Dzienne archiwum: 22 listopada 2017

Jak dobrze, że jesteś, krowo Matyldo :)

Oto ona. Pomysłowa i szalona. Na imię jej Matylda 🙂 Ma barwne czarno – białe łatki i prawe oko otoczone czarną oponką 🙂 Gdy zachodzi potrzeba, przywdziewa na siebie szalik lub czapkę.

Mieszka na wsi wraz z pracowitą gospodynią i innymi zwierzętami.  Nierzadko pomaga listonoszowi roznosić pocztę.

Jest ciekawa świata, pomysłowa i szalona. Po wyrazie jej pyszczka czasem trudno odgadnąć, co w danym momencie czuje. Jak dla mnie, stanowczo za rzadko się uśmiecha. Jest przecież taka urocza 🙂 Najwięcej emocji znajduję w jej oczach, które dobrze ukazują: strach, zdziwienie, zaskoczenie, zadowolenie a nawet błogość. Bywają momenty, w których Matylda czegoś się przestraszy i wówczas całą sobą to pokazuje.

W przeważającej ilości przypadków ma bardzo oszczędny “wyraz pyszczka” 🙂 To stanowi dodatkową motywację do wyobrażania sobie, jak bohaterka może czuć się w danej chwili lub jak inaczej mogłaby daną mocję odzwierciedlić.

Do życia powołał ją Alexander Steffensmeier, a w Polsce wydaje Wydawnictwo, które bardzo lubię – Media Rodzina.

Matylda długo na miejscu nie usiedzi. Dzięki temu możemy być świadkiem jej przygód:

1.) Przychodzi dzień, w którym Matylda, zazdroszcząc listonoszowi, który udał się na urlop, pakuje swoją torbę i wyrusza na wakacje. W trakcie tych wakacji czeka ją wiele przygód (“Krowa Matylda na wakacjach”)

2.) Innym razem, w przesyłce, którą otrzymała jej gospodyni krowa znalazła zaskakującą dla niej kartkę. Pomyślała, że to mapa prowadząca do jakiegoś skarbu. Z właściwą jej gracją, pomysłowością i zwinnością z pomocą innych zwierząt rozpoczyna poszukiwania. Czy uda jej się znaleźć skarb? Warto sprawdzić 🙂 (“Krowa Matylda szuka skarbu”)

3.) Następna część pokazuje Matyldę i jej ulubione zajęcie – straszenie listonosza.  Każdego dnia krowa chowała się w różnych miejscach w gospodarstwie (w wannie, za drzewem, w oborze, w krzakach) i na niego czekała. Listonosz bardzo bał się dostarczać pocztę do gospodyni, zaczęły go nawet dręczyć koszmary. Wymyślił, że postara się wkupić w łaski szalonej krowy, przygotowując dla niej paczkę. Jak skończyła się historia? Dowiedzie się z części “Krowa Matylda na czatach”. W tej części listonosz traci cierpliwość i rzuca w stronę krowy, iż jest głupia.  Ten fragment czytam zwykle nieco łagodniej.

4.) Jest jeszcze część, w której Matylda nie może zasnąć. Gospodyni czyta swoim zwierzętom książkę do snu, jednak krowa nie śpi. Szuka dobrej dla siebie pozycji (na jednym boku, na drugim, do góry kopytami, w za małej wanience). Na próżno… Próbuje też dołączyć do śpiącej gospodyni i wskakuje do jej łóżka, które nie wytrzymuje ciężaru i zawala się. Czy Matyldzie uda się usnąć? Dowiecie się z części “Krowa Matylda nie może zasnąć”. W tej części również pojawia się nieco dosadny komunikat gospodyni po tym, jak krowa zniszczyła jej łóżko. Nie czytam Lilci: “Wynoś się stąd” lecz mówię, iż właścicielka gospodarstwa bardzo się zdenerwowała i wyprosiła krowę z pokoju.

5.) Krowa Matylda nie zawsze jest w formie. W jednej z części obserwujemy, jak zmaga się z chorobą i jak gospodyni się o nią troszczy. Otrzymujemy piękną lekcję wdzięczności i wzajemności, gdy po wyzdrowieniu krowa pomaga swojej opiekunce, którą również ogarnęła chorobowa niemoc. O zmaganiach Krowy Matyldy z przeziębieniem przeczytacie w części: “Krowa Matylda jest chora”.

6.) Ponieważ Matylda już stała na czatach, w swojej kolejnej odsłonie bawi się w chowanego. Ta część zawiera tak wiele absurdalnych i zabawnych ilustracji, iż można podczas jej lektury spędzić wiele czasu, szukając szczegółów (kura siedząca w doniczce, nos świni wystający z wanny z wodą, kura robiąca na drutach 🙂 i wiele, wiele, wiele innych. Jeżeli chcecie spędzić czas przy fajnej książce obrazkowej ze zróżnicowaną ilością tekstu, bardzo Wam tę Matyldę polecam (“Krowa Matylda bawi się w chowanego”)

7.) Najnowsza część przygód Matyldy zaprasza czytelników do śniegowej krainy.  Zbliża się Boże Narodzenie a krowa pomaga listonoszowi roznosić świąteczne paczki. Kiedy udaje się im dostarczyć wszystkie pakunki do właścicieli, krowa żegna się z listonoszem i wyrusza w drogę powrotną do gospodarstwa. Na swoim grzbiecie dzierży paczki – prezenty, które listonosz przygotował dla swoich przyjaciół – gospodyni oraz jej zwierząt z gospodarstwa. Wszystkie pakunki mają swoich konkretnych adresatów. Nasza bohaterka w drodze powrotnej się gubi. Robi się coraz ciemniej, a ona nie może znaleźć drogi do domu. Kiedy o zmroku szczęśliwie udaje jej się dotrzeć (czytaj “wlecieć”) do gospodarstwa, wszystkie misternie i pieczołowicie zapakowane oraz przygotowane przez listonosza prezenty wysypują się na śnieg. W efekcie na ostatniej stronie możemy zobaczyć, do kogo te przesyłki ostatecznie trafiły i do jakich celów zostały przez swoich właścicieli wykorzystane. Jest przy tym wiele śmiechu. Świetne to ćwiczenie dla spostrzegawczości, uważności w czytaniu, rozwijania wyobraźni. Bardzo polecam Wam najnowszą część “Krowa Matylda i śnieg”.

 

Dlaczego tak uwielbiamy z Lilą Krowę Matyldę?

1.) Bo to książka nie tylko do czytania. Powiedziałabym więcej. To książka głównie do oglądania. Przy przeglądaniu poszczególnych, bardzo zabawnych, abstrakcyjnych ilustracji można spędzić wiele czasu.

Jeśli chodzi o tekst, jest on dość krótki. Zdarzają się czasem zdania lub sformułowania nacechowane emocjami (“głupia krowo”, “wynoś się”), których nie używam. Wolę podpowiadać  Lilcij, jak można pewne rzeczy wyrazić inaczej, bez wyzywania lub sprawiania przykrości drugiej osobie po to, by mogła się uczyć, iż swoje emocje i złość można wyrazić na wiele innych sposobów. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że świat nie jest idealny i ludzi często ponoszą emocje, złość, prowadząc do używania słów, które mogą czasem zaboleć. W chwili obecnej czuję jednak, że wolę iść inną słownie drogą. Czy robię dobrze? Czas pokaże…

2.) Matylda to krowa z krwi i kości. Ma swoje radości, ma smutki i trudności. Dziecko bez trudu jest w stanie utożsamić się z pewnymi zachowaniami urokliwej bohaterki. Myślę, że dzieci lubią czytać o przygodach zwierząt i ich zmaganiach z codziennością.

3.) Krowa Matylda jest dobra na niepogodę i gorszy nastrój. Spędzony z nią czas nie jest stracony. Przyjaciele krowy – kury, świnie, kozy, psy i konie również mają wiele pomysłów. Gdy się na nich patrzy, uśmiech od razu pojawia się na twarzy. W tych książkach nikogo nie dziwi:

– kura robiąca na drutach

– kura w szaliku

– kura jeżdżąca na nartach

– widok kurzych skarpet, które czekają na gwiazdkowy prezent

– krowa w czapce i szaliku

– kura robiąca aniołki na śniegu

– świnka ślizgająca się na lodzie

– kura ubrana “po parysku” (w berecik i sweter w paski)

– kura siedząca na toalecie z gazetą w ręku

Kury zdecydowanie wiodą prym w największej ilości absurdalnych sytuacji, w których się znajdują. Dzięki nim można z dziećmi ćwiczyć spostrzegawczość, wyobraźnię. Zastanawiać się, czy kura rzeczywiście może puszczać latawiec lub załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne w ludzkiej toalecie 🙂

Jeśli lubicie książki pełne nieoczywistości, zabawne, wesołe, z dużą ilością ilustracji to opowieści o krowie Matyldzie przypadną Wam do gustu. Zauważyłam, że ja sama lubię spędzać bardzo dużo czasu z poszczególnymi częściami i przyglądać się wielkiej ilości szczegółów. Za każdym razem w opisanych przeze mnie częściach znajduję coś nowego, co wcześniej mi umknęło.

Gdybyście zapytali, od której części warto rozpocząć przygodę z Matyldą, z trudem przyszłoby mi udzielenie odpowiedzi na to pytanie. Na “teraz” bardzo polecam Wam “Krowę Matyldę i śnieg”. Jest zabawna, zawiera dużo ilustracyjnych szczegółów, zachęca do ćwiczenia spostrzegawczości, wyobraźni. Pozostałe książki również.

A jeśli już znacie Matyldę lub dopiero ją poznacie, z wielką ciekawością czekam na Wasze opinie odnośnie tej urokliwej bohaterki 🙂

M!

 

 

Z nią nie grozi Wam nuda.

Czy Twoje dziecko zasłużyło? O wychowaniu do grzeczności…

 

Gdyby ten wpis powstał rok temu, z pewnością byłby bardziej skrajny niż w chwili obecnej. Dzisiejszy tekst nie wynika z chęci wymądrzania się lub narzucania swojego obrazu świata. Do rozmaitych doświadczeń dochodzę swoją indywidualną drogą, metodą prób i błędów. Nie boję się o nich pisać. Myślę, że każdy z Was to rozumie. Trudno byłoby znaleźć moment życia, w którym nie popełniamy błędów, nie mamy potknięć lub (aby inaczej to nazwać) nie odbieramy cennych życiowych lekcji. One najlepiej kształtują nas jako ludzi.

W dzisiejszym wpisie chciałam wspomnieć o grzeczności.

Dlaczego akurat o niej?

Ponieważ za kilkanaście dni Mikołaj, w związku z czym pokusa pojawi się wiele, wiele, wiele razy. U kogo się ona nie pojawia. Każdy człowiek, który ma potrzebę łatwości, spokoju, bycia słuchanym może chcieć zmienić zachowanie dziecka tymi kilkoma słowami. Tym bardziej, że okazja jest ku temu sprzyjająca.

– “Do jakich dzieci przychodzi święty Mikołaj?” – można by było zapytać najmłodszych.

Jestem ciekawa, jak wielu z nich odpowiedziałoby, że “do grzecznych”.

Wtedy zapytałabym ich:

– “A co to znaczy grzeczne dziecko?”

i poczekałabym na odpowiedź.

Spróbowałabym nauczyć ich tego, czego sama uczyłam się w ostatnich latach.

Chcecie wiedzieć, czego ja się nauczyłam o tak pożądanej “grzeczności”?

Że ona nie istnieje 🙂

A jeśli jest przez dorosłych wyuczona, to z reguły nie niesie ze sobą tego, co chcielibyśmy by niosła.

Czy chcielibyście jako dorośli być postrzegani jako grzeczni? Czy ta etykieta przeznaczona jest / powinna być tylko dla dzieci? Czy używając tego słowa nie mamy na myśli bardziej “pożądanego społecznie zachowania”?

W moim odczuciu grzeczność to pułapka. A raczej dążenie do grzeczności jest pułapką. Bo co ona właściwie oznacza? Że mam nikomu nie sprawiać kłopotu swoim zachowaniem? Że powinnam zachowywać się zgodnie z czyimś oczekiwaniem? Że mój gorszy nastrój lub zdenerwowanie oraz wynikające z tego niezbyt chlubne zachowanie doprowadzą do nazwania mnie “niegrzeczną”?

Zastanawialiście się nad tym, kiedy zwykle pada to słowo skierowane w stronę dziecka?

Zamknijcie na moment oczy. Zastanówcie się… Jakie zachowanie przyczynia się do używania tego słowa. Co robi dziecko nazywane “niegrzecznym”?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– Mówi nie?

A teraz zastanówcie się, jak zachowuje się dziecko (oraz człowiek dorosły), który przeżywa trudności. Ma trudne emocje – złość, zazdrość, żal, smutek, rozczarowanie, niepokój, lęk?

Ponownie zamknijcie oczy i zobaczcie swoje dziecko (lub siebie) w chwili, gdy po prostu jest mu/Wam źle. Np. wtedy, gdy inne dziecko zabrało mu zabawkę lub go ugryzło, gdy musi zbyt szybko (w jego odczuciu) opuścić plac zabaw, gdy musi skończyć przyjemną zabawę i iść się kąpać, gdy zostało niesłusznie o coś oskarżone, gdy słyszy trudne dla siebie słowa, których nie rozumie? Jak może się zachowywać takie dziecko? Co robi?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– mówi nie?

Jeśli oba rodzaje zachowań są podobne, spróbujmy się zastanowić, czy nie lepiej zmienić nasz komunikat, wysyłany w stronę dziecka. Skoro zachowania “niegrzecznego” dziecka są bardzo podobne do zachowań dziecka przeżywającego trudności, czy nie lepiej pomóc mu zrozumieć, co się z nim dzieje? I zwyczajnie to nazwać? Opisać to, co widzimy? Bez nadawania temu etykiety lub znaczenia? Bez oceniania? Stygmatyzowania, szydzenia, krytykowania, moralizowania, pouczania?

Czy zamiast “jesteś niegrzeczny” lub “bądź grzeczny” nie lepiej byłoby powiedzieć dziecku:

– “Widzę, że jest ci trudno.”
– “Widzę, że jesteś tak zdenerwowany, że masz ochotę kopać i bić”.
– “Widzę, że jesteś wściekły, że musimy już wracać. Z tej wściekłości masz ochotę krzyczeć i piszczeć?”
– “Widzę, że jest ci smutno, że Ania nie chce się z tobą bawić. Chce ci się płakać?”
– “Widzę, że ciężko ci teraz mnie słuchać. Masz ochotę powtarzać moje słowa i wszystko, co mówię.”

Czy takie mówienie jest łatwe?

Nie zawsze. Szczególnie wtedy, gdy sami jesteśmy w silnych emocjach. Gdy czujemy, że brakuje nam cierpliwości. Gdy mamy poczucie, że zachowanie dziecka z jakiegoś powodu wywołuje w nas silne uczucia, złe wspomnienia, złość i wściekłość.

Wówczas zdecydowanie łatwiej będzie skrócić komunikat skierowany w stronę dziecka po to, by “zaprzestało zachowania”, które wyzwala w nas mieszankę niechcianych myśli i uczuć. Łatwiej powiedzieć:

– “Ale ty jesteś niegrzeczny”.
– “Popatrz na Łukaszka, jaki on jest grzeczny”
– “Czy Basia zachowuje się tak niesfornie, jak ty?”
– “Oooo mój drogi. Jak ty się będziesz tak zachowywał, to w tym roku Święty Mikołaj na pewno do Ciebie nie przyjdzie. I co? Inne dzieci dostaną wymarzony prezent, a ty rózgę. Jak chcesz dostać coś od Mikołaja, musisz się słuchać”.

Małe dzieci biorą takie informacje za pewnik. Nierzadko są zalęknione i zastanawiają się, czy to, że krzyknęły do rodzica lub próbowały go uderzyć jest już wystarczającym powodem do otrzymania rózgi lub bycia pominiętym przez Mikołaja, który “widzi, patrzy”.

– “Matko, przecież nie zniszczę mojemu dziecku dzieciństwa, jak spróbuję je zdyscyplinować słowem “grzeczny”. No weźmy nie popadajmy w paranoję.” – mógłby się ktoś oburzyć.

Oczywiście, że nie zniszczymy dzieciństwa. Jeśli jednak możemy zrobić coś inaczej, komunikować się w sposób, który będzie bardziej służył drugiemu człowiekowi, to czemu nie? Jeśli cisną nam się na usta słowa, których moglibyśmy potem żałować, zróbmy STOP. Przyjrzyjmy się sobie. Otrzymujemy ważną informację o nas samych, o naszych potrzebach, o naszych tęsknotach, o naszych trudnościach. Otrzymujemy sygnał, iż warto, byśmy się sobą zaopiekowali.

Dodatkowo, za każdym razem, gdy w trudnym momencie pojawi się pokusa, by dziecko “spacyfikować”, “szybko zdyscyplinować” zadajmy sobie pytanie: “Czy gdybym był moim dzieckiem i przeżywał trudności, będąc na jego miejscu, chciałbym/chciałabym usłyszeć słowa, które właśnie cisną mi się na usta?” Dla mnie jest to zwykle wystarczający sygnał i podpowiedź, by wiedzieć, co robić.

Na koniec chciałam podać Wam bardzo namacalny przykład tego, że oprócz słów dla dzieci wielkie znaczenie ma intencja osoby dorosłej. Jej nastawienie, jej zdolność, umiejętność przyjmowania dziecięcych uczuć i zachowań.

W trudnej ostatnio sytuacji, moja córka zetknęła się z dwiema postawami osób dorosłych – tak podobnymi i różnymi jednocześnie.

Odczuwając strach i ból usłyszała od jednej pań wypowiedziane kojącym głosem słowa: “Nie płacz. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze”. Pani się do niej uśmiechnęła, wysłała serdeczne, ciepłe spojrzenie, dała poczucie bezpieczeństwa.

Tego samego dnia, kilkadziesiąt minut później od innej pani usłyszała: “No nie płacz już. Nie ma co się bać. Tutaj od rana same beksy”. Powiedziałam Pani, że dziecko ma prawo płakać, gdy się boi i gdy je boli. I żadna z niej beksa. Pani, dość zaskoczona moją reakcją odpowiedziała krótko: “Oczywiście”.

Gdy rozmawiałam później z Lilą o tym, czego doświadczyła, ona sama powiedziała, że nawet pomimo faktu, że pierwsza pani mówiła “nie płacz” to nie było jej źle, bo czuła, że pani daje jej bezpieczeństwo i pociesza. Postawa drugiej natomiast sprawiła, że czuła się najzwyczajniej w świecie źle.

Często powtarzam Lilci: “masz prawo się: bać, płakać, popełniać błędy”.

Jeśli jednak usłyszy ona “nie bój się, nie płacz”, jednak będzie miała poczucie, że dana osoba okazuje wsparcie (przytuleniem, uśmiechem, serdecznym spojrzeniem), już wiem, że poczuje się bezpiecznie. Dlaczego? Bo w jej głowie będą brzmiały słowa, które dobrze zna “Masz prawo…”. Jednocześnie czując intencję drugiej osoby, chęć pocieszenia, będzie w stanie odzyskać równowagę.

Dlaczego piszę o tym na koniec?

Ponieważ sama doszłam do tego, że nie zniszczymy dziecku życia źle dobranymi słowami. Że każdą komunikację można poprawić, uczynić lepszą. Można i zdecydowanie warto nad tym pracować. Powtarzam to sobie za każdym razem, gdy zdarza mi się zapomnieć, użyć słów, które nie są tak potrzebnym dla niej wsparciem. Okażmy sobie wyrozumiałość. Gdy trzeba, przeprośmy dziecko i wyjaśnijmy mu, że nie chcieliśmy naszymi słowami sprawić mu przykrości. Dziecko z chęcią to usłyszy i zapamięta. Będzie wiedziało, że następnym razem postaramy się inaczej wyrażać nasze myśli. Tak, by go nie ranić.

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi, nie ma jedynie słusznego postępowania. Jest DROGA, którą kroczymy jako ludzie, jako rodzice. Na tej drodze zdobywamy doświadczenie, uczymy się, upadamy, czasem zadrapiemy sobie ręce i kolana. Czasem dłużej poleżymy. Jednak nie warto się poddawać. Dobra, oparta na szacunku komunikacja MA SENS. Jest potrzebna. Przynosi efekty. Daje rezultaty. Daje siłę – zarówno dziecku, jak i osobie dorosłej. Nawet jeśli w danym momencie tego nie widać, przychodzi dzień, w którym słyszymy z ust dziecka: “Mamusiu, masz prawo…”, “Mamusiu, nie szkodzi…”, “Mamusiu, chodź przytulę cię, bo widzę, że ci ciężko”, “Mamusiu, wiem, że nie zrobiłaś tego specjalnie”. I nie jest to absolutne odwrócenie ról. Dziecko w ten sposób daje znać, że przyjęło cenne dla siebie lekcje i posyła je dalej.
M!