sobie nasze języki, zacieśniamy więzi 🙂  Bywa, że ona sama poprawia mnie przy jakimś wyrazie. Po wspólnie spędzonym czasie mam możliwość obserwować, jak bierze książkę w ręce, sadza swoje lale przy stoliku i bawi się z nimi w poprawne czytanie tekstów 🙂 To wielka radość widzieć ją “w akcji” 🙂

Jeśli chcielibyście poćwiczyć z dzieckiem prawidłowe mówienie, dobrą dykcję, pobawić się dźwiękami, porozmawiać na wiele różnych tematów, koniecznie sięgnijcie po tę wyjątkową publikację. Nie będziecie zawiedzeni 🙂

M!

Lilcia, chodź pobawisz się tabletem…

Kiedy Lila pierwszy raz chwyciła w swoje ręce tę pomysłową książkę Wydawnictwa Kinderkulka,  przez pewien czas uważnie  jej się przyglądała. Wyglądem przypominała telefon a wielkością tablet (ponieważ tego drugiego nie używamy, bliższy jest Lilci obraz telefonu). Jej uwagę zwróciły znajome ikonki zaznaczone na górze okładki (poziom naładowania baterii, sygnał połączenia internetowego) oraz na dole (miejsce na mały paluszek, który z zaangażowaniem robi zdjęcia). W pierwszym kontakcie z tą niezwykłą książką można zwrócić uwagę na bardzo solidnie wykonaną okładkę – grube, tekturowe strony służące do wielokrotnego użytku.

Po otwarciu książki oczom czytelnika ukazują się narysowane przyciski z poleceniem “Podaj kod”. 

Lila długo nie przechodziła do następnej strony. Kładła swoje palce na poszczególne literki, uprzednio nazywając je zgodnie z tym, co zdążyła sobie utrwalić (wow, jaka to wielka wartość dodana tej książki – można pobawić się w odczytywanie literek i je utrwalić. Można też pójść o krok dalej, dorysować własne literki i umieszczać w miejsce tych, które już się tam znajdują. Można z nich tworzyć sylaby. To jednak mój spontaniczny pomysł na dodatkowe wykorzystanie możliwości, jakie daje ta cudowna publikacja).

Kolejna strona ukazuje nam, jaki jest wymagany kod – to imię głównego bohatera: T E K, czytane po skosie.

Z każdą kolejną stroną czytelnik ma szansę odkryć, że poziom naładowania baterii słabnie i stopniowo jej ubywa (proszę, jak “przy okazji” można ćwiczyć spostrzegawczość :)).

Kim jest TEK i dlaczego stał się bohaterem książki?

TEK jest małym dzieckiem – jaskiniowcem, który większość swojego czasu (a może nawet życia) spędza “w swoim jaskiniowym pokoju, przyklejony do telefonu, tabletu albo konsoli do gier“. To gorliwy użytkownik i odbiorca nowych technologii. Jego przyjaciele w rozmaity sposób próbują zachęcić go do opuszczenia swego domu i wspólnej zabawy. Gry w piłkę. Biegania, skakania, wspólnych spacerów. TEK dniami oraz nocami siedzi i niczym zahipnotyzowany, oderwany od rzeczywistości spogląda w ekran (telewizora, telefonu). 

Wieczorem i w nocy, gdy jest już ciemno, dom TEKA rozjaśnia wielka łuna wytworzona przez używane urządzenia elektroniczne. Przyjaciele jaskiniowca nie są w stanie podziwiać zdobiących niebo gwiazd. Łuna zdecydowanie przesłania im widok.

Sytuacja, która się wytworzyła, staje się powodem konfliktów pomiędzy rodzicami chłopca. Mama TEK’a złości się na jego tatę, który (jak mu zarzucała) “wynalazł ten Internet”.

Rodzice są tą sytuacją zmęczeni, poirytowani i sfrustrowani. Czują bezsilność (w tych fragmentach można bardzo dokładnie przedstawiać dziecku świat uczuć, opisywać emocje). Nie wiedzą, co mogą zrobić, aby ich syn wrócił do świata żywych. “Przecież on żyje” – mógłby ktoś powiedzieć. Bliższe prawdy byłoby określenie, że on “wegetuje”. Jest niczym robot, mechanicznie odtwarzający wyuczone zachowania. Wokół niego toczy się życie, a on nie ma chęci, by się temu przyjrzeć. Umykają mu uroki związane z przemijalnością pór roku (zabawy na śniegu, lepienie bałwana, kąpiel w jeziorze, serdeczna, wesoła rozmowa, wygrzewanie się na słońcu).

Ucieka mu czas. Przyjaciele bardzo się o niego martwią. Zależy im na odzyskaniu TEK’a takiego, jakiego znali wcześniej, przed pojawieniem się nowych technologii.

Rodzice próbują coraz bardziej radykalnych środków. Bez rezultatów.

Pewnego dnia, z pomocą rodzicom i przyjaciołom TEK’a przychodzi miejscowy, pobliski wulkan – Wielki Wybuchacz. Jego erupcja powoduje, że bohater tej książki opuszcza swoje przytulne gniazdko. Wydostaje się na światło dzienne. Oraz, co najważniejsze, traci połączenie ze światem wirtualnym.

Przez pewien czas TEK leży oszołomiony na trawie i upaja się towarzyszącymi temu uczuciami, wrażeniami. Jego zmysły na nowo zaczynają  pracować. Czuje ciepło promieni słonecznych na swoim ciele, łaskotanie przyjemnych w dotyku źdźbeł trawy. Upaja się przyjemnym dla nosa i mózgu powietrzem. Wraca…. do świata, na nowo dostrzegając jego piękno, kolory, dźwięki. Ponownie zacieśniając więzi z przyjaciółmi i bliskimi sobie osobami. Przypomnia sobie, jak smakuje najprawdziwsza zabawa. Warto było czekać na takiego TEK’a. Rodzice i przyjaciele odzyskali TEK’a, a TEK odzyskał…. swoje życie. Tu i teraz. Uważne i obecne.

Ta książka to coś więcej niż tylko tabletowa, niezwykle pomysłowa forma. To bardzo wartościowa treść, obrazująca bolączki, z którymi zmagają się zarówno mali, jak i duzi odbiorcy tzw. nowych, współczesnych technologii. Uzależnienie od korzystania z mediów to temat, który warto wziąć pod lupę i bliżej się mu przyjrzeć. Osobiście nie jestem zwolennikiem zupełnego odsuwania dziecka od tego, co będzie mu w przyszłości towarzyszyć. Warto jednak, by umiało ono korzystać z mediów w sposób wyważony, wiedząc, jakie cenne informacje można dzięki nim pozyskiwać oraz jak z nich korzystać.  Kiedyś byłam przeciwniczką bajek oraz korzystania przez dziecko ze sprzętów elektronicznych. Dziś nieco zmieniłam zdanie. Uważam, że nasza mądra i rozsądna pomoc, towarzyszenie małemu człowiekowi w odkrywaniu nowości, jakie niosą ze sobą nowe technologie to lepsza droga, niż zupełne od nich odcięcie (poza tym bardzo lubię chwile, kiedy po męczącym dniu, mogę na chwilę usiąść obok Lilci, nic nie mówić i wspólnie oglądać jej ulubione odcinki Świnki Peppy. Ona również bardzo lubi czas wspólnie w ten sposób spędzony). Uważam, że bardzo ważne w tym wszystkim to, jak często i w jaki sposób my sami korzystamy z telefonu, komputera, tabletu. Jeśli dziecko większą część czasu obserwuje nas wpatrzonych w ekran, z pewnością będzie miało większą pokusę, by zaglądać do tego magicznego świata, który mu nas zabiera.

Jeśli będziecie kiedyś potrzebowali porozmawiać z dzieckiem na temat rozsądnego korzystania z rozmaitych sprzętów, tabletowa książka “TAB” będzie idealną do tego zachętą. Polecam gorąco 🙂

M!

Jesteś naprawdę wyjątkowa. Dlaczego? Bo JESTEŚ!

“Nikt inny nie dysponuje taką mieszanką talentów, doświadczeń i zainteresowań, nikt inny nie może wnieść tego, co ty. Pielęgnuj to, co masz do powiedzenia i zdziałania. To naprawdę ważne sprawy, niezależnie od tego, co sądzą twój wewnętrzny krytyk i wiecznie niezadowolona sąsiadka z czwartego piętra.”

Dodatkowo “obsesyjne zastanawianie się, co o naszych wyborach pomyślą inni, to droga do nikąd. (…) ci “inni” zwykle nie myślą o nas tak dużo, jak nam się wydaje. Jesteśmy ważni i powinniśmy się cieszyć swoją wyjątkowością, ale nie jesteśmy pępkiem świata. Inni ludzie mają swoje zajęcia i problemy, nie analizują wnikliwie naszych zachowań. Poza tym kiedy naszym głównym motorem do działania jest “Co ludzie powiedzą?”, przestajemy słuchać samych siebie, stajemy się zupełnie niewrażliwi na własne przeczucia i pragnienia”. (Joanna Glogaza, “Slow life”).

Odnosząc się do powyższych słów jednej z bliższych mi w tym roku książek chciałam dodać, że warto już od najmłodszych lat pielęgnować w dzieciach indywidualność, wyjątkowość. Brak porównywania i zestawiania. Dostrzeganie potencjału i koncentrowanie się na sile, predyspozycjach, preferencjach. Dając prawo do tak niepopularnego i niemile niegdyś widzianego wyrażania własnego zdania. Jak wielką potęgą jest własna wiedza na temat tego, co lubimy, co nas denerwuje, co sprawia nam przyjemność, a przy czym się męczymy. Najprostszy przykład – plac zabaw.  Nagromadzenie w jednym miejscu cudownych dzieci z wielkim potencjałem rozwojowym. Każde inne, zachowuje się w sposób zgodny z własną osobowością oraz (być może) zaleceniami dorosłych. Jedno wspina się na drabinkę, próbując poznać swoje możliwości i sprawdzić granice, inne z niezwykłą uważnością i wytrwałością robi babki z piasku. Jeszcze inne chwyta w rękę własną lalę lub misia i traktuje jak własne dziecko. Odtwarza scenki z życia. Każdy mały człowiek, na innym etapie rozwoju, choć w podobnym wieku. Piękny w swojej wyjątkowości, indywidualności. Czasami nam – dorosłym – zapala się w głowie lampka pt. “Ojej, a ten chłopczyk już tak się wspina po drabinkach? A moja tylko siedzi i dłubie w tym piachu” lub inna: “Ech, jaka ona jest odważna. Niczego się nie boi, podchodzi do wszystkich dzieci. Mój to taki odludek, wszystko go przeraża. Istny dzikus z niego”. I zdarza nam się to robić. Wkładać nasze wyjątkowe dzieci w rozmaite szufladki z różnymi napisami: “towarzyska, nieporadny, tchórz, buntownik, uparty, złośliwy, egoista, niedobry, niegrzeczny, grzeczny”.  Co by było, gdyby wszyscy byli mistrzami w bieganiu i sporcie? Czy powstałoby tak wiele cudownych prac, obrazów, projektów, zrealizowanych pomysłów? Czy mielibyśmy kogo prosić o pomoc w poradzeniu sobie z czymś, w czym nie czulibyśmy się silni? Cudownie jest móc wymieniać się wiedzą, korzystać z doświadczeń i kompetencji innych, doceniać różnorodność, indywidualność.

W szkole podstawowej oraz w liceum starałam się uczyć wszystkiego w równym stopniu, nie wiedząc, co tak naprawdę mnie interesuje, co jest mi bliskie. Z czasem wyłaniały się obszary, w których nie czułam się mocna. Których nie rozumiałam. Do dnia dzisiejszego wzdrygam się na wspomnienie nauki z takich przedmiotów, jak historia, biologia, fizyka. I, pomimo, że byłam w klasie humanistycznej, próbując dwa miesiące przygotowywać się do matury z historii, zrezygnowałam. Dla własnego spokoju. Wiedza, którą próbowałam długo przyswajać, zupełnie ulatywała, nie trzymałam w głowie faktów i dat, nie czułam, że będę kiedyś z tego korzystać. Wybrałam matematykę. Dla mnie logiczną, konkretną, przyjemną. Miałam wielu znajomych, którzy mimo humanistycznego profilu, wybrali biologię, a następnie medycynę. Poszli swoją drogą, pomimo wcześniejszych decyzji i wyborów. Wytrwale dążąc do celu.

Jeśli o mnie chodzi maturę szczęśliwie zdałam. Matematyka okazała się dla mnie bardzo przychylna i serdeczna 🙂 Przyszedł czas wyboru studiów. Miałam wówczas ogromny problem. Nie wiedziałam, co dalej…. Kim jestem, co lubię. Zawsze marzyłam o szkole teatralnej, uwielbiałam występować na scenie, wygłaszać rozmaite treści, prezentacje. Do dzisiaj bardzo lubię 🙂 Zdecydowałam się na bezpieczniejsze dla mnie rozwiązanie – wybrałam pedagogikę. Miała być psychologia, ale wiedząc, że na egzaminie musiałabym się zmierzyć z biologią, której szczerze nie lubiłam, zrezygnowałam. Studia pedagogiczne były dla mnie ważnym czasem. Miałam możliwość poznania interesujących dziedzin wiedzy na temat rozwoju dziecka, człowieka, relacji międzyludzkich. Uczyłam się coraz bardziej ograniczać moją uwagę do interesujących mnie obszarów. Długo to trwało…. Po drodze pojawiło się jeszcze dziennikarstwo i niezwykle ważny dla mnie etap – logopedia, emisja głosu i neuroplogopedia. Studia, które mocno mnie ukształtowały. Jedyne, co czułam podczas tych wielu lat nauki to to, że chcę się uczyć, rozwijać, dowiadywać o sobie czegoś nowego. Nie byłam klasycznym przypadkiem osoby, która szła jasno obraną, zawodową drogą, konsekwentnie osiągając wyznaczone cele. Ja, cały czas próbuję, podejmuję się nowych wyzwań, uczę, zmieniam. Mam jednak poczucie, że wszystkie studia, które dotychczas zrealizowałam, są spójne i łączą się ze sobą w całość. Być może zupełnie nieświadomie, powoli, małymi krokami dążę do realizacji długo skrywanych marzeń.

Te drobne postępy przybliżają nas do celu. A czasem potrafią zaprowadzić w miejsca, w których nigdy nie planowaliśmy się znaleźć. Jeśli tylko odłoży się strach na bok i pozwoli się sobie próbować, doświadczać, poznawać, wówczas pojawia się nieporównywalne do niczego uczucie – samorealizacja. To trudny do opisania stan, wypływający z naszego wnętrza, będący mieszaniną podekscytowania, radości i obaw.  Myślę, że ważne jest, abyśmy w naszym życiu robili  to, w czym czujemy się dobrze, co sprawia nam radość, do czego czujemy się powołani (wiem, że to mocne słowo, ale na dzień dzisiejszy nie znajduję innego, lepszego, które równie trafnie opisywałoby moje uczucia).

Zawsze bardzo lubiłam pisać. Już w czasie podstawówki pisywałam pamiętniki, przelewając na papier własne przeżycia, tworzyłam rozmaite historie, dawałam życie wymyślonym przez siebie bohaterom. Uwielbiałam mówić, występować publicznie, opowiadać, interpretować teksty. Bawić się słowem. Lila jest do mnie podobna (pewnie nie miała innego wyjścia, musiała zarazić się tą pasją :)). Piękny jest świat jej wyobraźni, przekazywanie przez nią myśli, refleksji za pomocą słów. Zawsze z wielkim poruszeniem chłonę jej ciekawe określenia, nazewnictwo, myśli, spostrzeżenia. Uwielbiam czas rozwoju, w którym ona aktualnie się znajduje (choć jednocześnie jest to dla mnie, jako dla mamy, czas ogromnych rodzicielskich wyzwań i wzmożonej pracy nad sobą).

DZIŚ czuję, że nareszcie jestem u siebie. Mam poczucie, że stoję na dobrej dla siebie drodze. Przede mną jest wiele ścieżek oferujących różne możliwości rozwoju. Wybieram te, które aktualnie są mi najbliższe. Mam jednak poczucie, że być może wybrana w danej chwili droga skieruje mnie niebawem w stronę kolejnej. Czekającej na bardziej przychylny moment.

Wiedząc, jak długą, wyboistą, nie zawsze łatwą zawodową podróż odbyłam, pamiętając, z jakimi trudnościami się spotykałam, myślę o Lilci. Chciałabym delikatnie towarzyszyć w jej wzrastaniu i zdobywaniu wiedzy na własny temat. Na temat tego, co lubi, co sprawia jej przyjemność. Co chciałaby robić w przyszłości. SWOJEJ przyszłości. I SWOIM życiu. Bardzo często powtarzam jej, że życzę jej, aby miała kiedyś możliwość robić to, co będzie dawało jej radość i szczęście. Co będzie ją cieszyło. Gdy ona mi mówi: “Mama chciałabym być przedszkolanką” lub “Mama chciałabym być logopedą” bądź “Mama chciałabym być lekarką”, odpowiadam: “Tak? To fajnie, że wiesz, co chciałabyś kiedyś robić. Życzę Ci, abyś spełniała swoje marzenia. Abyś robiła to, co da Ci szczęście”. Nie chciałabym, aby realizowała moje ambicje. Moje ambicje zostawiam sobie. I powoli, drobnymi krokami, wcielam je w SWOJE życie. Ona ma prawo do własnych marzeń, planów, własnej ścieżki zawodowej. Ma prawo wybierać, przebierać, próbować, eksperymentować, zdobywając wiedzę na swój temat.

A my – jej rodzice będziemy się uczyć jak najlepiej i najmniej inwazyjnie ją w tym wspierać. Nie chcemy aby żyła po to, by zadowalać nas lub kogoś innego. Marzy nam się, by realizowała swoje cele oraz małe lub większe marzenia. Dla własnej satysfakcji, zadowolenia, spełnienia. Mając poczucie, że lubi siebie i to, co robi. Bo my bardzo tę naszą małą dziewczynkę lubimy i mam nadzieję, że ona tę naszą miłość i sympatię do niej czuje. Mam też nadzieję, że w trudnych momentach, gdy coś jej sie nie uda, będzie pamiętała, że w domu czeka na nią mama i tato, którzy kochają ją tak po prostu. Dlatego, że JEST. Taka, jaka JEST. Wyjątkowa, niepodrabialna, wartościowa,

Warto pamiętać o tym, że “(…) nikt nie wie lepiej, co daje nam radość i spełnienie, niż my sami. (…) nie ma jednego słusznego sposobu na życie. (…) opinie innych osób są tylko opiniami – czasami wypowiadanymi z zazdrości, czasem wynikającymi ze specyficznej mentalności, czasem ze strachu, czasem tylko z tego, że ktoś akurat ma zły dzień. To my decydujemy, czy weźmiemy je na siebie. Przejmujemy się wieloma rzeczami, które zupełnie na to nie zasługują, a cierpią na tym sprawy istotne. Jeśli odkryjesz, co jest dla ciebie naprawdę ważne, będzie ci łatwiej nie przejmować się całą resztą”.

I tego Kochani Wam życzę. Abyście, prędzej czy później odkryli swoje prawdziwe pasje i obszary, których realizowanie daje Wam spełnienie 🙂 Otwórzcie drzwi, które z różnych powodów wciąż przed sobą zamykacie. Ja codziennie staram się próbować, działać, realizować swoje plany i zamierzenia (w zależności od aktualnego stanu i możliwości). Czasem szeroko otwieram drzwi, innym razem po prostu uchylam okna 🙂 Byle do przodu…

M!

Mama, przyszła poczta…. czyli czytamy “Listy od Feliksa”

W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam pokazać książkę, która jest kolejnym naszym przyjemnym odkryciem 🙂 Zamówiłam ją, jak to zwykle u mnie bywa, z ciekawości. Czytałam na jej temat przychylne komentarze. Kierowana ciekawością, postanowiłam zaprosić do naszego domu Feliksa. Co to za radość gościć tego małego podróżnika w naszych skromnych progach 🙂

Gdy odebrałam paczkę z zamówieniem książkowym, było już późno, więc Lila nie miała możliwości, aby obejrzeć swoje nowości. Feliksa pokazałam jej z samego rana (nie był to może najlepszy pomysł, ponieważ, jak się później okazało, wyjście do przedszkola, stało się niezwykle trudne. Lila książkę dosłownie pochłonęła :)). Siedziałyśmy w pokoju – ja czesałam Lilci włosy, a ona przeglądała poszczególne strony i wyjmowała z kopert napisane przez tytułowego bohatera listy.

Kim jest Feliks?

Małym pluszowym zającem, który zgubił się swojej właścicielce (kilkuletniej Zosi) na lotnisku. Dziewczynka wraz z rodzicami wracała z wakacji. W pewnej chwili spostrzegła, że nie ma jej ukochanego przyjaciela. W tym momencie, gdy pierwszy raz czytałam Lilci tę opowieść, ona od razu zabrała się za poszukiwania Feliksa na opisywanej  przeze mnie stronie. Szybko go znalazła. Siedział obok brązowej walizki, gotowy wyruszyć w podróż swojego pluszowego życia 🙂

Kolejne strony opisują bardzo zażyłą relację, jaka rozwinęła się między Zosią a Feliksem już od momentu jej narodzin. Dotykają świata jej uczuć i ogromnej rozpaczy z powodu zniknięcia bliskiego przyjaciela. Opisują pustkę i smutek, które zagościły w jej życiu, gdy zaginął.

Z początkiem roku szkolnego na małą Zosię po powrocie do domu czeka niespodzianka. Zaadresowana do niej koperta.

Po odwróceniu koperty na drugą stronę, dziewczynka przeczytała, kim jest nadawca. Okazało się, że był nim jej Feliks, który napisał długi, wypełniony ilustracjami list.

Tłumaczył on Zosi, że zgubił się na lotnisku i trafił do samolotu, który przetransportował go do Londynu, Dzięki temu Zosia mogła się dowiedzieć czegoś więcej o tym dużym mieście i mieszkającym w nich ludziach.

Od tego czasu dni Zosi były wypełnione gorączkowym oczekiwaniem na kolejne listy od jej przyjaciela. We wrześniu Feliks meldował się już z Paryża, w którym zachwycał się Wieżą Eiffel’a, bagietkami i grą w boule. Dodatkowo posługiwał się kilkoma popularnymi zwrotami w języku francuskim. W ramach pamiątki wysłał Zosi swoje zdjęcie – w szykownym berecie, z bagietką pod pachą, stojąc przed popularną Wieżą Eiffel’a.

Pod koniec września Feliks dotarł do Rzymu, którego uroki z przyjemnością odkrywał i opisywał swojej przyjaciółce. Dziewczynka była pełna obaw o to, czy uroczy zając wróci do niej. W liście zapewniał, że tak się stanie. Nim jednak to nastąpi, bohater miał chęć poodkrywać jeszcze parę uroczych zakątków. W październiku przywitał go upalny Egipt z piramidami. Z Egiptu Zosia otrzymała zarówno list, jak również rozrysowany tajny plan piramidy. W listopadzie dziewczynka cieszyła oczy przesyłką z Afryki. Bardzo podoba mi się przekaz i przesłanie, które płynie z rozdziału poświęconego wizycie w Kenii. W miesiącu, w którym Zosia otrzymała swój afrykański list, wraz z klasą odbyła wycieczkę do ZOO. Pracujący w nim strażnik opowiedział jej o potrzebie objęcia słoni ochroną, ponieważ dla niektórych ludzi bardziej liczy się kość słoniowa niż ich życie. Lubię książki, w których porusza się temat ochrony praw zwierząt, zwracając uwagę na ich los. Nie jestem zwolennikiem straszenia, wzbudzania lęku. Jednak mówienie w sposób delikatny o sprawach ważnych, także poprzez lekturę, uważam za niebywale cenny.

Ostatni, grudniowy przystanek nasz bohater ma w Ameryce. Przebywając w niej opisuje Zosi najważniejsze dla siebie miejsca (w tym Statuę Wolności) oraz wrażenia z wizyty w tym ogromnym kraju. W grudniu Zosię, jej rodzeństwo i rodziców odwiedza ciocia, która właśnie wróciła z Ameryki. Przywozi wszystkim pamiątki i opowiada o swoich przygodach. Zosia otrzymuje od niej małą figurkę Statuy Wolności, o której wspominał Feliks w swoim liście.

Największa radość spotyka dziewczynkę w Mikołajki. Wieczorem ktoś puka do drzwi. Po ich otwarciu oczom wszystkich ukazuje się mały, pluszowy podróżnik. Wrócił 🙂 Z walizką pełną skarbów i pamiątek oraz ogromem historii do opowiadania 🙂

Feliks przywiózł swojej przyjaciółce również walizeczkę z naklejkami z poszczególnych krajów, między innymi z Nowego Jorku:

Po “Listy od Feliksa” warto sięgnąć z bardzo wielu powodów. Pokrótce je wypunktuję, jeśli jeszcze nie czujecie się do tej pozycji przekonani :):

1.) To książka atrakcyjna pod względem formy, jak również treści. W sposób niezwykle pomysłowy oswaja dziecko z tradycyjnym sposobem komunikowania się. Wszystkie koperty są bardzo wiernie odtworzone – możemy znaleźć na nich zarówno stempel, jak i znaczek. Dodatkowo dzięki książce możemy się uczyć sposobu adresowania kopert oraz rozróżniania pojęć: nadawca – odbiorca

2.) Z tą książką można rozpocząć przygodę podróżniczą – poznając największe kraje, ich stolice a także zabytki, atrakcje, miejsca warte zobaczenia, regionalne przysmaki, zwyczaje. Dziecko nie zdąży się znudzić ilością informacji, ponieważ część z nich zawarta jest w pomysłowo przygotowanym liście, a pozostałe są bardzo zgrabnie i ciekawie zamieszczone na poszczególnych stronach książki.

3.) Dzięki książce możemy również oswoić pojęcie czasu (pierwszy list od Feliksa przychodzi w sierpniu, a ostatni w grudniu – dzięki czemu można utrwalać poszczególne miesiące, daty, sposoby ich zapisywania).

4.) Książka porusza również tematykę obrony praw zwierząt. Opisuje świat uczuć (lęków, obaw, tęsknoty, smutku, radości), które budują codzienność głównej bohaterki. Dzięki temu można z dzieckiem rozmawiać na bardzo wiele tematów.

5.) To po prostu piękna, ciepła, interesująca książka o sile i potędze przyjaźni, serdeczności, bliskości i tęsknocie.

Jeśli jeszcze nie wiecie, Listy od Feliksa doczekały się kontynuacji. Można zatem zaopatrzyć dziecięcą biblioteczkę w “Nowe listy do Feliksa”, który tym razem wyrusza do…. przeszłości. My tę książkę już mamy. Lila dostanie ją na Dzień Dziecka. Jestem przekonana, że będzie radość 🙂

 

Bardzo mnie cieszy, że dzięki tak wielu książkowym publikacjom, mam możliwość wyruszać z Lilą w tak ciekawe, równoległe światy 🙂 Was również do takiej podróży gorąco zachęcam 🙂

M!