>> Gdy nas przybywa … o książce, która niesie wsparcie <<

Chyba w żadnej książce nie pozakreślałam ostatnio tak wiele fragmentów, jak w  TEJ. A, przyznam Wam się szczerze, ostatnio czytam ich BARDZO dużo. Niemal każde zdanie w tej publikacji jest dla mnie ważne. Niesie ulgę, ukojenie. Uspokaja, gdy za dużo myślę o rzeczywistości, której nie znam. Rzeczywistości, którą za jakiś czas przyjdzie mi poznać.  Czy mam obawy? Mijałabym się z prawdą, gdybym napisała Wam, że nie… Ależ oczywiście, że mam. Mam ich całkiem sporo.

Od 7 lat poznaję moją córkę. Niczym odkrywca z ciekawością przyglądam się temu, jak rośnie, jak się zmienia, jak nazywa świat, jak go przeżywa.  Jednocześnie odkrywam poszczególne warstwy macierzyństwa. Mierzę się z wiedzą o sobie. Z dnia na dzień uświadamiam sobie, w jak wielu obszarach mam jeszcze szansę się zmieniać. To chyba takie zmiany, które mają dla mnie największy sens. Przyglądanie się sobie, swym emocjom, potrzebom, tęsknotom, trudnościom, wyzwaniom nie zawsze jest miłe i łatwe. Zawsze jednak motywuje mnie do tego, by wyjść poza swoje utarte schematy myślowe, przekonania, nikomu nie służące poglądy. Dowiaduję się, jak często się mylę, czyniąc założenia na temat tego, co widzę w relacji między mną a moimi bliskimi. Pozostawanie się w roli zaciekawionego obserwatora wciąż stanowi dla mnie wyzwanie. Ale uczę się go.

W jaki sposób?

Popełniając błędy. Używając słów, które innym nie służą i korygując kierunek swoich działań. Uczę się też w sposób bezpośredni, pytając bliskie mi osoby, czego w ważnych dla siebie momentach potrzebują. Niezmiennie zaskakuje mnie to, jak oczywiste (a trudne czasem do wychwycenia odpowiedzi) się pojawiają.

Przytulenie. Bliskość. Milcząca obecność. Wysłuchanie bez dodatkowych komentarzy. Empatia wciąż będąca dla mnie obszarem do odkrywania i zgłębiania.

Nawet gdy zdarzają mi się dni, które kończę z uczuciem porażki i wrażeniem, że moje emocje wzięły górę, nie poddaję się. Próbuję kolejnego dnia. Wciąż na nowo i na nowo. Nie stronię od “przepraszam” i “nie wiem, dlaczego tak zareagowałam“. Nie stronię od “ale chciałabym to zmienić i następnym razem okazać ci więcej wsparcia“. Nowością jest dla mnie nie stronienie od: “zrobiłaś najlepiej, jak w danej chwili umiałaś. Gdybyś była w stanie zareagować inaczej, na pewno byś to zrobiła.”

Życzliwość, łaskawość i wyrozumiałość względem siebie. Tak trudna i potrzebna nie tylko nam, ale i naszym bliskim. Z okazywanej sobie życzliwości nasi bliscy korzystają bardziej, niż nam się może wydawać.

Pozwolę sobie wrócić do książki. To najnowsza publikacja Wydawnictwa Mamania, której Autorką jest Małgorzata Stańczyk.

Jestem stałą uczestniczką prowadzonych przez Gosię webinarów. Obecnie znajduję się w przygotowanym przez nią  programie “Webinarowa jesień“, dzięki czemu mam niewątpliwą przyjemność słuchać i oglądać przygotowane przez nią nagrania. Są dla mnie wzbogacające, kojące, bogate w cenną wiedzę. Małgosia jest psychologiem i dziennikarką, autorką bloga www.gosiastanczyk.pl, na którym dzieli się z rodzicami swoją rodzicielską perspektywą. Jest również współautorką książek: “Potrzebna cała wioska” i “O szkole od nowa“. Prywatnie to mama trójki dzieci, która w swej książce dzieli się swym prywatnym i zawodowym doświadczeniem. Małgosia współtworzy w Warszawie bardzo piękną i wspierającą rodziców przestrzeń – Bliskie Miejsce, w którym prowadzi szkolenia, konsultacje oraz grupy wsparcia.

W swej bardzo empatycznej, wspierającej książce Małgosia wprowadza rodziców w świat rodzinnych relacji i komunikacji, która jest udziałem wszystkich członków rodziny.  Do głębszej refleksji skłoniły mnie zdania, które pojawiły się już na pierwszych stronach publikacji “Rodzeństwo“:

Będąc rodzicami jednego dziecka, mamy do czynienia tylko z relacją z jednym dzieckiem oraz z naszą wzajemną relacją między dorosłymi. Gdy dzieci jest więcej, te relacje nie dodają się, a mnożą. Przy dwójce dzieci mamy już relacje: ja – drugi rodzic, ja – pierwsze dziecko, ja – drugie dziecko, drugi rodzic – pierwsze dziecko, drugi rodzic – drugie dziecko i relację pomiędzy rodzicami. Przy każdym kolejnym liczba interakcji wzrasta na wzór śniegowej kuli, przez co większe jest ryzyko, że w którejś z relacji pojawi się napięcie lub konflikt. Kilkoro dzieci w rodzinie to też więcej potrzeb, które w danej chwili domagają się zaspokojenia. Często trzeba podejmować decyzję, którym wołaniem zajmiemy się najpierw: prośbą: “Mamo, pobaw się ze mną” czy sygnałami wysyłanymi przez głodne niemowlę.”

Świadomość takiego stanu rzeczy może wywoływać lęk i niepokój. Szczególnie, jeśli mamy w sobie pragnienie, aby każdy z członków rodziny był: dostrzeżony, uwzględniony, przyjęty z targanymi nim w danej chwili emocjami. Czy jest to łatwe?

Przyznam Wam szczerze, że nie mam pojęcia. Czy się boję tej wielkiej niewiadomej? Oczywiście, że tak. Choć…. dzięki książce Gosi mam w sobie inny obraz życia w rodzinie w powiększonym składzie. 

W związku z tym, że sytuacja w świecie relacji, emocji i potrzeb jest dynamiczna i stale się zmienia, w miarę jak dzieci wzrastają, a także wraz z pojawieniem się kolejnych dzieci w rodzinie, nie sposób znaleźć takich rozwiązań, które będą nam się sprawdzać raz na zawsze. To, co “działa” nam dziś, nie musi sprawdzić się za pół roku. (…) uważne rodzicielstwo wymaga refleksji i stale obfituje w bodźce, które prowadzą nas ku rozwojowi.”

Pokrzepiające są dla mnie powyższe słowa. Działają na mnie uspokajająco i przypominają o tym, by nie czynić żadnych założeń. Nie porównywać, nie oczekiwać, lecz z ciekawością spojrzeć w przyszłość.  O przyjmowaniu perspektywy zaciekawionego obserwatora Małgosia bardzo często w swej publikacji wspomina, dzięki czemu jej wskazówki mocno się we mnie zadomowiły.

Dotychczas brakowało mi na rynku publikacji, która w tak bliskościowy, empatyczny i nie nachalny sposób przeprowadziłaby rodzica (zarówno tego, któremu zmienia się sytuacja i oczekuje nowego członka rodziny, jak również rodzica, który ma już dwójkę, trójkę i więcej dzieci) przez zagadnienie relacji w rodzeństwie i rodzinie.

Nie ukrywam, że w związku z nową sytuacją, z którą przyjdzie się mi, Lilci i jej tacie za jakiś czas zmierzyć, najbardziej poruszający, karmiący moją głowę i serce okazał się rozdział 1, zatytułowany “Nadchodzi nowe“. Gosiu, BARDZO Ci za niego dziękuję.

Autorka tak jasno, treściwie opisała myśli, emocje i obawy, z którymi może się mierzyć starsze dziecko lub rodzeństwo oczekujące przyjścia na świat brata lub siostry.

Wśród internetowych wpisów nietrudno znaleźć teksty, które podejmują się rozważenia tego, jaka różnica pomiędzy dziećmi jest dobra, optymalna, korzystna z punktu widzenia relacji i więzi pomiędzy dziećmi.  Gosia Stańczyk mierzy się z pewnymi wyobrażeniami, które mogą pojawiać się w głowie rodziców na ten temat.

Prawda jest taka, że nie wszystko i nie zawsze od nas zależy. Bywa, że na dziecko (pierwsze, drugie, trzecie) przychodzi czekać rodzicowi latami i nie ma zbyt dużego wpływu na powstałą różnicę. Bywa, że mała różnica wieku nie gwarantuje silnej więzi, podobnie jak większy odstęp lat pomiędzy rodzeństwem. Małgosia pisze o czynnikach, które na ową więź, relację mogą wpływać (a tych czynników jest całkiem sporo). Podsumowując rozważania na temat różnicy wieku, Autorka podkreśla, że nie ma jednej, jedynie słusznej, właściwej i dobrej. 

Więcej można powiedzieć na temat kolejności narodzin i sytuacji, która jest udziałem poszczególnych dzieci w rodzinie. W książce “Rodzeństwo” jest to bardzo ciekawie wyjaśnione.

Niezwykle ważne okazały się dla mnie słowa autorki, która wspiera Czytelnika swymi słowami, pisząc:

Sytuacja rodziny, w tym także starszego dziecka, zmienia się już wtedy, gdy mama jest w ciąży, a nie dopiero, kiedy brat lub siostra przychodzi na świat. Już na etapie ciąży to, co było do tej pory dostępne, czasowo staje się niemożliwe – mam tu na myśli nieograniczone noszenie na rękach, dzikie i beztroskie kotłowanie się. Myślę też o zmniejszonych i zmiennych zasobach mamy, która na pewnych etapach ciąży może być wprawdzie pełna energii i w doskonałej formie, ale na innych zmagać się z ciążowymi dolegliwościami, gorszym samopoczuciem, zmiennym nastrojem i ograniczonymi możliwościami fizycznymi. (…)”

“Skoro zmiana dzieje się wcześniej niż w dniu narodzin, to i starsze dzieci zaczynają wcześniej odczuwać jej konsekwencję. Zdarza się, że dzieci już w trakcie trwania ciąży intensywnie oswajają nową rzeczywistość. To, w jakim stopniu będzie to dla dziecka odczuwalne, zależy od przebiegu ciąży – czy to ciąża “książkowa”, czy taka, której towarzyszą różne trudności lub choroby?

Małgosia w sposób bardzo empatyczny przedstawia perspektywę dziecka, któremu zmienia się rzeczywistość, pisząc iż dziecku “Trudno mieć nagle taką mamę, która popołudniami do niczego się nie nadaje, a czasem musi nawet całymi godzinami leżeć“.

Zakładając, że świat mamy mocno się zmienia (ze względu na zmiany, jakie zachodzą w jej organizmie, fizyczności, sferze emocjonalnej) i rzeczywistość dziecka ulega transformacji, można wyobrazić sobie, iż nowa sytuacja może stanowić niemałe wyzwanie.

Czytając rozdział pierwszy, czerpałam z niego pełnymi garściami i w najbliższym czasie często będę do niego wracała. Autorka podejmuje próbę opisania rodzinnej rzeczywistości, która jest udziałem mamy, taty i dziecka (lub dzieci). Dotychczas miałam niewielką okazję, by czerpać z różnych źródeł tak cenne informacje.

Bardzo bliskie jest mi to, co autorka pisze o rolach, które często nieświadomie, możemy  przypisać  dziecku w rodzinie. Podkreśla, że “ono poza byciem siostrą lub bratem, potrzebuje być widziane przede wszystkim jako człowiek. Ze swoimi planami, zainteresowaniami, umiejętnościami, temperamentem, emocjami, potrzebami.”

Dodaje, że warto szukać takich dróg, “które pozwolą dziecku doświadczyć, że jest interesujące samo w sobie, a nie ze względu na to, że będzie miało siostrę lub brata. Można to zrobić, przede wszystkim słuchając z zaangażowaniem tego, co dziecko ma nam do powiedzenia, i odpowiadając na wysyłane przez nie sygnały.”

Publikacja Małgosi jest bardzo bliska życiu. Realnemu, autentycznemu, ze wszystkimi jego odcieniami i kolorami. Autorka zachęca do rezygnacji ze snucia (samemu lub wspólnie z dzieckiem) wizji idealnej, pięknej i bajkowej przyszłości, pozostawiając więcej miejsca na pytania bez odpowiedzi. Może to nieco zmniejszyć poczucie dziecka, że nie powinno czuć złości, frustracji, smutku.

W książce jest wielokrotnie wspomniane, iż wszystkie uczucia i dziecka i rodzica są ważne. Każde o czymś istotnym informują. Dostarczają wskazówek, które (dobrze usłyszane) mogą pomóc obu stronom w odnalezieniu się w nowej rzeczywistości. Bowiem każda emocja jest wywołana zaspokojoną bądź niezrealizowaną potrzebą. Nasze dodatkowe myśli mogą nasilać lub osłabiać siłę emocji, które nam towarzyszą, Warto o tym pamiętać.

Bardzo odkrywczy był dla mnie podrozdział – Książeczki o rodzeństwie, w którym autorka ponownie przypomina, aby w rozwoju dziecka podążać za jego potrzebami i na bok odsunąć własne oczekiwania, założenia i przekonania.  Na dłużej zostaną we mnie jej słowa, bardzo mi bliskie :

Nie wydaje mi się natomiast dobrym pomysłem, by z inicjatywy rodzica przez pół roku maglować z dzieckiem temat ciąży, narodzin i relacji braterskich, nie uwzględniając tego, czy dziecko ma taką potrzebę, czy jest tym zainteresowane i czy nie wolałoby przypadkiem w okresie, w którym wszystko się zmienia, koncentrować się na tym, co stałe i niezmienne“.

Moja obecna rzeczywistość i doświadczenia podpowiadają, iż przede wszystkim trzeba uwzględniać potrzeby i gotowość dziecka. Słuchać sygnałów bezpośrednich (inicjowane przez dziecko rozmowy, zadawane przez nie pytania dotyczące zmieniającej się sytuacji, wyrażane wątpliwości), jak również (a może przede wszystkim) pośrednich, takich jak: czasowe trudności z zasypianiem, płaczliwość, reagowanie większą złością, niecierpliwością, irytacją na sytuacje, które dotychczas wydawały się być dla dziecka neutralne.

Towarzyszenie, bycie blisko, uważne, bez czynienia jakichkolwiek założeń wydaje mi się być ważną drogą.

Najlepszym przygotowaniem do wszelkich życiowych wyzwań, w tym tego związanego z powiększeniem się rodziny, jest dla dziecka silna i bezpieczna relacja z opiekunami. Celowo piszę “opiekunami”, a nie matką. W obliczu sytuacji, w której mama będzie czasowo niedostępna, a później zaangażowana po uszy w opiekę nad niemowlęciem, cennym zasobem jest dla dziecka dwoje lub więcej równorzędnych opiekunów (drugim równorzędnym opiekunem może być tata, babcia, dziadek, ciocia czy zaufana niania). (…) Chodzi mi o opiekuna, którego dziecko dobrze zna, który jest dla niego dostępny fizycznie i emocjonalnie i który jest w stanie odpowiedzieć na jego ważne potrzeby (potrzebę bezpieczeństwa, bliskości, bycia widzianym i słyszanym, potrzeby fizjologiczne).

Małgosia Stańczyk dużo miejsca poświęca opisaniu możliwych wyzwań, które mogą pojawić się w życiu rodziny po narodzinach brata lub siostry. Wspomina także o tym, jakie nasze działania mogą okazać się pomocne w tym ważnym czasie.

Bardzo wzbogacające okazały się dla mnie fragmenty, w których autorka opisuje znaczenie takich emocji, jak złość, smutek, lęk i niepewność. Uświadomiłam sobie, że sztuką jest nie tylko umiejętność rozpoznania emocji, które są w nas aktualnie żywe. Idąc dalej… warto wiedzieć, jaką funkcję i jakie znaczenie się im przypisuje (mam tu na myśli te trudniejsze w odczuwaniu emocje, jak złość i smutek). Jeśli bowiem rozumiemy, dlaczego dana emocja domaga się uwagi i co może oznaczać, wówczas istnieje nadzieja, iż zaprzestaniemy upychania jej wgłąb naszego organizmu bądź negowania jej istnienia.

Jak zapewne zauważyliście, w swojej recenzji (z racji nowych wyzwań i nowej rzeczywistości, którą przyjdzie mi i mym bliskim za jakiś czas powitać) najwięcej swej uwagi poświęciłam rozdziałowi 1.

Warto, byście wiedzieli, że książka składa się z 6 rozdziałów, których układ i kolejność są, w moim odczuciu, bardzo dobrze przemyślane.

Zaczynamy od dobrej nowiny zwiastującej nową rzeczywistość, w powiększającym się składzie.

W rozdziale drugim autorka zachęca rodziców do zmierzenia się z rodzicielskimi oczekiwaniami i wyobrażeniami dotyczącymi udanych relacji między rodzeństwem. Z tego rozdziału dowiecie się, czy dzieciom potrzebna jest rywalizacja, co oznaczają dziecięce kłótnie, czym różnią się od konfliktów, dlaczego dzieci się biją i jaka jest nasza strefa wpływu na te komunikacyjne tarcia.

Trzeci rozdział został poświęcony mało wspierającym rodzeństwo komunikatom i działaniom ze strony rodziców, opiekunów. Cudowne jest podejście autorki, która (podobnie jak w przypadku dzieci), zakłada dobrą wolę dorosłych. Już samo jej zdanie, iż rodzice / opiekunowie postępują najlepiej jak w danym momencie potrafią, jest bardzo uwalniające. Celem Małgosi Stańczyk, nie jest, jak pisze, wywoływanie w rodzicach poczucia winy, lecz pokazanie, jak niektóre nasze słowa, komunikaty, reakcje, oczekiwania, działania mogą wpływać na dziecko.

by nie zostać z poczuciem dyskomfortu, poczucia winy, Czytelnik ma szansę płynnie przejść do rozdziału czwartego, w którym dowiaduje się, jak możemy wspierać więź pomiędzy dziećmi. Autorka w niezwykle ciekawy sposób opisuje znaczenie poczucia własnej wartości i to, jak możemy je budować u dziecka (zaczynając, rzecz jasna, od siebie). W tym rozdziale dowiecie się, jakie są języki miłości i co oznacza wspólnie spędzony z dzieckiem czas.

Rozdział piąty stanowi dla rodzica wsparcie dotyczące angażowania się w dziecięce konflikty (lub stronienia od nich). Poznacie w nim schemat trójkąta dramatycznego przełożony na sytuację rodzinną i to, jakie role możemy naszym dzieciom przypisywać, jak również role, w które sami (najczęściej nieświadomie) wchodzimy. Dowiecie się także, jak możecie pomóc waszym znajdującym się w stanie niejasności, różnicy zdań dzieci.

Ostatnim, szóstym, rozdziałem, Małgosia nakłada na serce Czytelnika plaster. Otula go słowami i przypomina, jak może on zadbać o siebie, swój dobrostan, realizację swoich potrzeb. Ogromnie mnie cieszy to, że coraz więcej i coraz częściej mówi się o tym, jak ważne jest bycie dla siebie dobrym, serdecznym, wyrozumiałym, wspierającym. Jak istotne jest rozpoczęcie zmiany od siebie. Z zadbaniem o swój dobrostan fizyczny i psychiczny. Bez poczucia winy i trudnych myśli, które w odpowiedzi na dbanie o siebie mogą się pojawić. Wielokrotnie w swej książce autorka podkreśla, iż dzieci najskuteczniej, najszybciej i najdokładniej uczą się przez tzw. modelowanie, czyli obserwowanie rodzica i sposobów, w jakie radzi sobie z wyzwaniami codzienności. Obserwując jego stosunek do samego siebie, swojego ciała, popełnianych błędów, sukcesów, mówienia nie, mówienia tak. 

 “Droga do miłości, łagodności, bycia wyrozumiałym oaz troskliwym dla innych wiedzie poprzez miłość własną, to znaczy łagodność, wyrozumiałość i troskę kierowaną do samego siebie. (…) Myślę, że aby nauczyć dzieci troszczyć się o siebie, potrzebujemy w pierwszej kolejności sami się tego nauczyć.” – podsumowuje Małgosia.

Dla mnie pierwsza jej książka (celowo piszę “pierwsza”, bo mam nadzieję, że będą kolejne), nie zagrzeje miejsca na półce. Będzie w bardzo częstym użyciu. Napisana jest w duchu bliskościowym, z poszanowaniem uczuć dzieci i ich rodziców, opiekunów. Znajdziecie w niej wiele odniesień do osób, które bardzo cenię jako rodzic i pedagog: Agnieszki Stein, Jespera Juula, Marshala Rosenberga, Laurence Cohen’a i wielu innych.

Jeśli Wasza rodzinna sytuacja niebawem ulegnie zmianie lub jeśli jesteście rodzicami dwójki, trójki, czwórki dzieci, BARDZO Was zachęcam do sięgnięcia po najnowszą publikację Wydawnictwa Mamania.

A ja Tobie, Małgosiu, bardzo za nią dziękuję. Pojawiła się w moim domu w bardzo ważnym momencie mojego życia. Mam nadzieję, że w najbliższych tygodniach, miesiącach oraz latach będę się nią wspierała w czasie swych rodzicielskich wyzwań.

M!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *