Archiwum kategorii: Uncategorized

Na tropie angielskich słówek… o potędze książek obrazkowych

Kochani, to moja ostatnia (w tym roku) recenzja.  Bardzo bym chciała, byście poznali tę książkę. Być może już o niej słyszeliście? Być może już ją znacie… jeśli tak, zapraszam Was do jak zawsze osobistego wpisu, w którym wyjaśnię Wam z różnych perspektyw, dlaczego w moim odczuciu książki obrazkowe mają moc i świetnie rozwijają nie tylko małych, ale i dużych Czytelników.

Bardzo lubię książki obrazkowe. Nasza przygoda z nimi rozpoczęła się od sezonowych  przygód bohaterów z Ulicy Czereśniowej. Lila miała ok. 18 miesięcy, kiedy siadałam z nią na naszej huśtawce i opowiadałam o tym, co wypatrywałam na poszczególnych stronach. Widząc jej ogromne zainteresowanie prezentowanymi historyjkami zaczęłam uzupełniać naszą biblioteczkę o kolejne obrazkowe publikacje. W naszym domu cieszą się one ogromnym zainteresowaniem. Jest ono tym większe, im uważniejsze jest nasze towarzyszenie Lilci we wspólnym odkrywaniu uroku literatury obrazkowej.

Być może dlatego z tak dużym zainteresowaniem przyjęła ona nową pozycję Wydawnictwa Edgard wydaną pod szyldem Kapitana Nauki – “Na tropie angielskich słówek”.

Bardzo podoba mi się wydanie – duże, kartonowe strony, dzięki którym można podziwiać niezwykle zróżnicowane tematycznie i stylowo ilustracje. Książkę można wielokrotnie oglądać. U nas jest ona w bardzo częstym użyciu. Dzięki temu wiele słówek nie tylko Lila, ale również ja, w sposób najlepszy z możliwych, naturalny, przez zabawę sobie przypominam i utrwalam.

Książka składa się z 12, wydzielonych tematycznie, rozkładówek, zilustrowanych  przez pomysłowych i uzdolnionych ilustratorów.  Każda karta zaprasza Czytelnika do ciekawego świata, pełnego zróżnicowanych zadań, wyzwań, przygód, historii.

Dodatkowym, niezwykle atrakcyjnym udogodnieniem dla Czytelników jest fakt, iż Kapitan Nauka na swojej stronie udostępnia nagrania z brzmieniem wszystkich słówek oraz zwrotów z tej wspaniałej książki.

Pierwsze dwie strony, zatytułowane STATEK PIRACKI (zilustrowane przez Panią Kamilę Kozłowską), pomagają utrwalać LICZBY w języku angielskim. Na tych kartach dziecko ma za zadanie wyszukać taką ilość przedmiotów, zwierząt, obiektów, jaka liczba jest im przypisana. Tym samym ćwiczy nie tylko pamięć, ale również spostrzegawczość. Licząc  obiekty o coraz większej liczbie może to robić w języku angielskim, utrwalając tym samym poprzednio nauczone cyfry. Oprócz angielskich LICZB na stronie pt. STATEK PIRACKI pojawiają się też nazwy ważnych, rysunkowych bohaterów i obiektów, takich jak Pirate (Pirat), Parrot (Papuga), Rope (Lina). Dwie strony i tyle możliwości zabawy oraz nauki 🙂

Kolejna historia to jedna z moich ulubionych (pewnie przez wzgląd na wielką miłość do Wiosny, Lata, Jesieni i Zimy z Ulicy Czereśniowej). Jest zatytułowana PORY ROKU i podejmuje zagadnienie PRZYRODY I POGODY. Zilustrowała ją Pani Agata Kopff. Na czterech obrazkach bardzo dużo się dzieje. Uwaga każdego z bohaterów jest skierowana na wszystko to, co charakterystyczne dla danej pory roku. Wiosną jest to odkrywanie uroków budzącej się do życia po zimie przyrody, zachwyt kwitnącymi pąkami kwiatów, bogactwem kolorów. Latem, przyjemne wygrzewanie się na słońcu (w przypadku dorosłych) i zabawa piaskiem (w przypadku dzieci). Jesień odkrywa swe uroki – trochę deszczu, dojrzałe jabłka na drzewach, kolorowe liście, słońce żegnające ptaki odlatujące do ciepłych krajów.  Zima ukazuje to, co większość z nas lubi najbardziej – śnieg i zabawy, które dzięki niemu można podejmować – jazdę na nartach, sankach, rzucanie się śnieżkami, lepienie bałwana. Każda z ilustracji zawiera zaledwie kilka kluczowych słówek. Mam jednak dodatkowe pomysły na te zabawy. Planuję przygotować dla Lilci powiększone karty z ilustracjami zaprezentowanych pór roku , zalaminować i poszerzyć zakres zabaw – zwiększyć ilość interesujących ją słówek oraz wykorzystać pomysł, który pojawił się w części pierwszej – czyli zachęcać Lilę do liczenia poszczególnych przedmiotów, znajdujących się na ilustracjach. Dzięki temu istnieje większa szansa na skuteczne  utrwalanie poszczególnych słówek.

Kolejne dwie karty zapraszają czytelnika do Pracowni malarza, który ma zamiłowanie zarówno do KOLORÓW, jak i KSZTAŁTÓW. O ilustracje zadbała Pani Daria Bidzińska i przyznam się Wam szczerze, że ta strona bardzo mi się podoba 🙂 Możemy tutaj również się bawić w wyszukiwanie poszczególnych kształtów oraz zachęcać dziecko do liczenia np. “Ile znajdziesz kółek , kwadratów, trójkątów na obrazku?” oraz utrwalania kolorów – “Pokaż na obrazku wszystkie rzeczy, przedmioty, kształty w kolorze: zielonym, czerwonym, białym”.

Kolejna strona ukazuje bajkową KRAINĘ CZARÓW, zapraszając dziecko i osobę dorosłą do świata zabawek. Niezwykle ciekawe lustracje stworzyła Pani Katarzyna Urbaniak. Ta strona i dla mnie była pełna ciekawostek, bo o ile wiem, jak nazywa się Miś (Teddy bear), to kilka słów zdążyłam już dawno zapomnieć. Dzięki ciekawym, bogatym w szczegóły ilustracjom i bocznym opisom kluczowych słówek, mogłam to wszystko raz jeszcze sobie przypomnieć.

Następne dwie strony to moi zdecydowani faworyci 🙂 Wraz z Lilą uwielbiamy zaglądać na DOMOWE PRZYJĘCIE, by poznawać wszystkie rodzinne zależności. Mam nawet plan, by pewnego dnia, wspólnie z Lilą stworzyć grafikę w postaci drzewa genealogicznego naszej rodziny i powiesić w często mijanym przeze nas miejscu w domu. Myślę, że każde dziecko interesuje się swoim pochodzeniem, życiem swoich przodków, nierzadko skomplikowanymi relacjami rodzinnymi oraz nazewnictwem (siostrzeniec, bratanek itp.) O cudowne ilustracje zadbała tutaj Pani Katarzyna Fus. Oprócz nazewnictwa związanego z drzewem genealogicznym czytelnik znajdzie  wiele innych słówek, związanych z życiem rodzinnym, domownikami i czynnościami z życia domowego.

Bardzo ciekawą rozkładówką  jest ta, która ukazuje podążanie tropem złodzieja. Wspólnie z dzieckiem zanurzając się w świat zilustrowany przez Panią Paulinę Wyrt dziecko może zabawić się w detektywa i podążać śladami owego złodzieja. Tutaj ćwiczymy również takie przyimki jak: w górę, w dół, ponad, pod, obok i wiele, wiele innych.

Bardzo lubimy z Lilą zaglądać do ZOO, utrwalając angielskie nazwy zwierząt i obserwując ich życie, które barwnie, kolorowo i ciekawie pokazał Pan Maciej Łazowski. To kolejna, tematycznie przygotowana strona, którą osobiście uwielbiam. Lila bardzo lubi obserwować życie zwierząt, poznawać ich zwyczaje, naśladować, robić zagadki ze zwierzętami w roli głównej. Jestem pewna, że Wam również ta strona się bardzo spodoba. Będziecie mieli wraz z dziećmi niepowtarzalną okazję, by poznać, przypomnieć sobie i utrwalić nazwy zwierząt dzikich i gospodarskich.

Kolejne karty zapraszają czytelników do:

–> LUNAPARKU – miejsca, w którym zarówno dzieci, jak i dorośli przeżywają rozmaite przygody. Dzięki nim doświadczają zróżnicowanych stanów emocjonalnych, mierzą się zarówno z trudnymi i przyjemnymi uczuciami. Możemy zaobserwować ich wyraz twarzy, sylwetkę, postawę ciała, gesty. Mamy szansę poznać różne osobowości, sposoby zachowania i reagowania. Z tymi kartami mam jednak mały problem. Z racji przywiązywania dużej wagi do sposobu komunikowania się z drugim człowiekiem (niezależnie od wieku) i przyjmowania wszystkich uczuć dziecka czytam te strony nieco inaczej. Mówię Lilci, że np. mama powiedziała do dziecka: “Nie płacz”, jednocześnie zachęcając ją do refleksji pytaniem: “Jak myślisz, czy dziewczynce słowa mamy pomogły? Czy tobie by pomogło, gdybym w ten sposób cię pocieszała?” Zwykle dodaję, że każdy ma prawo do łez i okazywania nie zawsze łatwych emocji. Podobnie jest w sytuacji, w której rozmawiamy na temat słów pewnej kobiety, która mówi do dziecka: “Nie bądź zazdrosny”. Wiedząc, jak trudne i niemożliwe w realizacji jest takie zadanie (“Nie bądź JAKIŚ”) rozmawiam z Lilą o zazdrości i o tym, czy można tak po prostu nie być zazdrosnym. Rozmawiamy też o tym, że zazdrość to uczucie, które informuje o pewnych niezaspokojonych potrzebach, które ma dana osoba. Często próbujemy się wspólnie zastanowić, czego osoba zazdrosna może potrzebować i jak może spróbować to uzyskać. Jakie to cenne i niezwykle wartościowe ćwiczenie pomagające zrozumieć i PRZYJĄĆ skomplikowany świat ludzkich uczuć oraz emocji. Podobnie staram się podejść do wszystkich słów – etykiet – pozornie opisujących osobowość danej osoby np. “uparty”, “nieśmiały”, starając się Lilci pokazywać, że “upór” może być oznaką siły, zdecydowania, świadomości własnych potrzeb i nieprawidłowo zrozumiany oraz nazwany może wyrządzić człowiekowi krzywdę oraz wywołać zamęt. Natomiast takie słowa z kart o emocjach jak “zmartwiony, zaskoczony, zły, szczęśliwy” stanowią dla nas doskonałą okazję do wspólnej zabawy i pokazywania za pomocą wyrazu twarzy i gestów oraz mowy ciała wymienionych stanów. Strona na temat emocji jest zdecydowanie jedną z ważniejszych dla mnie kart tej książki, w której na dodatkową uwagę zasługują wspaniałe ilustracje Pani Katarzyny Urbaniak.

–> MIASTA, zilustrowanego przez Pana Tomasza Kowala, w którym mają możliwość  poznać różne środki transportu i miejsca, w których można je spotkać.

–> PLACU ZABAW, by w ilustracjach Pani Katarzyny Kołodziej poznać bliżej angielskie znaczenia części ciała i ubrań

–> KAWIARNI, by z urokliwych i charakterystycznych ilustracji Pana Roberta Romanowicza poznawać i utrwalać pojęcia związane z jedzeniem i żywieniem się 🙂

–> PLANETY DZIWOLĄGÓW, zilustrowanej przez Pana Marcina Minora, zapraszającej do  świata barwnych stworków, dzięki którym można się nauczyć przymiotników i poznać angielskie brzmienie przeciwieństw. To bardzo fajna strona pobudzająca wyobraźnię dorosłych i dziecięcych czytelników 🙂

 

Każda z opisanych przeze mnie kart tematycznych jest barwna, ciekawie zilustrowana i warta uwagi. Dzięki każdej z nich można ćwiczyć bardzo wiele rzeczy:

– angielskie nazewnictwo;

– liczenie;

– wyszukiwanie rozmaitych przedmiotów, ludzi, zwierząt, kształtów, kolorów;

– utrwalanie różnych barw i odcieni;

– poznawanie rozmaitych zależności (przymiotniki, przyimki, przeciwieństwa, zależności przestrzenne) zarówno w języku polskim, jak i w angielskim;

– ćwiczenie kreatywności, wyobraźni, umiejętności opowiadania, spostrzegawczości;

– poznawanie zwyczajów różnych zwierząt oraz cech charakterystycznych dla poszczególnych pór roku.

Jestem bardzo ciekawa, co Waszym dzieciom w tej książce najbardziej by się spodobało (spodoba) i która karta skradła (lub skradnie) ich serce. Niezależnie od preferencji myślę, że każdy temat i ilustracja zasługuje na uwagę, ponieważ książka jest solidnie przygotowana. Widać, że została dopracowana w wielu szczegółach i dopasowana do zróżnicowanego wiekowo odbiorcy.

BARDZO Wam tę pozycję polecam. Nie będziecie zawiedzeni. Gdyby zaistniała taka potrzeba i chęć, proszę Was o informację zwrotną – chętnie (w nagraniu wideo) pokażę, jak można tę książkę czytać, oglądać i opowiadać, angażując zarówno dziecko, jak i dorosłego 🙂

M!

 

 

Jak dobrze, że jesteś, krowo Matyldo :)

Oto ona. Pomysłowa i szalona. Na imię jej Matylda 🙂 Ma barwne czarno – białe łatki i prawe oko otoczone czarną oponką 🙂 Gdy zachodzi potrzeba, przywdziewa na siebie szalik lub czapkę.

Mieszka na wsi wraz z pracowitą gospodynią i innymi zwierzętami.  Nierzadko pomaga listonoszowi roznosić pocztę.

Jest ciekawa świata, pomysłowa i szalona. Po wyrazie jej pyszczka czasem trudno odgadnąć, co w danym momencie czuje. Jak dla mnie, stanowczo za rzadko się uśmiecha. Jest przecież taka urocza 🙂 Najwięcej emocji znajduję w jej oczach, które dobrze ukazują: strach, zdziwienie, zaskoczenie, zadowolenie a nawet błogość. Bywają momenty, w których Matylda czegoś się przestraszy i wówczas całą sobą to pokazuje.

W przeważającej ilości przypadków ma bardzo oszczędny “wyraz pyszczka” 🙂 To stanowi dodatkową motywację do wyobrażania sobie, jak bohaterka może czuć się w danej chwili lub jak inaczej mogłaby daną mocję odzwierciedlić.

Do życia powołał ją Alexander Steffensmeier, a w Polsce wydaje Wydawnictwo, które bardzo lubię – Media Rodzina.

Matylda długo na miejscu nie usiedzi. Dzięki temu możemy być świadkiem jej przygód:

1.) Przychodzi dzień, w którym Matylda, zazdroszcząc listonoszowi, który udał się na urlop, pakuje swoją torbę i wyrusza na wakacje. W trakcie tych wakacji czeka ją wiele przygód (“Krowa Matylda na wakacjach”)

2.) Innym razem, w przesyłce, którą otrzymała jej gospodyni krowa znalazła zaskakującą dla niej kartkę. Pomyślała, że to mapa prowadząca do jakiegoś skarbu. Z właściwą jej gracją, pomysłowością i zwinnością z pomocą innych zwierząt rozpoczyna poszukiwania. Czy uda jej się znaleźć skarb? Warto sprawdzić 🙂 (“Krowa Matylda szuka skarbu”)

3.) Następna część pokazuje Matyldę i jej ulubione zajęcie – straszenie listonosza.  Każdego dnia krowa chowała się w różnych miejscach w gospodarstwie (w wannie, za drzewem, w oborze, w krzakach) i na niego czekała. Listonosz bardzo bał się dostarczać pocztę do gospodyni, zaczęły go nawet dręczyć koszmary. Wymyślił, że postara się wkupić w łaski szalonej krowy, przygotowując dla niej paczkę. Jak skończyła się historia? Dowiedzie się z części “Krowa Matylda na czatach”. W tej części listonosz traci cierpliwość i rzuca w stronę krowy, iż jest głupia.  Ten fragment czytam zwykle nieco łagodniej.

4.) Jest jeszcze część, w której Matylda nie może zasnąć. Gospodyni czyta swoim zwierzętom książkę do snu, jednak krowa nie śpi. Szuka dobrej dla siebie pozycji (na jednym boku, na drugim, do góry kopytami, w za małej wanience). Na próżno… Próbuje też dołączyć do śpiącej gospodyni i wskakuje do jej łóżka, które nie wytrzymuje ciężaru i zawala się. Czy Matyldzie uda się usnąć? Dowiecie się z części “Krowa Matylda nie może zasnąć”. W tej części również pojawia się nieco dosadny komunikat gospodyni po tym, jak krowa zniszczyła jej łóżko. Nie czytam Lilci: “Wynoś się stąd” lecz mówię, iż właścicielka gospodarstwa bardzo się zdenerwowała i wyprosiła krowę z pokoju.

5.) Krowa Matylda nie zawsze jest w formie. W jednej z części obserwujemy, jak zmaga się z chorobą i jak gospodyni się o nią troszczy. Otrzymujemy piękną lekcję wdzięczności i wzajemności, gdy po wyzdrowieniu krowa pomaga swojej opiekunce, którą również ogarnęła chorobowa niemoc. O zmaganiach Krowy Matyldy z przeziębieniem przeczytacie w części: “Krowa Matylda jest chora”.

6.) Ponieważ Matylda już stała na czatach, w swojej kolejnej odsłonie bawi się w chowanego. Ta część zawiera tak wiele absurdalnych i zabawnych ilustracji, iż można podczas jej lektury spędzić wiele czasu, szukając szczegółów (kura siedząca w doniczce, nos świni wystający z wanny z wodą, kura robiąca na drutach 🙂 i wiele, wiele, wiele innych. Jeżeli chcecie spędzić czas przy fajnej książce obrazkowej ze zróżnicowaną ilością tekstu, bardzo Wam tę Matyldę polecam (“Krowa Matylda bawi się w chowanego”)

7.) Najnowsza część przygód Matyldy zaprasza czytelników do śniegowej krainy.  Zbliża się Boże Narodzenie a krowa pomaga listonoszowi roznosić świąteczne paczki. Kiedy udaje się im dostarczyć wszystkie pakunki do właścicieli, krowa żegna się z listonoszem i wyrusza w drogę powrotną do gospodarstwa. Na swoim grzbiecie dzierży paczki – prezenty, które listonosz przygotował dla swoich przyjaciół – gospodyni oraz jej zwierząt z gospodarstwa. Wszystkie pakunki mają swoich konkretnych adresatów. Nasza bohaterka w drodze powrotnej się gubi. Robi się coraz ciemniej, a ona nie może znaleźć drogi do domu. Kiedy o zmroku szczęśliwie udaje jej się dotrzeć (czytaj “wlecieć”) do gospodarstwa, wszystkie misternie i pieczołowicie zapakowane oraz przygotowane przez listonosza prezenty wysypują się na śnieg. W efekcie na ostatniej stronie możemy zobaczyć, do kogo te przesyłki ostatecznie trafiły i do jakich celów zostały przez swoich właścicieli wykorzystane. Jest przy tym wiele śmiechu. Świetne to ćwiczenie dla spostrzegawczości, uważności w czytaniu, rozwijania wyobraźni. Bardzo polecam Wam najnowszą część “Krowa Matylda i śnieg”.

 

Dlaczego tak uwielbiamy z Lilą Krowę Matyldę?

1.) Bo to książka nie tylko do czytania. Powiedziałabym więcej. To książka głównie do oglądania. Przy przeglądaniu poszczególnych, bardzo zabawnych, abstrakcyjnych ilustracji można spędzić wiele czasu.

Jeśli chodzi o tekst, jest on dość krótki. Zdarzają się czasem zdania lub sformułowania nacechowane emocjami (“głupia krowo”, “wynoś się”), których nie używam. Wolę podpowiadać  Lilcij, jak można pewne rzeczy wyrazić inaczej, bez wyzywania lub sprawiania przykrości drugiej osobie po to, by mogła się uczyć, iż swoje emocje i złość można wyrazić na wiele innych sposobów. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że świat nie jest idealny i ludzi często ponoszą emocje, złość, prowadząc do używania słów, które mogą czasem zaboleć. W chwili obecnej czuję jednak, że wolę iść inną słownie drogą. Czy robię dobrze? Czas pokaże…

2.) Matylda to krowa z krwi i kości. Ma swoje radości, ma smutki i trudności. Dziecko bez trudu jest w stanie utożsamić się z pewnymi zachowaniami urokliwej bohaterki. Myślę, że dzieci lubią czytać o przygodach zwierząt i ich zmaganiach z codziennością.

3.) Krowa Matylda jest dobra na niepogodę i gorszy nastrój. Spędzony z nią czas nie jest stracony. Przyjaciele krowy – kury, świnie, kozy, psy i konie również mają wiele pomysłów. Gdy się na nich patrzy, uśmiech od razu pojawia się na twarzy. W tych książkach nikogo nie dziwi:

– kura robiąca na drutach

– kura w szaliku

– kura jeżdżąca na nartach

– widok kurzych skarpet, które czekają na gwiazdkowy prezent

– krowa w czapce i szaliku

– kura robiąca aniołki na śniegu

– świnka ślizgająca się na lodzie

– kura ubrana “po parysku” (w berecik i sweter w paski)

– kura siedząca na toalecie z gazetą w ręku

Kury zdecydowanie wiodą prym w największej ilości absurdalnych sytuacji, w których się znajdują. Dzięki nim można z dziećmi ćwiczyć spostrzegawczość, wyobraźnię. Zastanawiać się, czy kura rzeczywiście może puszczać latawiec lub załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne w ludzkiej toalecie 🙂

Jeśli lubicie książki pełne nieoczywistości, zabawne, wesołe, z dużą ilością ilustracji to opowieści o krowie Matyldzie przypadną Wam do gustu. Zauważyłam, że ja sama lubię spędzać bardzo dużo czasu z poszczególnymi częściami i przyglądać się wielkiej ilości szczegółów. Za każdym razem w opisanych przeze mnie częściach znajduję coś nowego, co wcześniej mi umknęło.

Gdybyście zapytali, od której części warto rozpocząć przygodę z Matyldą, z trudem przyszłoby mi udzielenie odpowiedzi na to pytanie. Na “teraz” bardzo polecam Wam “Krowę Matyldę i śnieg”. Jest zabawna, zawiera dużo ilustracyjnych szczegółów, zachęca do ćwiczenia spostrzegawczości, wyobraźni. Pozostałe książki również.

A jeśli już znacie Matyldę lub dopiero ją poznacie, z wielką ciekawością czekam na Wasze opinie odnośnie tej urokliwej bohaterki 🙂

M!

 

 

Z nią nie grozi Wam nuda.

Czy Twoje dziecko zasłużyło? O wychowaniu do grzeczności…

 

Gdyby ten wpis powstał rok temu, z pewnością byłby bardziej skrajny niż w chwili obecnej. Dzisiejszy tekst nie wynika z chęci wymądrzania się lub narzucania swojego obrazu świata. Do rozmaitych doświadczeń dochodzę swoją indywidualną drogą, metodą prób i błędów. Nie boję się o nich pisać. Myślę, że każdy z Was to rozumie. Trudno byłoby znaleźć moment życia, w którym nie popełniamy błędów, nie mamy potknięć lub (aby inaczej to nazwać) nie odbieramy cennych życiowych lekcji. One najlepiej kształtują nas jako ludzi.

W dzisiejszym wpisie chciałam wspomnieć o grzeczności.

Dlaczego akurat o niej?

Ponieważ za kilkanaście dni Mikołaj, w związku z czym pokusa pojawi się wiele, wiele, wiele razy. U kogo się ona nie pojawia. Każdy człowiek, który ma potrzebę łatwości, spokoju, bycia słuchanym może chcieć zmienić zachowanie dziecka tymi kilkoma słowami. Tym bardziej, że okazja jest ku temu sprzyjająca.

– “Do jakich dzieci przychodzi święty Mikołaj?” – można by było zapytać najmłodszych.

Jestem ciekawa, jak wielu z nich odpowiedziałoby, że “do grzecznych”.

Wtedy zapytałabym ich:

– “A co to znaczy grzeczne dziecko?”

i poczekałabym na odpowiedź.

Spróbowałabym nauczyć ich tego, czego sama uczyłam się w ostatnich latach.

Chcecie wiedzieć, czego ja się nauczyłam o tak pożądanej “grzeczności”?

Że ona nie istnieje 🙂

A jeśli jest przez dorosłych wyuczona, to z reguły nie niesie ze sobą tego, co chcielibyśmy by niosła.

Czy chcielibyście jako dorośli być postrzegani jako grzeczni? Czy ta etykieta przeznaczona jest / powinna być tylko dla dzieci? Czy używając tego słowa nie mamy na myśli bardziej “pożądanego społecznie zachowania”?

W moim odczuciu grzeczność to pułapka. A raczej dążenie do grzeczności jest pułapką. Bo co ona właściwie oznacza? Że mam nikomu nie sprawiać kłopotu swoim zachowaniem? Że powinnam zachowywać się zgodnie z czyimś oczekiwaniem? Że mój gorszy nastrój lub zdenerwowanie oraz wynikające z tego niezbyt chlubne zachowanie doprowadzą do nazwania mnie “niegrzeczną”?

Zastanawialiście się nad tym, kiedy zwykle pada to słowo skierowane w stronę dziecka?

Zamknijcie na moment oczy. Zastanówcie się… Jakie zachowanie przyczynia się do używania tego słowa. Co robi dziecko nazywane “niegrzecznym”?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– Mówi nie?

A teraz zastanówcie się, jak zachowuje się dziecko (oraz człowiek dorosły), który przeżywa trudności. Ma trudne emocje – złość, zazdrość, żal, smutek, rozczarowanie, niepokój, lęk?

Ponownie zamknijcie oczy i zobaczcie swoje dziecko (lub siebie) w chwili, gdy po prostu jest mu/Wam źle. Np. wtedy, gdy inne dziecko zabrało mu zabawkę lub go ugryzło, gdy musi zbyt szybko (w jego odczuciu) opuścić plac zabaw, gdy musi skończyć przyjemną zabawę i iść się kąpać, gdy zostało niesłusznie o coś oskarżone, gdy słyszy trudne dla siebie słowa, których nie rozumie? Jak może się zachowywać takie dziecko? Co robi?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– mówi nie?

Jeśli oba rodzaje zachowań są podobne, spróbujmy się zastanowić, czy nie lepiej zmienić nasz komunikat, wysyłany w stronę dziecka. Skoro zachowania “niegrzecznego” dziecka są bardzo podobne do zachowań dziecka przeżywającego trudności, czy nie lepiej pomóc mu zrozumieć, co się z nim dzieje? I zwyczajnie to nazwać? Opisać to, co widzimy? Bez nadawania temu etykiety lub znaczenia? Bez oceniania? Stygmatyzowania, szydzenia, krytykowania, moralizowania, pouczania?

Czy zamiast “jesteś niegrzeczny” lub “bądź grzeczny” nie lepiej byłoby powiedzieć dziecku:

– “Widzę, że jest ci trudno.”
– “Widzę, że jesteś tak zdenerwowany, że masz ochotę kopać i bić”.
– “Widzę, że jesteś wściekły, że musimy już wracać. Z tej wściekłości masz ochotę krzyczeć i piszczeć?”
– “Widzę, że jest ci smutno, że Ania nie chce się z tobą bawić. Chce ci się płakać?”
– “Widzę, że ciężko ci teraz mnie słuchać. Masz ochotę powtarzać moje słowa i wszystko, co mówię.”

Czy takie mówienie jest łatwe?

Nie zawsze. Szczególnie wtedy, gdy sami jesteśmy w silnych emocjach. Gdy czujemy, że brakuje nam cierpliwości. Gdy mamy poczucie, że zachowanie dziecka z jakiegoś powodu wywołuje w nas silne uczucia, złe wspomnienia, złość i wściekłość.

Wówczas zdecydowanie łatwiej będzie skrócić komunikat skierowany w stronę dziecka po to, by “zaprzestało zachowania”, które wyzwala w nas mieszankę niechcianych myśli i uczuć. Łatwiej powiedzieć:

– “Ale ty jesteś niegrzeczny”.
– “Popatrz na Łukaszka, jaki on jest grzeczny”
– “Czy Basia zachowuje się tak niesfornie, jak ty?”
– “Oooo mój drogi. Jak ty się będziesz tak zachowywał, to w tym roku Święty Mikołaj na pewno do Ciebie nie przyjdzie. I co? Inne dzieci dostaną wymarzony prezent, a ty rózgę. Jak chcesz dostać coś od Mikołaja, musisz się słuchać”.

Małe dzieci biorą takie informacje za pewnik. Nierzadko są zalęknione i zastanawiają się, czy to, że krzyknęły do rodzica lub próbowały go uderzyć jest już wystarczającym powodem do otrzymania rózgi lub bycia pominiętym przez Mikołaja, który “widzi, patrzy”.

– “Matko, przecież nie zniszczę mojemu dziecku dzieciństwa, jak spróbuję je zdyscyplinować słowem “grzeczny”. No weźmy nie popadajmy w paranoję.” – mógłby się ktoś oburzyć.

Oczywiście, że nie zniszczymy dzieciństwa. Jeśli jednak możemy zrobić coś inaczej, komunikować się w sposób, który będzie bardziej służył drugiemu człowiekowi, to czemu nie? Jeśli cisną nam się na usta słowa, których moglibyśmy potem żałować, zróbmy STOP. Przyjrzyjmy się sobie. Otrzymujemy ważną informację o nas samych, o naszych potrzebach, o naszych tęsknotach, o naszych trudnościach. Otrzymujemy sygnał, iż warto, byśmy się sobą zaopiekowali.

Dodatkowo, za każdym razem, gdy w trudnym momencie pojawi się pokusa, by dziecko “spacyfikować”, “szybko zdyscyplinować” zadajmy sobie pytanie: “Czy gdybym był moim dzieckiem i przeżywał trudności, będąc na jego miejscu, chciałbym/chciałabym usłyszeć słowa, które właśnie cisną mi się na usta?” Dla mnie jest to zwykle wystarczający sygnał i podpowiedź, by wiedzieć, co robić.

Na koniec chciałam podać Wam bardzo namacalny przykład tego, że oprócz słów dla dzieci wielkie znaczenie ma intencja osoby dorosłej. Jej nastawienie, jej zdolność, umiejętność przyjmowania dziecięcych uczuć i zachowań.

W trudnej ostatnio sytuacji, moja córka zetknęła się z dwiema postawami osób dorosłych – tak podobnymi i różnymi jednocześnie.

Odczuwając strach i ból usłyszała od jednej pań wypowiedziane kojącym głosem słowa: “Nie płacz. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze”. Pani się do niej uśmiechnęła, wysłała serdeczne, ciepłe spojrzenie, dała poczucie bezpieczeństwa.

Tego samego dnia, kilkadziesiąt minut później od innej pani usłyszała: “No nie płacz już. Nie ma co się bać. Tutaj od rana same beksy”. Powiedziałam Pani, że dziecko ma prawo płakać, gdy się boi i gdy je boli. I żadna z niej beksa. Pani, dość zaskoczona moją reakcją odpowiedziała krótko: “Oczywiście”.

Gdy rozmawiałam później z Lilą o tym, czego doświadczyła, ona sama powiedziała, że nawet pomimo faktu, że pierwsza pani mówiła “nie płacz” to nie było jej źle, bo czuła, że pani daje jej bezpieczeństwo i pociesza. Postawa drugiej natomiast sprawiła, że czuła się najzwyczajniej w świecie źle.

Często powtarzam Lilci: “masz prawo się: bać, płakać, popełniać błędy”.

Jeśli jednak usłyszy ona “nie bój się, nie płacz”, jednak będzie miała poczucie, że dana osoba okazuje wsparcie (przytuleniem, uśmiechem, serdecznym spojrzeniem), już wiem, że poczuje się bezpiecznie. Dlaczego? Bo w jej głowie będą brzmiały słowa, które dobrze zna “Masz prawo…”. Jednocześnie czując intencję drugiej osoby, chęć pocieszenia, będzie w stanie odzyskać równowagę.

Dlaczego piszę o tym na koniec?

Ponieważ sama doszłam do tego, że nie zniszczymy dziecku życia źle dobranymi słowami. Że każdą komunikację można poprawić, uczynić lepszą. Można i zdecydowanie warto nad tym pracować. Powtarzam to sobie za każdym razem, gdy zdarza mi się zapomnieć, użyć słów, które nie są tak potrzebnym dla niej wsparciem. Okażmy sobie wyrozumiałość. Gdy trzeba, przeprośmy dziecko i wyjaśnijmy mu, że nie chcieliśmy naszymi słowami sprawić mu przykrości. Dziecko z chęcią to usłyszy i zapamięta. Będzie wiedziało, że następnym razem postaramy się inaczej wyrażać nasze myśli. Tak, by go nie ranić.

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi, nie ma jedynie słusznego postępowania. Jest DROGA, którą kroczymy jako ludzie, jako rodzice. Na tej drodze zdobywamy doświadczenie, uczymy się, upadamy, czasem zadrapiemy sobie ręce i kolana. Czasem dłużej poleżymy. Jednak nie warto się poddawać. Dobra, oparta na szacunku komunikacja MA SENS. Jest potrzebna. Przynosi efekty. Daje rezultaty. Daje siłę – zarówno dziecku, jak i osobie dorosłej. Nawet jeśli w danym momencie tego nie widać, przychodzi dzień, w którym słyszymy z ust dziecka: “Mamusiu, masz prawo…”, “Mamusiu, nie szkodzi…”, “Mamusiu, chodź przytulę cię, bo widzę, że ci ciężko”, “Mamusiu, wiem, że nie zrobiłaś tego specjalnie”. I nie jest to absolutne odwrócenie ról. Dziecko w ten sposób daje znać, że przyjęło cenne dla siebie lekcje i posyła je dalej.
M!

Bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy do siebie podobni

Od kiedy przestałam pisać już tylko do przysłowiowej szuflady, w mojej głowie wielokrotnie pojawiają się burze. Zamieszkują wątpliwości.

“Dziewczyno, po co? Nie za dużo? Nie za szczerze? Nie nazbyt odważnie? A to, co piszesz jest już zbyt prywatne, czy jeszcze do przełknięcia A o czym w ogóle jest Twoja Mowosfera? To jeden wielki MISZ – MASZ. ? Czy tych ludzi w ogóle to interesuje? Owszem, lubisz pisać, ale co jeśli nie zostaniesz zrozumiana? Co jeśli ocenią, osądzą, będą krytykować?”

Krytyka to przecież rzecz ludzka, a jak boleć potrafi… Potrafi też znacznie przyspieszyć rozwój. Uczy pokory. Czyni silniejszym, jeśli wyciągniemy z niej lekcję… Bolesną, lecz potrzebną.

Życie jest nieustannym balansowaniem. POMIĘDZY jednym a drugim. POMIĘDZY pragnieniem sukcesu a szukaniem świętego spokoju. POMIĘDZY chęcią zrobienia czegoś ważnego, przydatnego, pożytecznego, a potrzebą nie robienia niczego. POMIĘDZY marzeniem, by być poważanym, szanowanym a potrzebą popełniania błędów bez panicznego strachu przed osądem innych.

Tak. POMIĘDZY to moje ulubione ostatnio słowo. Takie mi bliskie i takie prawdziwe. Odzwierciedla pewien stan zawieszenia, oczekiwania, odpoczynku, odpuszczania. Samej sobie. I innym. Znów samej sobie. I samej sobie po raz kolejny…

Pragnienie robienia wszystkiego perfekcyjnie przez bardzo długi czas przeszkadzało mi w podejmowaniu działań. Trzymało w miejscu. Mówiło: “Jeszcze nie czas, nie jesteś gotowa. Powinnaś się douczyć, dowiedzieć. A co, jak się okaże, że z posiadanymi kwalifikacjami jeszcze nie wiesz wszystkiego? Nie będziesz umiała udzielić odpowiedzi? Co powiesz: “Ja nie wiem?” To co sobie o Tobie ludzie pomyślą?” Jest to jedna z najbardziej przeszkadzających myśli => “Co ludzie pomyślą? Co ludzie powiedzą?”

Ludzie mówią. Mają swoje poglądy, oceny, wartości, w które wierzą. Mają indywidualne możliwości przyjmowania odmiennego zdania. Mają mniejsze lub większe poczucie własnej wartości. Często sami wątpią w to, co robią. Często wiele od siebie wymagają i czują frustrację, gdy nie uda im się zrealizować postawionych sobie celów. Mają plany. Mają marzenia…
Dziś, kiedy myślę sobie o tym wszystkim, towarzyszy mi głębokie przekonanie o tym, że w gruncie rzeczy każdy z nas (choć taki inny, indywidualny) jest bardzo do siebie podobny.

Przychodzi na świat, w którym w trakcie dzieciństwa zbiera rozmaite doświadczenia. Doświadcza rozmaitych sytuacji, spotyka różnorodnych ludzi – nauczycieli, przewodników, inspirujących, dających lekcje (niektórym towarzyszą przyjemne emocje, innym ból i złość).

Każdy z nas, bez wyjątku, chce być szczęśliwy. Każdy próbuje. Każdy chce COŚ osiągnąć. Poszukując swojej drogi.

Szczęśliwcem nazywam człowieka, który wie od początku. Co chciałby robić. I konsekwentnie podąża w celu realizacji swojego marzenia.

Jednak wielu ludzi nie wie… I wciąż szuka. Bywa, że przez dużą część swojego życia. Błądzi, podejmuje próby, eksperymentuje. Z jednym, wiodącym celem. By robić to, co będzie dawało radość. Im samym i innym. Co będzie pożyteczne. Lub przynajmniej nieszkodliwe. Ilu z nas obiera jeden kurs i w trakcie swojej drogi uzmysławia sobie, że to nie to…. Że ta droga była tylko po to, by doprowadzić nas do kolejnej i teraz trzeba już skręcić. Iść inną ścieżką… być może do kolejnej.

Nie ma jednego, jedynie słusznego, dopasowanego do każdego człowieka sposobu życia, myślenia, funkcjonowania. POMIĘDZY jednym a drugim skrajnym kolorem bywa tak wiele innych, cudownych odcieni. I każdy z nich jest potrzebny i może dawać radość.

Coraz bardziej utwierdzam się w myśli, że wszystkie podejmowane przeze mnie w życiu aktywności mają i miały sens. Były i są PO COŚ. Nie zawsze są CELEM samym w sobie, ale jak często powtarza mi Mąż drogą co CELU. Nie oznaczają zmarnowanego czasu, lecz dają coś najcenniejszego – wiedzę, doświadczenie, lepsze rozumienie siebie.

Fakt, że tutaj jestem, że od ponad roku tworzę to miejsce, dla mnie samej oznacza, że (pomimo różnych momentów, wątpliwości, pytania o sens) to, co robię, jest dla mnie ważne. Codziennie czuję wdzięczność. Że jesteście tu ze mną. Że dołączacie, że chce Wam się czytać tak długie wpisy. Że komentujecie, że piszecie prywatne wiadomości. Że z częścią z Was jestem w stałym, serdecznym, budującym, uskrzydlającym i motywującym do działania, nie poddawania się kontakcie.Ciągle powtarzam, że największą wartością, jaka wynika z mojego miejsca, z istnienia Mowosfery, są RELACJE. To, co przyświeca mojemu miejscu od samego początku i co jest jedyną, niezmienną myślą: Rozwój – Relacja – Komunikacja.

Sama Mowosfera zmienia się tak, jak ja. Jeszcze nie wiem, w jakim pójdę kierunku. Jeszcze nie wiem, co będzie mi najbliższe. Wiem jednak, że w swoim czasie znajdę odpowiedź. I Wy to tutaj zobaczycie. I Wy to tutaj znajdziecie. I, mam nadzieję, że wciąż tutaj będziecie. Bo Wy, tak jak ja, również macie swoje marzenia. Chcecie COŚ osiągnąć, chcecie zrealizować postawione przed sobą cele, chcecie zrobić COŚ WAŻNEGO, chcecie coś po sobie na tym świecie zostawić.

Zapewne, podobnie jak ja, miewacie momenty zwątpienia, frustracji, pokusę zrezygnowania. Być może czasem wstrzymuje Was w miejscu nie tyle wygórowany cel, a porównywanie z innymi, którym (w Waszym odczuciu może być lepiej. Być może myślicie, że Ci INNI lepiej sobie radzą i są od Was “si”, czyli “mądrzejsi, bystrzejsi, piękniejsi, skuteczniejsi, lepsi”. Nic jednak o tych INNYCH nie wiemy. Zapewne oni również mają powieki ciężkie od obserwowania INNYCH. Być może niektórzy z nich są krok dalej i nie patrzą na INNYCH, lecz na SWOJE plany, cele, swoje pasje, które prowadzą ich drogą prostą. Do ICH celu.
My – ludzie – tak do siebie podobni w swoich pragnieniach, dążeniach, potrzebach – tak pięknie potrafimy się jednak różnić. I o ile życiowe marzenia mogą (różnymi sposobami) gdzieś nas prowadzić, to każdy z nas robi to indywidualnie. Wykorzystując SWÓJ potencjał. Swoje możliwości i umiejętności. Swoją osobowość. Swój głos. Swoją mowę. Swoje myślenie. Nie ma dwóch takich samych osób. Mogą być podobne potrzeby. Oraz różnorodne, rozmaite drogi do ich realizacji. Na tym świecie jest miejsce dla każdego.

Ostatnio dużo nad tym wszystkim rozmyślam… Tak refleksyjnie i nostalgicznie jest w mojej głowie. I takie też są przygotowywane przeze mnie teksty. Obiecuję, nie będzie tak zawsze 🙂 Wolę jednak, żeby było prawdziwie i autentycznie. Być może wśród Was są osoby, które myślą i czują podobnie. Być może są takie, które mają SWÓJ czas. Wspaniale 🙂Jak dobrze, że możemy okazywać sobie empatię i zrozumienie, gdy mierzymy się z podobnymi wyzwaniami. Jak dobrze, że możemy cieszyć się radością i sukcesami innych, jednocześnie wiele od nich ucząc i czerpiąc inspirację. Dlatego pamiętajmy….

“Nie życzmy innym źle. Nie porównujmy się z nimi. Po prostu chciejmy dobrze dla siebie i róbmy to, co będzie dawać NAM radość, jednocześnie nie raniąc innych. Próbujmy spełniać SWOJE marzenia. Bo właśnie wtedy, kiedy zamiast na innych, skupimy się na sobie, w naszym życiu może nastąpić przełom i wydarzy się COŚ NIEZWYKŁEGO”.

Tego właśnie Wam życzę.
M!

To właśnie ja…

Moje ostatnie poranki są do siebie bardzo podobne… Otwieram oczy i sprawdzam: “Boli tak samo, czy nieco mniej?”, jednocześnie zastanawiając się, czy odzyskiwanie formy zmierza w dobrą stronę. Zza drzwi dobiegają mnie rozmowy Marka i Lilci. Jej radosne pokrzykiwania w trakcie szykowania się do przedszkola…

Po chwili (tak, tak, dzieje się tak codziennie 🙂) słyszę kroki do pokoju, w którym leżę. Wchodzą ONI. Każde trzyma coś w ręku.ON zwykle talerz z kanapkami, dwa kubki termiczne (jeden z herbatą a drugi z kawą), obrane jabłuszka i witaminy. ONA rysunek, który chwilę wcześniej dla mnie zrobiła.Dziś otrzymałam uroczego kotka podpisanego, jak zawsze, “Dla Mamy”.

Od kiedy uczę ją czytać (bo bardzo mnie o to prosiła), wszędzie znajduje sylaby: Ma, Mo, Me, Mu, Mi, My…. Możecie sobie wyobrazić, jaką miała radość rozpoznając wyrazy w książce, którą czytałyśmy wczoraj do snu – “Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony”.Świetna ta książka, choć mamy ją od dawna, dopiero teraz nas bawi i umila wieczory.Do tego stopnia, że wczoraj, zamiast usypiać, śmiałyśmy się w głos z tego, co ten Pan Wrona nawymyślał 🙂 Wiecie kiedy wiem, że książka bardzo JEJ się spodobała? Gdy w zaledwie chwilę po skończeniu lektury słyszę: “Mama, jeszcze raz”. Ucieszyłam się, że doceniła mój wysiłek.Starałam się być naprawdę wiarygodnym Panem Wroną i w tym celu nawet głos zmieniłam 🙂

Wracając do powyższego… nawet jeśli poranek zaczyna się jak kolejny dzień świstaka… nawet jeśli wiem, że przede mną długa droga powrotu do formy, to cieszą mnie małe rzeczy, wielkie gesty (troska bliskich i to, jak się mną opiekują).Cieszy mnie pierwsza, po długim czasie załadowana pralka, cieszy fakt, że zdążę wyjść do kuriera, by odebrać przesyłkę, że uda mi się chwilę posiedzieć…

A dlaczego to zdjęcie? Pomimo, że zrobiłam je wczoraj, nic nie traci na swojej aktualności…
Dlaczego takie? Ponieważ wychodzę naprzeciw temu, co idealne… Bo tak wyglądam z rana, tak często wyglądam w trakcie całego dnia. KOK jest zwykle bardziej “chlujny” niż ten z wczoraj. Taka czuję się często najbardziej prawdziwa… co nie oznacza, że nie lubię dobrze wyglądać i zadbać o siebie ?

PO prostu chodzi mi o to, że naprawdę nie zawsze musi być idealnie  Bo samo życie jest barwne, zmienne i często prawdziwie rozczochrane 

A Wam zdarza się w sposób rozczochrany kroczyć przez Życie?

Dobrego dnia Kochani 
M!

“Zabiorę Cię właśnie tam… ” – o tym jak LIŚĆ odkrywał DOBRO…

Trzymam w rękach książkę wyjątkową. Myślę, że każda osoba, która czyta regularnie moje wpisy mogłaby postawić mi pewien zarzut: “OK Magda, ale jak mam wybrać książkę godną uwagi, skoro u Ciebie wszystko jest: “niesamowite, niezwykłe, cudne, wspaniałe, wyjątkowe” itp.”

Miałaby rację ta osoba…  Wiele opisywanych przeze mnie rzeczy jawi mi się właśnie jako coś szczególnego, coś, do czego lubię i chcę wracać, ciesząc się, że TO COŚ jest w moim domu. Że mnie otacza, wypełnia moją przestrzeń, umila zmagania z codziennością lub zwyczajnie… daje szczęście.

Jest we mnie dużo wdzięczności, zachwytu nad możliwością cieszenia się obecnością książek w moim domu i życiu.

Oddzielne półki wypełniają publikacje z motywem świątecznym. Na innych stoją pomoce logopedyczne, na kolejnych książki obrazkowe. Wiem, gdzie mogę sięgać, szukając interesującej mnie tematycznie propozycji.

A gdzie znajdzie się “Liść” Julii Rozumek?

Oj… mam problem z właściwym ulokowaniem tej książki w swoim domu. Dlaczego?

Bo czuję, że nie jest to książka tylko dla dzieci. Uważam, że wielu dorosłych może cieszyć swoje oczy zarówno treścią, jak i przepięknymi ilustracjami. Świadomie napisałam: “przepięknymi“. Katarzyna Stróżyńska – Goraj nadała słowom Julii bajeczną formę – taką, która czyni “LIść” książką podwójnie wyjątkową. Przyznam się Wam szczerze, że gdyby udało mi się spełnić marzenie o własnej publikacji, marzyłoby mi się, żeby pojawiły się w niej podobne w stylu ilustracje.

Ja “Liść” bardzo lubię nie tylko czytać, ale również oglądać. Dlatego tak bardzo kusi mnie  zamówienie u Julii kilku ilustracji, które ozdobiłyby ścianę mojej sypialni lub Lilci pokoju.

Wśród nich jest ta, którą z chęcią widziałabym w swojej kuchni. Wiecie która? Jedna z pierwszych w książce, z dziewczynką stojącą w lesie… z liściem na twarzy.

Jej mina, postawa, zamknięte oczy , rozwiane włosy ukazują pewien rodzaj wolności, pogodzenia się z warunkami, w których się znajduje. Na ilustracji znajduję spokój, umiejętność dostrzegania pozytywnych stron pory roku, która nadeszła… To jest moja, osobista interpretacja… TO widzę w tej ilustracji.  Każdy z Was dostrzeże w niej zapewne coś innego, zgodnego z Waszym aktualnym stanem, uczuciami, potrzebami.

Wiecie, którą ilustrację chciałabym oglądać CODZIENNIE, w dużych ilościach? Tę, w której wypełniony trudnymi emocjami chłopiec tuli się do swojej Nauczycielki, która równie dobrze mogłaby być jego Mamą.

Ilustracja ta i towarzyszący jej tekst jest jedną z moich ulubionych. Chciałabym, aby w naszym domu  nikt nie bał się okazywania uczuć, w szczególności trudnych emocji. Aby każdy wiedział, że niezależnie od okoliczności, może liczyć na ciepło, przytulenie, bliskość. Wsparcie i towarzyszenie w trudnościach.  Julia, jak wspaniale, że pomyślałaś o tym, aby z poszczególnych ilustracji zrobić obrazki, które można u Ciebie kupić właśnie po to, by postawić na biurku, powiesić na ścianie i prawdziwie się nimi zachwycać. Chłonąć kolory oraz przekaz, który poprzez nie płynie.

“No dobrze, ilustracje ilustracjami… ale o czym jest “Liść”? – ktoś z Was mógłby zapytać.

“Liść” to podróż – najkrócej Wam odpowiem… To wyprawa zarówno w rozumieniu dosłownym (liść spada z drzewa i ląduje w/na różnych miejscach (ludziach), obserwując życie, codzienność osób, którym towarzyszy) jak również metaforycznym (mnie zachęcił do głębszego wejrzenia w siebie, refleksji, przemyśleń. Prawdziwie wzruszył.)

Pierwsza strona to bardzo poetycki opis jesieni, z wyszczególnieniem charakteryzujących ją barw i bogactwa kolorów. Julia z dużą lekkością i swobodą opisuje liście poszczególnych drzew (dzięki niej utrwaliłam sobie ich nazwy, a nawet zajrzałam do Internetu, by zobaczyć, jaki jest kształt i wygląd poszczególnych liści). Każdy z nich wykonuje na wietrze inny przypisany mu taniec (walca, cza-czę, fokstrota), opadając na ziemię w indywidualnym dla siebie tempie i rytmie. Bardzo lubię czytać stronę z opisem opadających liści. Często do niej wracam i wyobrażam sobie, jak pokonują przypisaną im trasę…

I tak oto… na kolejnej stronie pojawia się ON – główny bohater opowieści. Liść miłorzębu o bajecznym, falbaniastym kształcie. W kolorze złotobrązowego piasku. Ogonkiem do dołu 🙂

Ląduje na policzku dziewczynki w czerwonych kowbojkach. Na kolejnej stronie mamy piękny przykład dziecięcej ciekawości i uważności. Co mógłby zrobić dorosły, na którego policzku spocząłby “zwykły, natrętny liść”? Prawdopodobnie pospiesznie, z pewną dozą zaskoczenia lub irytacji zdjąłby go z twarzy i rzucił przed lub za siebie. Ale nie dziewczynka. Ona chwyta ten liść w rękę i bacznie się mu przygląda. Zwraca uwagę na jego oryginalny i niecodzienny kształt. Rozgląda się dookoła, próbując znaleźć drzewo, które się z nią tym liściem podzieliło… Nie wyrzuca go, lecz wkłada (ogonkiem do dołu) do kieszeni swej kurtki.

Tym samym liść rozpoczyna swoją podróż. Jest świadkiem powrotu dziewczynki do domu, zadymionego od przypalonych przez mamę naleśników. Mama energicznie macha do dziewczynki, by za chwilę uspokoić ją słowami : “To nic takiego“…

Myślę sobie o wszystkich sytuacjach, w których zdarza się nam – dorosłym – czynić dramat z różnych niepowodzeń (“Jejku, znów mi się nie udało. Ja to jestem łamaga. Ale jestem rozkojarzona i chaotyczna. Nie mam do siebie sił. Nigdy się nie zmienię. Inni mają ze mną sto światów zamiast jednego, spokojnego” – to natrętny, wewnętrzny głos wielu z nas).

Czasem warto sobie powiedzieć: “To nic takiego. Dziś mi się nie udało. Jutro będzie lepiej, przyjdzie nowy dzień.” i iść dalej. Energicznie, z uśmiechem i zgodą na mniejsze lub większe błędy, potknięcia.

“Liść” to podróżnik. Nie zostaje w jednym miejscu na dłużej. Kiedy odbiera cenną dla siebie lekcję, z pomocą podmuchu wiatru zmienia swoją lokalizację. Ponieważ dowiedział się, jak można radzić sobie z niepowodzeniem, przeniósł się w inne miejsce, w pobliże domu, przed którym (na ławce) siedział przejmująco smutny chłopczyk.

Dlaczego jest w takim stanie? Ponieważ swoimi słowami sprawił koledze przykrość (nazwał go “leniem”). Kolega wsiadł na rower i odjechał a chłopiec został z poczuciem winy i smutkiem. Do chłopca podszedł jego Tata, który właśnie wrócił do domu. Pochylił się nad Synem i zapytał o przyczynę łez. Rozpoczyna się wyjątkowa rozmowa… Jaką lekcję odbiera liść dzięki towarzyszeniu chłopcu i jego Tacie? Dowiaduje się, jak z uważnością można słuchać drugiego człowieka, jak można przyjmować jego emocje (smutek, żal) oraz łzy. Jak na te łzy można reagować, pozwalając im się wylać. Jak bywają oczyszczające i pomocne (niezależnie od płci). Tato nie poucza, nie moralizuje, nie prawi długich kazań. W prostych słowach ukazuje sens życia i ludzkich relacji, dodając: “Jeśli przeprasza się kogoś naprawdę, to można tym wszystko naprawić“. Liść miłorzębu “pomyślał, że słowo “przepraszam” ma wielką moc. Że czasami może złagodzić to, co złe, i na nowo odbudować to, co dobre.” Jaka to piękna, życiowa lekcja.

Hej, ale przecież nie każde przepraszam potrafi złagodzić to, co złe. Nie zawsze naprawi daną sprawę” – ktoś z Was mógłby się oburzyć i zaprotestować. “Zdarzało mi się już kogoś przepraszać, a mimo tego ta osoba dalej była urażona” – mógłby ktoś dodać.

Tak… Może i tak się zdarzyć. Jednak po stronie tej osoby pozostaje to, co z naszym “przepraszam” zrobi. Być może potrzebuje czasu, być może poczucie krzywdy i żal są w niej zbyt duże i świeże…W grę jednak zawsze wchodzi… CZAS, o którym również Tato wspomina, mówiąc do Syna: “Teraz pozostaje nam tylko czekać, aż Józkowi minie złość i zapomni“. Czas…

Kolejny podmuch wiatru przenosi liść miłorzębu  na oko, na którym zostaje przez kilka dni, obserwując z ciekawością, jak można się troszczyć o starszą osobę.

Widzi kobietę i dziewczynkę, które spędzają z Babcią czas, dbając o nią najlepiej, jak tylko potrafią… Nakrywają ją kocem, wkładają na stopy ciepłe kapcie, zdejmują okulary. Liść dowiaduje się jak, pomimo świadomości przemijania, można cieszyć się wspólnie spędzanymi chwilami i radować, wzajemnie wypełniając. Czego jeszcze nasz bohater dowiaduje się  podczas swojego kilkudniowego pobytu na szybie? Że dziecko najszybciej, najskuteczniej uczy się przez obserwację i dobry przykład. Że będąc świadkiem pięknej opieki kobiety nad Babcią, mała dziewczynka, zostając z nią sama, w niezwykle rozczulający sposób odtwarza codzienny rytuał, którego była świadkiem: nakrywa Babcię kocykiem, próbuje nakładać jej kapcie, zdejmuje okulary”. Opis tej sceny jest dla mnie wzruszający.

Moim zdecydowanie ulubionym zapisem z podróży liścia po życiu jest moment, w którym dociera on na szkolne boisko i jest świadkiem reakcji dzieci na wynik rozegranego chwilę wcześniej meczu.

Jeden chłopiec jest bardzo rozczarowany, że jego drużyna przegrała. Miotany wściekłością zaczyna kopać plecak. Krzyczy i płacze, czyli robi wszystko to, co wściekli ludzie potrzebują robić, aby ich złość zmniejszyła swoje natężenie. To, czego przyjmowanie sprawia dorosłym trudność i jest dla nich wyzwaniem. Wyrażanie złości przybiera często postać nieakceptowanych społecznie zachowań, które chce się zdusić w zarodku, przerwać. Gdyż są trudne, bolesne, męczące.  Liść obserwuje i widzi, że chłopcu nikt nie mówi: “Uspokój się. Przestań. Nie płacz. Jak się uspokoisz to przyjdź. Trzeba się umieć godzić z przegraną. Ty nie umiesz przegrywać. Jak dasz sobie radę w życiu.” itp. Po raz kolejny nie doświadczymy tu moralizowania, pouczania, negowania i piętnowania dziecięcych, ludzkich emocji, uczucia zawodu, rozczarowania… Mamy szansę nauczyć się, jak warto wspierać drugiego człowieka (niezależnie od jego wieku oraz płci).

Nauczycielka w pierwszej kolejności zajmuje się DUCHEM chłopca, odsuwając na bok zachowanie. Daje mu wsparcie. Mocno go przytula. W jej ramionach chłopiec może się wypłakać, stopniowo  wracając do równowagi, uspokajając się. Dzięki takiej możliwości wyrażenia złości, żalu, zawodu, chłopiec się uspokaja i jedynie jego łzy pokazują, czego chwilę wcześniej doświadczył. To łzy ulgi. Dobre, potrzebne, oczyszczające łzy.

Zaskoczony chłopiec pyta swoją nauczycielkę o to, dlaczego go przytula. “By złagodzić twój gniew (…) I by ci pomóc” – odpowiada ONA.

Na co chłopiec ze zdziwieniem dodaje, że “takie dzieci zwykle złoszczą dorosłych“.

Słowa nauczycielki, które słyszy chłopiec BARDZO mnie wzruszają.

Wiesz, nietrudno jest być obok dzieci, gdy się smucą, gniewają i dąsają. Wtedy potrzebują nas, dorosłych, o wiele bardziej. Byśmy im pomogli im sobie z tym gniewem radzić. (…)

“Tylko teraz musisz mi obiecać, że następnym razem, kiedy znów się tak poczujesz, nie będziesz kopał w plecak…

Nie kończąc zdania pomyślałam sobie: “Oho, czyli jednak nauczycielka go pouczy.Przedstawi sposoby na radzenie sobie ze złością, kładąc główny nacisk na mile widziane zachowanie“.

Ona jednak daje chłopcu lekcję wsparcia i uczy, jak odnaleźć się w skomplikowanym świecie trudnych uczuć, mówiąc:

“… a od razu przybiegniesz się przytulić i powiesz, że jest ci źle.” Jejku, jaka to piękna, lekcja wspierania drugiego człowieka. Jaka wzruszająca. Nauczycielka oferuje swoje ręce, uścisk, przytulenie jako najpiękniejszy rodzaj dawania pociechy, kojenia bólu, trudności.

Liść dostrzega, że jest to niezwykłe i niecodzienne. Że takich ludzi często się nie spotyka,, co potwierdzają jego myśli: “Chciałbym być zakładką w dzienniku takiej nauczycielki“. Po czym wyrusza w dalszą drogę…

Kochani, tutaj czas przerwać moją recenzję. Dlaczego? Chciałabym, abyście kupując tę przepiękną książkę mieli przyjemność z czytania i odkrywania uroków podróży głównego bohatera. Chciałabym, abyście mieli szansę odczytać lekcje, które otrzymuje liść indywidualnie, biorąc dla siebie to, co będzie dla Was najważniejsze i Wam najbliższe. Powiem tylko, że z opisem dotarłam zaledwie do połowy książki. Liść miłorzębu trafi jeszcze do plecaka (a tym samym do wspierającej się rodziny), do domu dziewczynki, która miała MARZENIE, do sklepowego straganu. na leśną polanę, zataczając koło i ostatecznie trafiając do… (tego dowiedzie się już dzięki lekturze książki).

Na koniec chciałabym się z Wami podzielić słowami, które na długo we mnie pozostały:

“Liść miłorzębu (…) pomyślał, że miłość może mieszkać w każdym domu.

Może skrywać się w krótkich chwilach i w kilku słowach.

W małych uczynkach, w dotyku, w oczach bliźniego.

Miłość może istnieć w ciszy.

Trzeba się pilnie przypatrywać i dzięki temu ją odnaleźć.

A potem pielęgnować jak kwiat. Tę miłość podlewać i wystawiać do słońca”.

 

Dodatkową atrakcją (dla małych dzieci szczególnie) może być zabawa w wyszukiwanie liścia na poszczególnych stronach książki. Lila, zanim rozpoczynałam czytanie opisu kolejnej podróży  prosiła o przerwę i uważnie przyglądała się ilustracjom, próbując znaleźć bajeczny w kształcie liść miłorzębu.

Kochana Julio! Chciałam Ci bardzo podziękować za tę opowieść. Za wzruszające lekcje, które wraz z liściem mogłam odbierać. Za przepiękne ilustracje. Za to, że tak życzliwie podeszłaś do mojej prośby i przed wysłaniem książki wypisałaś wzruszającą dedykację dla Lilci (tego samego bym mojej Córce życzyła :*).

Czekam na kolejne Twoje książki. Czuję, że Liść będzie wyjątkowym towarzyszem w czytelniczym życiu mojej Lilci i… że będzie przekazywała go dalej, kolejnym pokoleniom. W naszym domu z pewnością zajmie miejsce szczególne.

M!

 

 

W angielskim świecie – nauka przez zabawę :)

Dawno nie było u mnie wpisu książkowego. A tę książkę planowałam pokazać Wam już dawno temu. Cieszę się, że nareszcie mogę to zrobić.

“Angielski dla dzieci. PIOSENKI. Do słuchania, śpiewania i wspólnej nauki” (Wydawnictwo Edgard) to publikacja, którą warto mieć w domowej biblioteczce. W sposób niezwykle przystępny zaprasza dzieci do zabawy. A ja, jak wiecie, jestem wielką zwolenniczką nauki poprzez zabawę. W moim odczuciu jest to najskuteczniejsza forma zdobywania wiedzy. Dlaczego?

Ponieważ jeśli nabywaniu nowych umiejętności towarzyszy przyjemna atmosfera, spokój, radość, brak stresu, a nade wszystko muzyka, wówczas głowa z wielką łatwością przyswaja słowa, melodię, rytm, łącząc w całość wszystkie te elementy.

W książce znajduje się aż 15 znanych, angielskich piosenek.

Do publikacji dołączona jest płyta, którą można włączyć dziecku o każdej porze dnia (zarówno rano, jak i wczesnym lub późnym popołudniem), dzięki czemu będzie się mogło osłuchać ze słowami, zdaniami, zwrotami, literami alfabetu.  Wykonawcami łatwo wpadających w ucho piosenek jest wspaniały duet – 8 – letnie Brytyjka (Juliette Edwins) oraz jej Tata. Słuchając utworów można odnieść wrażenie, jakby się było świadkiem wspaniałej zabawy pomiędzy dzieckiem a rodzicem.

Bardzo podoba mi się fakt, iż przy każdej piosence oprócz wersji angielskiej znajduje się jej polskie tłumaczenie. Zadbano również o czytelników, którzy umieją grać na instrumentach, ponieważ możemy znaleźć zapis nutowy poszczególnych utworów. Kiedyś uczyłam się grać na pianinie. Przyznam się Wam, że ta książka zmotywowała mnie do odświeżenia sobie swojej muzycznej wiedzy z zakresu czytania nut i ich odtwarzania. Lila bardzo chętnie włącza się do tej zabawy ze mną. Mamy więc wiele pożytku ze wspólnej gry i śpiewania piosenek 🙂

Za co jeszcze pokochałam tę publikację? Za wersję karaoke, dołączoną do płyty. Lila jest na etapie, w którym uwielbia chwytać w ręce mikrofon (lub przedmiot, który go przypomina) i:

– tańczyć

– śpiewać

– naśladować ruchami ust tekst piosenek

Na końcu książki pojawia się Słowniczek z najważniejszymi  kategoriami słówek. Wśród nich możemy znaleźć:

– liczby

– dni tygodnia

– kolory

– zwierzęta

– przyrodę

– ludzi

– przedmioty

– cechy

– czynności i stany oraz

– miejsca

Przyznam się Wam szczerze, że tę książkę zabrałyśmy w naszą podróż do Stanów. Towarzyszyła nam w różnych momentach i pozwalała utrwalać nabywane na miejscu (oraz dzięki lekturze książek, sentencji, napisów pojawiających się na ulicach) słówka, zwroty, myśli.

Zauważyłam, że Lila w określonej sytuacji wydobywa z głowy rozmaite zwroty i używa ich w wybranym przez siebie momencie, który uznaje za odpowiedni 🙂 Bardzo lubi śpiewać alfabet w języku angielskim.

Naszą ulubioną piosenką jest “If  You’re Happy and You Know It”, ponieważ jest bardzo rytmiczna, łatwa do zapamiętania, radosna, wesoła, a jednocześnie zachęca dziecko do aktywności fizycznej (dzieci uwielbiają bić brawo, klaskać, a przede wszystkim być w ruchu).

Najważniejsza rzecz jest taka, że podczas wspólnego słuchania bardzo często śpiewam i tańczę razem z Lilą. Dla dzieci nie ma nic lepszego niż dorosły, który (na tyle, na ile możliwości i czas mu pozwalają) towarzyszy im w zabawie, który zaproszony do ich świata, z uśmiechem i radością dziecka potrafi do tego świata wejść i się w nim rozgościć.

Na koniec chciałam napisać, że w swojej biblioteczce mamy bardzo wiele publikacji Wydawnictwa Edgard i Kapitana Nauki. Dodam, że żadna nas nigdy nie zawiodła. Wręcz przeciwnie, mieliśmy dzięki nim mnóstwo frajdy i zabawy 🙂

Jeśli więc aktualnie poszukujecie dla dziecka wspaniałej publikacji, z którą miło, aktywnie i rozwojowo spędzicie czas, śmiało sięgnijcie po “ANGIELSKI DLA DZIECI”. I choć publikacja ta jest dedykowana dzieciom od 3 do 7 roku życia, myślę, że śmiało można ją puszczać już roczniakom i dwulatkom 🙂

Życzę Wam wspaniałego dnia i radosnej zabawy z tą inspirującą książkową propozycją.

M!

Czas na relaks…

Kochani, dziś bardzo krótko chciałabym Was zabrać w spokojną, wyciszającą po ciężkim dniu podróż… Tę relaksację nagrywałam w późnych godzinach wieczornych, a w montażu pomagał mi mój Tato (melodię zaś pomagał dobrać mój Mąż). Bardzo zależało mi na tym, aby właśnie dziś, w piątek, zaprosić Was do poświęcenia sobie chwili i wyciszenia się. Będę Wam wdzięczna za wszelkie opinie, komentarze, wskazówki, uwagi tak, by kolejne, przygotowane przeze mnie sesje były dla Was jeszcze milsze i przyjemniejsze 🙂

I choć w chwili obecnej dzieli nas duża odległość i różnica czasowa, przesyłam Wam moc serdeczności. I życzę Wam cudownego wieczoru.

Pamiętajcie proszę – bądźcie dla siebie dobrzy i dbajcie o siebie :*

M!

Relaksująca wyprawa na plażę…

 

“Mama a chłopczyk mi zabrał zabawkę” – jak dbać o siebie, nie raniąc innych

Dziś chciałabym się z Wami podzielić sytuacją, w której uczestniczyłam niedawno wraz z Lilcią. Pewnego dnia wybraliśmy się na rodzinny obiad do centrum handlowego 🙂
Po zamówieniu naszych dań, poszłam z Lilą do kącika zabaw dla dzieci, oddalonego od miejsca, w którym jedliśmy. Usiadłam na krześle za ogrodzoną, zabawową częścią i spoglądałam na poczynania Lilci. Obok niej było dwóch chłopców. Jeden przechadzał się obok mnie i wysyłał uśmiechy 🙂Bardzo lubię taką formę komunikacji z dziećmi. One są tak naturalne w swoich reakcjach.

Chłopczyk nosił ze sobą zabawkowe autko, które przeznaczone było do użytku dzieci przebywających w kąciku zabaw. W pewnym momencie położył pojazd i poszedł bawić się z bratem. Gdy Lila już pozjeżdżała ze zjeżdżalni, usiadła na wykładzinie i chwyciła do ręki ten samochód. W pewnym momencie chłopczyk podszedł do niej i zabrał jej go z rąk. Spojrzałam na Lilcię i dostrzegłam jej zaskoczoną i zasmuconą buzię. Lila była bezradna. Nie wiedziała, co zrobić i jak na tę sytuację zareagować.

Zawołałam ją do siebie:

– “Lilciu, chłopczyk zabrał ci auto, którym się bawiłaś? Zrobiło ci się przykro? Byłaś chyba zaskoczona, co?”

– “Tak” – odpowiedziała ona ze smutkiem.

– “Wiesz Lilciu, masz prawo się tak czuć. To przykre, gdy nam ktoś zabiera zabawkę, którą się bawimy.”

– “Tak. Ja chciałam się bawić tym autkiem” – odparła.

– “Lilciu, wiesz co możesz zrobić następnym razem, gdy przydarzy ci się podobna sytuacja?”

– “Co?” – zapytała, patrząc na mnie.

– “Jeśli się czymś bawisz, a jakieś dziecko będzie chciało ci zabrać zabawkę, możesz mu powiedzieć: “Nie zabieraj mi tej zabawki. Teraz ja się nią bawię. Jak skończę, to ci ją dam. Albo…” – dodałam, żeby Lila miała wybór: “…możesz temu dziecku zaproponować wspólną zabawę tą zabawką””.

Lila posłuchała tego, co do niej mówię, po czym wróciła na dywanik. Chłopczyk od razu po zabraniu Lilci autka, położył je na ziemi i poszedł zjeżdżać ze zjeżdżalni. Lila widząc, że autko znów jest wolne, sięgnęła po nie i zaczęła nim jeździć po wykładzinie. Po chwili w jej pobliżu pojawił się ten sam chłopczyk i, jak poprzednio, wyciągnął rączkę po autko. Tym razem Lila powiedziała stanowczo: “Teraz ja się bawię tym autkiem. Jak skończę to będziesz mógł się pobawić”. Chłopczyk, nieco zdziwiony, oddalił się o kilka kroków, po czym chwycił materiałowy koszyk i nałożył go Lilci na głowę. Ewidentnie się zdenerwował. Starałam się jednak nie ingerować, obserwując, jak rozwinie się ta sytuacja. Lila zdjęła sobie koszyk z głowy i dalej bawiła się zabawką. Po chwili chłopczyk zrobił coś, co prawdziwie mnie wzruszyło, zaskoczyło i uradowało 🙂 Poszedł po dużą zabawkę, przyniósł ją i postawił przed Lilcią. Znalazł rozwiązanie 🙂 Dał coś w zamian 🙂 W tym momencie Lila przekazała chłopcu do rąk samochodzik i zaczęła się bawić zabawką, którą on jej przyniósł. Dawno nie byłam tak wzruszona mogąc obserwować relacje społeczne pomiędzy dziećmi 🙂Jeśli delikatnie się je pokieruje i zostawi im przestrzeń, okazuje się, że potrafią znaleźć własne rozwiązanie 🙂 Gdy chłopiec przyniósł Lilci zabawkę i odebrał sobie autko, spojrzał na mnie z ciekawością. Uśmiechnęłam się do niego serdecznie. Zadziało się przecież coś bardzo ważnego. Chłopczyk zaproponował wymianę – bardzo ważną rzecz w procesie dziecięcej komunikacji 🙂

Gdy opuszczałyśmy kącik zabaw, powiedziałam do Lilci:

“Wow, Lilciu, zobacz, jak fajnie udało się tobie i chłopczykowi rozwiązać sytuację. Nie pozwoliłaś zabrać sobie zabawki. Chłopiec co prawda trochę się zdenerwował i nałożył ci ten koszyczek na głowę, ale po chwili przyszedł do ciebie i przyniósł Ci zabawkę. Uzyskaliście porozumienie. Ty podałaś mu autko i zaczęłaś bawić się kuleczkami, które on postawił przed tobą. To duża rzecz”.

Bardzo z siebie zadowolona Lilcia powiedziała:

– “Tak mamusiu. Byłam zła na chłopczyka, ale nie chciałam go bić, bo bicie nie jest dobre. A chłopczyk jest ode mnie młodszy. Mama, a będę mogła pójść jeszcze pobawić się z chłopczykiem?”

Warto pomagać dzieciom w mierzeniu się z rozmaitymi społecznymi wyzwaniami, starając się obserwować z boku rozwój sytuacji. Mali ludzie nie wiedzą, w jaki sposób, inny niż siłą, mogą uzyskać to, na czym im zależy. Warto podsuwać im pomysły, możliwości, dając jednocześnie przestrzeń do decydowania i poczucia konsekwencji tych decyzji. Okazuje się bowiem, że potrafią zaproponować bardzo budujące obie strony rozwiązania, przy zachowaniu szacunku i sympatii do samych siebie 
M!

 

„Książka, dzięki której zaczęłam czytać” –> Gdybym się nie bała… to bym ZMIAN w życiu dokonała…

To będzie chyba mój najdłuższy wpis. Najbardziej osobisty i szczególny. Dlaczego? Jeśli dotrwacie do końca mojego tekstu, będziecie mieli okazję się dowiedzieć 🙂

 

Jakiś czas temu na blogu Dagmary Sobczak (www.socjopatka.pl) przeczytałam o Akcji – “Książka, dzięki której zaczęłam czytać”. Jako zadeklarowana i nałogowa “książkoholiczka” zapragnęłam wziąć udział w akcji i podzielić się z czytelnikami swoim książkowym odkryciem z gatunku literatury rozwojowej.

I.) CO TO ZA AKCJA?

Jak akcję opisuje sama Dagmara?

„Akcja „Książka, dzięki której zacząłem czytać” to projekt mający na celu wyłonienie najlepszych książek z każdego gatunku literackiego. Każdy bloger biorący udział w Akcji przedstawia jedną książkę, która jego zdaniem jest najlepszą pozycją, od której warto zacząć przygodę z danym gatunkiem.

Dodatkowo Akcją chcemy przekazać, że jest wiele ciekawych gatunków literackich, często przez nas nieodkrytych, w których inni zaczytują się bez pamięci.

Akcja trwa od 01.07.2017 do 31.07.2017 roku. Po jej zakończeniu na blogu Organizatora Akcji pojawi się lista wszystkich tytułów, z którymi chcemy Was zapoznać.”

II.) DLACZEGO LITERATURA ROZWOJOWA? – “krótkie” wyjaśnienie 🙂

Czytam, od kiedy sięgam pamięcią. Uwielbiam czytać i otaczać się książkami. Uważam je za swoich najbardziej wyjątkowych, codziennych towarzyszy. Zawsze biorę ze sobą do łóżka jedną, dwie lub trzy wybrane publikacje i wybieram z nich tę, na którą aktualnie mam największą ochotę 🙂

Gdy byłam małą dziewczynką, a później nastolatką czytałam głównie literaturę młodzieżową. Do dziś wspominam wakacje, podczas których niemal połykałam oczami i głową książki Małgorzaty Musierowicz 🙂 Do dziś ze wzruszeniem i wielkim sentymentem wspominam ten czas.

Gdy rozpoczęłam studia pedagogiczne, ogrom swojego czasu przeznaczałam na lekturę rozmaitych książek o tematyce wychowania, rozwoju dzieci, psychologii. Mało uwagi poświęcałam samej sobie i pracy nad rozmaitymi obszarami swojego życia. Zawsze potrafiłam znaleźć mnóstwo wymówek, które chroniły mnie przed wglądem w to, jak funkcjonuję, jakie są moje nawyki, czy mogę poprawić jakość swojego funkcjonowania. Zdarzało mi się (i nadal zdarza) robić różne rzeczy na ostatnią chwilę i (pomimo stresu) być wówczas najbardziej wydajną i efektywną. “Ostatnia chwila” jednak wiele mnie kosztuje – nerwów, zdrowia, nieprzespanych nocy.

Przez większą część mojego życia poradniki motywacyjne i rozwojowe, które widziałam w księgarniach, omijałam szerokim łukiem. Bywało, że przystawałam przy nich na moment głównie po to, by przyjrzeć się dokładniej okładce lub przeczytać spis treści. Tak to już z nami – ludźmi jest. Gdy, pomimo mało nam służących nawyków, funkcjonujemy we względnym spokoju, wówczas nie mamy wielkiej motywacji, by coś z tym zrobić. W naszym otoczeniu panuje chaos? Trudno, widocznie tacy jesteśmy. Mamy problem z dobrą organizacją? Tak też się zdarza. Widocznie to wynik naszej nie podlegającej zmianie natury. Ciężko nam doprowadzić jakąś rzecz do końca? Widocznie nie było to nam pisane. Nasz umysł potrafi znaleźć tysiące, jeśli nie setki podobnych wymówek, dzięki którym nie musimy działać. Jesteśmy wytłumaczeni. Możemy kontynuować nasze codzienne życie. Taki był mój schemat i dotychczasowy scenariusz. Tak funkcjonowałam przez wiele, wiele, wiele lat. Potrafiłam chronić samą siebie przed podjęciem działania ze strachu, wygody, pragnienia poczucia bezpieczeństwa i trwania w tym, co znane, a przez to przewidywalne i mało zaskakujące.

Jak to się zatem stało, że dojrzałam do tego, by sięgnąć po literaturę rozwojową?

Największą motywacją okazało się dla mnie pojawienie się mojej córki na świecie. Przeniesienie odpowiedzialności z samej siebie na małą, bezbronną, zależną ode mnie i męża istotę sprawiło, że zapragnęłam zacząć nad sobą pracować. Po to, by być dobrą, wspierającą swoje dziecko mamą. Po to, by móc mu przekazać wartości, w które wierzę. By nauczyć ją tego, co pomoże jej  pokonywać  rozmaite wyzwania i trudności. By pokazać jej, jak można mówić o uczuciach, potrzebach i emocjach. Jak można mówić o własnym lęku, obawach, radości, smutku, trudnościach, dylematach. By pokazać jej, jak można radzić sobie z codziennymi wyzwaniami, jak chociażby pośpiech, korek uliczny, trudności zawodowe. Mając przed sobą i przy sobie małego człowieka z wielkimi, bacznie mnie obserwującymi oczami poczułam TO. ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Za moją córkę. Za jej komfort psychiczny w myśl słów “szczęśliwa, spokojna mama to szczęśliwe, spokojne dziecko“. Zdałam sobie sprawę, że dla samej siebie mogę mieć nieco pesymistyczne nastawienie do życia. Że mogę się czegoś bać, nie wierzyć w siebie, wzbraniać się przed zmianą. Mogę uprawiać legalne czarnowidztwo, bez większych konsekwencji dla innych (choć konsekwencje takiego działania były, rzecz jasna).

Gdy jednak my – ludzie –  mamy poczucie, iż obserwuje nas mały człowiek, którego kochamy nad życie, stosunek do samego siebie zmienia się diametralnie.  Myślę, że każdy rodzic potwierdzi moje słowa –> wszyscy chcemy wychować dzieci:

-szczęśliwe,

-pewne siebie,

-mające:

–> wysokie poczucie własnej wartości,

–> wiarę w siebie,

–> pogodę ducha,

–> odwagę do mierzenia się z wyzwaniami,

– nie zrażające się niepowodzeniami,

-mające szacunek do siebie i do innych ludzi

-lubiące siebie i innych

-lubiące życie.

Dopiero kiedy moja córka przyszła na świat zdałam sobie sprawę z tego, że przyszedł najwyższy czas na rozpoczęcie pracy nad sobą. Na odłożenie na bok wymówek pt.: “Nie chce mi się, nie umiem, nie dam rady” i zadbanie o jak największą samoświadomość oraz wiedzę na temat własnych nawyków bądź mechanizmów chroniących nas przed dokonywaniem zmian.

Zatem rozpoczęłam. Intensywną pracę nad sobą.  Zaczęłam brać udział w wielu warsztatach dla rodziców, które niebywale poszerzyły moją perspektywę. Pokazały mi, co w rodzicielstwie jest ważne. Czego potrzebują dzieci –> autentycznego, prawdziwego, nieidealnego, lecz pracującego nad sobą rodzica.

III.) Dlaczego “30 dni do zmian” Edyty Zając?

Pewnego dnia, przeglądając internetowe strony, natknęłam się na profil Edyty Zając. Organizowała akurat u siebie konkurs poświęcony bliskiej mi tematyce (komunikacji z dziećmi). Postanowiłam wziąć udział w tym konkursie i szczęśliwie Edyta przyznała mi książkową nagrodę. Bardzo polubiłam jej profil, teksty, opisywaną i analizowaną przez nią tematykę. Stałam się jej regularną czytelniczką.  Kiedy więc pewnego dnia  przeczytałam u niej wpis informujący o tym, że niebawem światło dzienne ujrzy jej pierwsza książka, wiedziałam, że chcę ją mieć. Nie po to, by kurzyła się na mojej półce lecz po to, bym mogła dzięki niej i z nią pracować. By, z jej pomocą, dokonać zmian w swoim życiu.  Zmian, które okażą się dobre nie tylko dla mnie, ale dla całej mojej rodziny.

“30 dni do zmian” rozpoczyna opowieść Edyty o jej wizytach u pacjentów krakowskiego Hospicjum. Edyta wspomina rozmowę z 97 – letnią, samotną panią Stanisławą, która bardzo lubiła jej odwiedziny. Ostatnie zacytowane zdanie wypowiedziane przez Panią Stanisławę bardzo mnie poruszyło:

“Ja jestem sama – mąż mnie zostawił, dzieci też. Ale to była moja wina. Ja niczego nie chciałam dla siebie. A tyle miałam planów i pomysłów. Niczego dla siebie i zobacz, jak kończę. Nie pozwól, żeby to się zdarzyło Tobie. Tylko rób, co Ci serce dyktuje. I rozum. Co jest dobre dla Ciebie”.

Słowa Pani Stanisławy, dojrzałej kobiety, która przeżyła życie i kończyła je w smutny sposób, bardzo mnie poruszyły. Do dziś sięgam do tego fragmentu książki, by przypomnieć sobie ważną rozmowę Edyty z doświadczonym człowiekiem, który dzieli się swoimi doświadczeniami. Bardzo lubię ludzi w sile wieku. Uwielbiam z nimi rozmawiać. Słuchać opowieści o ich życiu, trudnościach, sukcesach, wzruszeniach. Wiele się od nich uczę. Czerpię z ich doświadczeń. To najpiękniejszy rodzaj nauki, jaki może istnieć. Biorę z niej elementy, które mogą mi pomóc być lepszym człowiekiem i sprawdzam, czy potrafię zgodnie z nimi działać.

We wstępnie do swojej książki Edyta wita czytelnika słowami:

“Nie wiem, w którym momencie życia jesteś. Możesz być w poważnym kryzysie, który każdy zauważa – rozstanie z kimś ważnym, problemy zdrowotne, samotność, trudne chwile w życiu zawodowym. Możesz też być w kryzysie,  o którym wiesz tylko Ty. Nagle zauważyłeś, co jest źródłem Twoich problemów. Zetknąłeś się z niechęcią innych ludzi lub nie wiesz, czy droga, którą wybrałeś, jest właściwa. Nie widzisz sensu, jesteś zmęczony, chcesz poczuć, że cokolwiek z tego, co robisz, prowadzi Cię do jakiegoś celu”.

Dlaczego JA sięgnęłam po książkę Edyty?

Bo czułam, że potrzebuję ZMIANY. Że znajduję się w dziwnym momencie swojego życia, w którym towarzyszy mi wiele, wiele dylematów:

“Czy posłać już córkę do przedszkola, czy jeszcze “chwilę” poczekać? Co zrobić ze sobą, jak ona pójdzie “do dzieci”? Czy wrócić do pracy, którą zostawiłam, czy iść w stronę własnych marzeń? Czy wrócić do tego, co znane, lecz nie daje mi satysfakcji, czy też szukać tego, co mi bliższe?”

Gonitwa podobnych myśli była momentami nie do zniesienia.

Miałam dosyć:

– własnego strachu

-lęku przed zmianą lub zrobieniem czegoś nowego, co wymagałoby podjęcia ryzyka.

W tamtym czasie cie lubiłam zmian. Bałam się wszystkiego, czego nie znałam. Z tego okresu pochodzi jeden z bliższych mi tekstów, które napisałam pod wpływem impulsu – pt. “Gdybym się nie bała…”.

Opisałam w nim wszystkie rzeczy, które zrobiłabym, gdybym tylko odłożyła na bok swój strach. Byłam już bardzo zmęczona moim lękiem oraz setkami obaw, które nie musiały się przecież ziścić. Człowiek, zanim rozpocznie jakąkolwiek zmianę, musi najpierw dojść do momentu mocnego kryzysu, by zyskać motywację, gotowość i odwagę, aby się wspiąć w górę.

Książka Edyty Zając przyszła do mnie w idealnym momencie mojego życia. Gdy czułam wielkie niezadowolenie z samej siebie, gdy miałam poczucie, że stoję w miejscu i boję się ruszyć w nieznane. Wizja wypuszczenia z domu mojej córki wydawała mi się nie do przejścia. Bywały chwile, gdy czułam się zmęczona, przytłoczona codzienną rutyną. Wiedziałam jednak, co w danym dniu mnie czeka, co mam robić, jak się zorganizować. Zmiana schematu wiązała się z wytrąceniem z dotychczasowej, bezpiecznej równowagi. Czułam jednak, że rola mamy już mi nie wystarcza. Że potrzebuję realizować się również zawodowo. Nie wiedziałam jednak, w czym. Miałam problem z nadmiarem interesujących mnie rzeczy i dokonaniem wyboru.  Stałam więc w miejscu. Bo skoro jest tyle opcji (pedagogika, logopedia, emisja głosu, pisanie tekstów, tworzenie nagrań), to jak sięgnąć po to WŁAŚCIWE?

Odpowiedzi na to pytanie postanowiłam poszukać w najbardziej sprawdzony w moim przypadku sposób – sięgając po książkę. Od dnia, w którym znalazła się ona w moich rękach minęły już dwa lata. Czy wiecie jak bardzo moje życie zmieniło się od tego czasu? Na końcu wpisu Wam to pokazuję 😀

W “30 dni do zmian” Edyta Zając bardzo obrazowo opisuje, czym jest ZMIANA:

“Zmiana jest wspaniałym doświadczeniem, pozwala na odkrycie prawdziwych pragnień, odziera ze złudzeń i przybliża do SAMODZIELNEGO kreowania swojego życia. Dokonując zmian, które są przemyślane, działasz jak Napoleon Bonaparte – przejmujesz dowodzenie, zastanawiasz się nad przeszkodami, jakie mogą pojawić się w Twoim życiu, obierasz sobie cel i nie rezygnujesz z niego. A do tego – nastawiasz się na sukces (jakkolwiek go nazywasz). Chcę Twoich zmian – sprawdźmy, jak możemy polepszyć naszą codzienność”.

Brzmi jak slogan reklamowy? Jeśli masz takie poczucie, być może oznacza to, że jeszcze nie jesteś gotowy/ gotowa do zmian lub masz inny pomysł na wprowadzenie ich w życie. Do mnie te zdania bardzo przemówiły. Wiele razy pisałam to Edycie, że jej książka pojawiła się w moim domu w doskonałym momencie. Byłam GOTOWA. Chciałam ZMIAN, nawet jeśli czułam, że mogą być dla mnie czasem bolesne, niewygodne, uwierające moją głowę i serce.

Edyta swoją publikację podzieliła na cztery części:

1.) TYDZIEŃ WYRZUCANIA ZBĘDNYCH RZECZY (ile ja dobrych zmian dzięki temu rozdziałowi dokonałam. Zaczęłam porządkować swoją przestrzeń, pozbywać się rzeczy, które przez lata trzymałam w domu, a z których zupełnie nie korzystałam. Pozbyłam się sentymentalizmu i skupiłam na tym, co naprawdę ważne. Notatki ze studiów, z których nie korzystałam, zostały wyrzucone. Podobnie jak tona gazet, które trzymałam “na pamiątkę”. Najtrudniej było mi uporządkować ubrania, ale i to zrobiłam. I robię do dziś. Bo co jakiś czas orientuję się, że moja szafa wymaga przejrzenia i dokonania selekcji). Dzięki temu rozdziałowi nauczyłam się planować, określać własne cele, marzenia, plany, ujmować je w czasie, podejmować się ich realizacji. Zeszyt, który założyłam sobie przy okazji lektury książki Edyty mam do dziś. Czy wiecie, że właśnie DZIŚ mogę odhaczyć całkiem pokaźną listę zrealizowanych planów, celów, pomysłów wcielonych w życie?

2.) TYDZIEŃ PRÓBOWANIA CZEGOŚ NOWEGO (ten rozdział był bardzo ważnym dla mnie rozdziałem, w którym praktycznie, metodą bardzo małych, momentami maciupkich kroków, robiłam rzeczy wbrew utartym schematom, próbowałam, eksperymentowałam i sprawdzałam, jak się z tym czuję. Zaczęłam bardziej myśleć o sobie i potrzebie realizacji własnych potrzeb, pracy nad sobą po to, by żyło mi się lepiej. Dodatkowo zauważyłam, że jak ja się lepiej czuję, jestem spokojniejsza, szczęśliwsza, to przekłada się mocno na kondycję całej mojej rodziny i bliskich mi ludzi. Niesamowita sprawa, która znajduje swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Dodatkowo zaczęłam sobie pozwalać na to, by pokazywać swoje umiejętności, nie chowając ich w myśl wcześniejszego przekonania, iż “nie wypada, bo ktoś uzna to za brak skromności i pokory“. Zaczęłam to robić, ponieważ czułam, że jest coś, czym mogę, chcę i potrzebuję dzielić się z innymi ludźmi. Oczywiście nie wszystko mi się udało. Nadal pracuję nad tym, aby mniej się przejmować i częściej uwalniać swoją głowę od nadmiaru natrętnych, często krytycznych myśli. Uwalniać siebie od pułapki pt. “Co inni pomyślą/ powiedzą?”. Dziś jednak wiem, że ZMIANY wymagają czasu. Dlatego też ten czas daję sobie samej.

3.)TYDZIEŃ PERFEKCYJNEGO STYLU ŻYCIA (Jeśli sięgniecie po książkę Edyty, dobrze Wam radzę, abyście ten rozdział porządnie odrobili. To rozdział, który zachęca do zadbania o siebie, skupienia się na wielu obszarach własnego życia, między innymi na sferze: fizycznej, emocjonalnej, psychicznej, profesjonalnej, duchowej oraz sferze relacji. Z tym rozdziałem bardzo dobrze jest solidnie popracować. Tylko wtedy będziecie bowiem w stanie dostrzec efekty własnych działań i podejmowanych prób. Ja z nim wciąż pracuję i co jakiś czas odświeżam sobie różne treści, wracam do zadań i na nowo je wykonuję. Dlaczego? Ponieważ ciągle się zmieniam, zatem i na rady zawarte w tym samym rozdziale reaguję inaczej –> obecnie z dużo większą otwartością, świadomością i zapałem niż kiedyś.

4.) TYDZIEŃ PLANOWANIA I ORGANIZACJI (to kolejny rozdział zachęcający do bardzo wytężonej pracy. Jak sama jego nazwa wskazuje, pomaga przejść przez proces zaplanowania rozmaitych działań tak, by zacząć dostrzegać ich efekty. Zatem zanim sięgniecie po książkę – lub też równolegle z zakupem, zaopatrzcie się w gruby zeszyt, kilka długopisów – w razie gdyby jeden za szybko się wyczerpał- oraz  wczas dla samej/samego siebie).

 

Gdybym miała podsumować, jak zmieniło się moje życie od czasu lektury powyższej publikacji, potrzebowałabym wrócić do mojego pierwszego wpisu, stworzonego przed rozpoczęciem zmian:

 

Czerwiec 2015:

“Gdybym się nie bała…” (cytuję oryginalny wpis, w którym nie wprowadzam poprawek :)):

– Gdybym się nie bała, to dziś już bym stała…. na płycie lotniska w Nowym Jorku albo Grecji albo Hiszpanii.
– Gdybym się nie bała, dziś prowadziłabym zajęcia na kilku uczelniach, bo bardzo lubię przekazywać innym wiedzę i współpracować z ludźmi.
– Gdybym się nie bała, już dziś pisałabym bloga – o mowie i wymowie (czyli mojej wielkiej pasji), o życiu, rozwoju dzieci, cudownych książkach, które potrafią prowadzić pięknie przez dzieciństwo, rozwoju w ogóle, o wspaniałych rodzicielskich momentach, których doświadczam dzięki córce oraz o tych, o których nie zawsze chce się pisać z obawy przed…. .
– Gdybym się nie bała, już moja pierwsza książka z opowieściami dla dzieci leżałaby na półkach w księgarni.
– Gdybym się nie bała, właśnie przygotowywałabym do otwarcia lokalu, do którego zapraszałabym każdego, kto ma ochotę na odrobinę relaksu, rozwoju, motywacji, pysznej kawy i domowego ciasta.
– Gdybym się nie bała, naprawdę byłabym optymistką 🙂
– Gdybym się nie bała, to bym rewelacyjnie gotowała (sama nie wiem, czy to ja boję się gotowania, czy ono boi się mnie ;)).
– Gdybym nie bała się ciszy, to często bym milczała (gdyż czasem najbardziej wymowna jest cisza właśnie).
– Gdybym się nie bała, byłabym w 100% sobą (tą milej widzianą i tą, którą znają mnie wyłącznie najbliżsi) bez zastanawiania, co sobie ktoś pomyśli.

Sądzę, że wokół mnie jest mnóstwo kobiet i mężczyzn, które z różnych względów wstrzymują się przed rozmaitymi działaniami, bo zawsze jest strach i lęk o coś lub z jakiegoś powodu. Życie jest tylko jedno, nie można go przeżyć w strachu przed innymi, a przede wszystkim przed samą sobą. I oby choć jedna rzecz z wyżej wymienionych ruszyła do przodu, jestem przekonana, że inne poszłyby za nią lawinowo :)”

 

25 stycznia 2017 r., na moim profilu napisałam tekst odnośnie zmian wprowadzonych w życie począwszy od czerwca 2015 r.:

ZMIANY Ruszyły….

-Pod koniec sierpnia (2016 r.) powołałam do życia swój profil i swojego bloga (Mowosfera).

-Rozpoczęłam realizację i upublicznianie swoich nagrań – których tworzenie sprawia mi ogromną przyjemność.

-Mam możliwość prowadzenia zajęć z Emisji Głosu, dzięki czemu bardzo dużo się uczę

-Nie piszę już tylko “do szuflady” lub roboczego folderu “Myśli luźne”, tylko wyrzucam je w tzw. społeczny świat.

-Coraz bardziej lubię ciszę i potrafię ją przyjąć – szczególnie w relacji z drugim człowiekiem. Lepiej niż kiedyś potrafię zrozumieć swoje granice, potrzeby i plany oraz o nie zadbać.

Jedynie do samolotu wciąż przekonać się nie mogę 😉 A naprawdę chętnie stanęłabym na płycie lotniska w ciekawym amerykańskim mieście 🙂 Wierzę, że kiedyś to marzenie doczeka się spełnienia. Również gotowanie nadal próbuje mnie do siebie przekonać, co wychodzi naprzemiennie – raz smacznie, raz po prostu znośnie. I, mam nadzieję, że kiedyś rzeczywiście powstanie projekt “Gdybym się nie bał/a…” dla każdej kobiety/mężczyzny, która/y o czymś marzy i marzenia te na razie wkłada do swojej prywatnej szuflady z obawy przed… Takich obaw miewamy setki, jeśli nie tysiące.

A jak jest dziś? 28 lipca 2017 r.?

Czy wiecie, gdzie będę za miesiąc o tej porze? Jeśli zdrowie, siły i inne okoliczności okażą się sprzyjające?

W…. Nowym Jorku właśnie 🙂

Trzymajcie za mnie kciuki, bowiem niełatwa to była dla mnie decyzja. Okropnie boję się latać. Wizja spędzenia ponad 9 godzin w samolocie wydaje mi się absolutnie przerażająca 🙂 Jestem jednak zwarta, gotowa i szczęśliwa, że odważyłam się sięgnąć po zrobienie rzeczy, która ze wszech miar mnie przeraża 🙂

Dziękuję Ci Edyto za Twoją książkę i dotychczasowy kontakt. Okazuje się, że nie takie zmiany straszne, jak się je sobie w głowie kreuje.

Wam również życzę odwagi do dokonywania zmian w życiu i realizowania mniejszych oraz większych marzeń 🙂 A do aktywnej i pracowitej lektury “30 dni do zmian” Edyty Zając gorąco zachęcam.

M!