Miesięczne archiwum: Listopad 2017

Jak dobrze, że jesteś, krowo Matyldo :)

Oto ona. Pomysłowa i szalona. Na imię jej Matylda 🙂 Ma barwne czarno – białe łatki i prawe oko otoczone czarną oponką 🙂 Gdy zachodzi potrzeba, przywdziewa na siebie szalik lub czapkę.

Mieszka na wsi wraz z pracowitą gospodynią i innymi zwierzętami.  Nierzadko pomaga listonoszowi roznosić pocztę.

Jest ciekawa świata, pomysłowa i szalona. Po wyrazie jej pyszczka czasem trudno odgadnąć, co w danym momencie czuje. Jak dla mnie, stanowczo za rzadko się uśmiecha. Jest przecież taka urocza 🙂 Najwięcej emocji znajduję w jej oczach, które dobrze ukazują: strach, zdziwienie, zaskoczenie, zadowolenie a nawet błogość. Bywają momenty, w których Matylda czegoś się przestraszy i wówczas całą sobą to pokazuje.

W przeważającej ilości przypadków ma bardzo oszczędny “wyraz pyszczka” 🙂 To stanowi dodatkową motywację do wyobrażania sobie, jak bohaterka może czuć się w danej chwili lub jak inaczej mogłaby daną mocję odzwierciedlić.

Do życia powołał ją Alexander Steffensmeier, a w Polsce wydaje Wydawnictwo, które bardzo lubię – Media Rodzina.

Matylda długo na miejscu nie usiedzi. Dzięki temu możemy być świadkiem jej przygód:

1.) Przychodzi dzień, w którym Matylda, zazdroszcząc listonoszowi, który udał się na urlop, pakuje swoją torbę i wyrusza na wakacje. W trakcie tych wakacji czeka ją wiele przygód (“Krowa Matylda na wakacjach”)

2.) Innym razem, w przesyłce, którą otrzymała jej gospodyni krowa znalazła zaskakującą dla niej kartkę. Pomyślała, że to mapa prowadząca do jakiegoś skarbu. Z właściwą jej gracją, pomysłowością i zwinnością z pomocą innych zwierząt rozpoczyna poszukiwania. Czy uda jej się znaleźć skarb? Warto sprawdzić 🙂 (“Krowa Matylda szuka skarbu”)

3.) Następna część pokazuje Matyldę i jej ulubione zajęcie – straszenie listonosza.  Każdego dnia krowa chowała się w różnych miejscach w gospodarstwie (w wannie, za drzewem, w oborze, w krzakach) i na niego czekała. Listonosz bardzo bał się dostarczać pocztę do gospodyni, zaczęły go nawet dręczyć koszmary. Wymyślił, że postara się wkupić w łaski szalonej krowy, przygotowując dla niej paczkę. Jak skończyła się historia? Dowiedzie się z części “Krowa Matylda na czatach”. W tej części listonosz traci cierpliwość i rzuca w stronę krowy, iż jest głupia.  Ten fragment czytam zwykle nieco łagodniej.

4.) Jest jeszcze część, w której Matylda nie może zasnąć. Gospodyni czyta swoim zwierzętom książkę do snu, jednak krowa nie śpi. Szuka dobrej dla siebie pozycji (na jednym boku, na drugim, do góry kopytami, w za małej wanience). Na próżno… Próbuje też dołączyć do śpiącej gospodyni i wskakuje do jej łóżka, które nie wytrzymuje ciężaru i zawala się. Czy Matyldzie uda się usnąć? Dowiecie się z części “Krowa Matylda nie może zasnąć”. W tej części również pojawia się nieco dosadny komunikat gospodyni po tym, jak krowa zniszczyła jej łóżko. Nie czytam Lilci: “Wynoś się stąd” lecz mówię, iż właścicielka gospodarstwa bardzo się zdenerwowała i wyprosiła krowę z pokoju.

5.) Krowa Matylda nie zawsze jest w formie. W jednej z części obserwujemy, jak zmaga się z chorobą i jak gospodyni się o nią troszczy. Otrzymujemy piękną lekcję wdzięczności i wzajemności, gdy po wyzdrowieniu krowa pomaga swojej opiekunce, którą również ogarnęła chorobowa niemoc. O zmaganiach Krowy Matyldy z przeziębieniem przeczytacie w części: “Krowa Matylda jest chora”.

6.) Ponieważ Matylda już stała na czatach, w swojej kolejnej odsłonie bawi się w chowanego. Ta część zawiera tak wiele absurdalnych i zabawnych ilustracji, iż można podczas jej lektury spędzić wiele czasu, szukając szczegółów (kura siedząca w doniczce, nos świni wystający z wanny z wodą, kura robiąca na drutach 🙂 i wiele, wiele, wiele innych. Jeżeli chcecie spędzić czas przy fajnej książce obrazkowej ze zróżnicowaną ilością tekstu, bardzo Wam tę Matyldę polecam (“Krowa Matylda bawi się w chowanego”)

7.) Najnowsza część przygód Matyldy zaprasza czytelników do śniegowej krainy.  Zbliża się Boże Narodzenie a krowa pomaga listonoszowi roznosić świąteczne paczki. Kiedy udaje się im dostarczyć wszystkie pakunki do właścicieli, krowa żegna się z listonoszem i wyrusza w drogę powrotną do gospodarstwa. Na swoim grzbiecie dzierży paczki – prezenty, które listonosz przygotował dla swoich przyjaciół – gospodyni oraz jej zwierząt z gospodarstwa. Wszystkie pakunki mają swoich konkretnych adresatów. Nasza bohaterka w drodze powrotnej się gubi. Robi się coraz ciemniej, a ona nie może znaleźć drogi do domu. Kiedy o zmroku szczęśliwie udaje jej się dotrzeć (czytaj “wlecieć”) do gospodarstwa, wszystkie misternie i pieczołowicie zapakowane oraz przygotowane przez listonosza prezenty wysypują się na śnieg. W efekcie na ostatniej stronie możemy zobaczyć, do kogo te przesyłki ostatecznie trafiły i do jakich celów zostały przez swoich właścicieli wykorzystane. Jest przy tym wiele śmiechu. Świetne to ćwiczenie dla spostrzegawczości, uważności w czytaniu, rozwijania wyobraźni. Bardzo polecam Wam najnowszą część “Krowa Matylda i śnieg”.

 

Dlaczego tak uwielbiamy z Lilą Krowę Matyldę?

1.) Bo to książka nie tylko do czytania. Powiedziałabym więcej. To książka głównie do oglądania. Przy przeglądaniu poszczególnych, bardzo zabawnych, abstrakcyjnych ilustracji można spędzić wiele czasu.

Jeśli chodzi o tekst, jest on dość krótki. Zdarzają się czasem zdania lub sformułowania nacechowane emocjami (“głupia krowo”, “wynoś się”), których nie używam. Wolę podpowiadać  Lilcij, jak można pewne rzeczy wyrazić inaczej, bez wyzywania lub sprawiania przykrości drugiej osobie po to, by mogła się uczyć, iż swoje emocje i złość można wyrazić na wiele innych sposobów. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że świat nie jest idealny i ludzi często ponoszą emocje, złość, prowadząc do używania słów, które mogą czasem zaboleć. W chwili obecnej czuję jednak, że wolę iść inną słownie drogą. Czy robię dobrze? Czas pokaże…

2.) Matylda to krowa z krwi i kości. Ma swoje radości, ma smutki i trudności. Dziecko bez trudu jest w stanie utożsamić się z pewnymi zachowaniami urokliwej bohaterki. Myślę, że dzieci lubią czytać o przygodach zwierząt i ich zmaganiach z codziennością.

3.) Krowa Matylda jest dobra na niepogodę i gorszy nastrój. Spędzony z nią czas nie jest stracony. Przyjaciele krowy – kury, świnie, kozy, psy i konie również mają wiele pomysłów. Gdy się na nich patrzy, uśmiech od razu pojawia się na twarzy. W tych książkach nikogo nie dziwi:

– kura robiąca na drutach

– kura w szaliku

– kura jeżdżąca na nartach

– widok kurzych skarpet, które czekają na gwiazdkowy prezent

– krowa w czapce i szaliku

– kura robiąca aniołki na śniegu

– świnka ślizgająca się na lodzie

– kura ubrana “po parysku” (w berecik i sweter w paski)

– kura siedząca na toalecie z gazetą w ręku

Kury zdecydowanie wiodą prym w największej ilości absurdalnych sytuacji, w których się znajdują. Dzięki nim można z dziećmi ćwiczyć spostrzegawczość, wyobraźnię. Zastanawiać się, czy kura rzeczywiście może puszczać latawiec lub załatwiać swoje potrzeby fizjologiczne w ludzkiej toalecie 🙂

Jeśli lubicie książki pełne nieoczywistości, zabawne, wesołe, z dużą ilością ilustracji to opowieści o krowie Matyldzie przypadną Wam do gustu. Zauważyłam, że ja sama lubię spędzać bardzo dużo czasu z poszczególnymi częściami i przyglądać się wielkiej ilości szczegółów. Za każdym razem w opisanych przeze mnie częściach znajduję coś nowego, co wcześniej mi umknęło.

Gdybyście zapytali, od której części warto rozpocząć przygodę z Matyldą, z trudem przyszłoby mi udzielenie odpowiedzi na to pytanie. Na “teraz” bardzo polecam Wam “Krowę Matyldę i śnieg”. Jest zabawna, zawiera dużo ilustracyjnych szczegółów, zachęca do ćwiczenia spostrzegawczości, wyobraźni. Pozostałe książki również.

A jeśli już znacie Matyldę lub dopiero ją poznacie, z wielką ciekawością czekam na Wasze opinie odnośnie tej urokliwej bohaterki 🙂

M!

 

 

Z nią nie grozi Wam nuda.

Czy Twoje dziecko zasłużyło? O wychowaniu do grzeczności…

 

Gdyby ten wpis powstał rok temu, z pewnością byłby bardziej skrajny niż w chwili obecnej. Dzisiejszy tekst nie wynika z chęci wymądrzania się lub narzucania swojego obrazu świata. Do rozmaitych doświadczeń dochodzę swoją indywidualną drogą, metodą prób i błędów. Nie boję się o nich pisać. Myślę, że każdy z Was to rozumie. Trudno byłoby znaleźć moment życia, w którym nie popełniamy błędów, nie mamy potknięć lub (aby inaczej to nazwać) nie odbieramy cennych życiowych lekcji. One najlepiej kształtują nas jako ludzi.

W dzisiejszym wpisie chciałam wspomnieć o grzeczności.

Dlaczego akurat o niej?

Ponieważ za kilkanaście dni Mikołaj, w związku z czym pokusa pojawi się wiele, wiele, wiele razy. U kogo się ona nie pojawia. Każdy człowiek, który ma potrzebę łatwości, spokoju, bycia słuchanym może chcieć zmienić zachowanie dziecka tymi kilkoma słowami. Tym bardziej, że okazja jest ku temu sprzyjająca.

– “Do jakich dzieci przychodzi święty Mikołaj?” – można by było zapytać najmłodszych.

Jestem ciekawa, jak wielu z nich odpowiedziałoby, że “do grzecznych”.

Wtedy zapytałabym ich:

– “A co to znaczy grzeczne dziecko?”

i poczekałabym na odpowiedź.

Spróbowałabym nauczyć ich tego, czego sama uczyłam się w ostatnich latach.

Chcecie wiedzieć, czego ja się nauczyłam o tak pożądanej “grzeczności”?

Że ona nie istnieje 🙂

A jeśli jest przez dorosłych wyuczona, to z reguły nie niesie ze sobą tego, co chcielibyśmy by niosła.

Czy chcielibyście jako dorośli być postrzegani jako grzeczni? Czy ta etykieta przeznaczona jest / powinna być tylko dla dzieci? Czy używając tego słowa nie mamy na myśli bardziej “pożądanego społecznie zachowania”?

W moim odczuciu grzeczność to pułapka. A raczej dążenie do grzeczności jest pułapką. Bo co ona właściwie oznacza? Że mam nikomu nie sprawiać kłopotu swoim zachowaniem? Że powinnam zachowywać się zgodnie z czyimś oczekiwaniem? Że mój gorszy nastrój lub zdenerwowanie oraz wynikające z tego niezbyt chlubne zachowanie doprowadzą do nazwania mnie “niegrzeczną”?

Zastanawialiście się nad tym, kiedy zwykle pada to słowo skierowane w stronę dziecka?

Zamknijcie na moment oczy. Zastanówcie się… Jakie zachowanie przyczynia się do używania tego słowa. Co robi dziecko nazywane “niegrzecznym”?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– Mówi nie?

A teraz zastanówcie się, jak zachowuje się dziecko (oraz człowiek dorosły), który przeżywa trudności. Ma trudne emocje – złość, zazdrość, żal, smutek, rozczarowanie, niepokój, lęk?

Ponownie zamknijcie oczy i zobaczcie swoje dziecko (lub siebie) w chwili, gdy po prostu jest mu/Wam źle. Np. wtedy, gdy inne dziecko zabrało mu zabawkę lub go ugryzło, gdy musi zbyt szybko (w jego odczuciu) opuścić plac zabaw, gdy musi skończyć przyjemną zabawę i iść się kąpać, gdy zostało niesłusznie o coś oskarżone, gdy słyszy trudne dla siebie słowa, których nie rozumie? Jak może się zachowywać takie dziecko? Co robi?

– Bije, kopie, rzuca zabawkami?
– Krzyczy, płacze, złości się?
– Mówi nieprzyjemne słowa?
– Trzaska drzwiami?
– Piszczy, szczypie, szarpie, kopie?
– Wychodzi do drugiego pokoju?
– Mówi, że wyprowadzi się z domu, że nie chce was widzieć, żebyście wyjechali do pracy?
– naśladuje Wasz sposób mówienia, gestykulowania oraz mimikę?
– mówi nie?

Jeśli oba rodzaje zachowań są podobne, spróbujmy się zastanowić, czy nie lepiej zmienić nasz komunikat, wysyłany w stronę dziecka. Skoro zachowania “niegrzecznego” dziecka są bardzo podobne do zachowań dziecka przeżywającego trudności, czy nie lepiej pomóc mu zrozumieć, co się z nim dzieje? I zwyczajnie to nazwać? Opisać to, co widzimy? Bez nadawania temu etykiety lub znaczenia? Bez oceniania? Stygmatyzowania, szydzenia, krytykowania, moralizowania, pouczania?

Czy zamiast “jesteś niegrzeczny” lub “bądź grzeczny” nie lepiej byłoby powiedzieć dziecku:

– “Widzę, że jest ci trudno.”
– “Widzę, że jesteś tak zdenerwowany, że masz ochotę kopać i bić”.
– “Widzę, że jesteś wściekły, że musimy już wracać. Z tej wściekłości masz ochotę krzyczeć i piszczeć?”
– “Widzę, że jest ci smutno, że Ania nie chce się z tobą bawić. Chce ci się płakać?”
– “Widzę, że ciężko ci teraz mnie słuchać. Masz ochotę powtarzać moje słowa i wszystko, co mówię.”

Czy takie mówienie jest łatwe?

Nie zawsze. Szczególnie wtedy, gdy sami jesteśmy w silnych emocjach. Gdy czujemy, że brakuje nam cierpliwości. Gdy mamy poczucie, że zachowanie dziecka z jakiegoś powodu wywołuje w nas silne uczucia, złe wspomnienia, złość i wściekłość.

Wówczas zdecydowanie łatwiej będzie skrócić komunikat skierowany w stronę dziecka po to, by “zaprzestało zachowania”, które wyzwala w nas mieszankę niechcianych myśli i uczuć. Łatwiej powiedzieć:

– “Ale ty jesteś niegrzeczny”.
– “Popatrz na Łukaszka, jaki on jest grzeczny”
– “Czy Basia zachowuje się tak niesfornie, jak ty?”
– “Oooo mój drogi. Jak ty się będziesz tak zachowywał, to w tym roku Święty Mikołaj na pewno do Ciebie nie przyjdzie. I co? Inne dzieci dostaną wymarzony prezent, a ty rózgę. Jak chcesz dostać coś od Mikołaja, musisz się słuchać”.

Małe dzieci biorą takie informacje za pewnik. Nierzadko są zalęknione i zastanawiają się, czy to, że krzyknęły do rodzica lub próbowały go uderzyć jest już wystarczającym powodem do otrzymania rózgi lub bycia pominiętym przez Mikołaja, który “widzi, patrzy”.

– “Matko, przecież nie zniszczę mojemu dziecku dzieciństwa, jak spróbuję je zdyscyplinować słowem “grzeczny”. No weźmy nie popadajmy w paranoję.” – mógłby się ktoś oburzyć.

Oczywiście, że nie zniszczymy dzieciństwa. Jeśli jednak możemy zrobić coś inaczej, komunikować się w sposób, który będzie bardziej służył drugiemu człowiekowi, to czemu nie? Jeśli cisną nam się na usta słowa, których moglibyśmy potem żałować, zróbmy STOP. Przyjrzyjmy się sobie. Otrzymujemy ważną informację o nas samych, o naszych potrzebach, o naszych tęsknotach, o naszych trudnościach. Otrzymujemy sygnał, iż warto, byśmy się sobą zaopiekowali.

Dodatkowo, za każdym razem, gdy w trudnym momencie pojawi się pokusa, by dziecko “spacyfikować”, “szybko zdyscyplinować” zadajmy sobie pytanie: “Czy gdybym był moim dzieckiem i przeżywał trudności, będąc na jego miejscu, chciałbym/chciałabym usłyszeć słowa, które właśnie cisną mi się na usta?” Dla mnie jest to zwykle wystarczający sygnał i podpowiedź, by wiedzieć, co robić.

Na koniec chciałam podać Wam bardzo namacalny przykład tego, że oprócz słów dla dzieci wielkie znaczenie ma intencja osoby dorosłej. Jej nastawienie, jej zdolność, umiejętność przyjmowania dziecięcych uczuć i zachowań.

W trudnej ostatnio sytuacji, moja córka zetknęła się z dwiema postawami osób dorosłych – tak podobnymi i różnymi jednocześnie.

Odczuwając strach i ból usłyszała od jednej pań wypowiedziane kojącym głosem słowa: “Nie płacz. Nie bój się. Wszystko będzie dobrze”. Pani się do niej uśmiechnęła, wysłała serdeczne, ciepłe spojrzenie, dała poczucie bezpieczeństwa.

Tego samego dnia, kilkadziesiąt minut później od innej pani usłyszała: “No nie płacz już. Nie ma co się bać. Tutaj od rana same beksy”. Powiedziałam Pani, że dziecko ma prawo płakać, gdy się boi i gdy je boli. I żadna z niej beksa. Pani, dość zaskoczona moją reakcją odpowiedziała krótko: “Oczywiście”.

Gdy rozmawiałam później z Lilą o tym, czego doświadczyła, ona sama powiedziała, że nawet pomimo faktu, że pierwsza pani mówiła “nie płacz” to nie było jej źle, bo czuła, że pani daje jej bezpieczeństwo i pociesza. Postawa drugiej natomiast sprawiła, że czuła się najzwyczajniej w świecie źle.

Często powtarzam Lilci: “masz prawo się: bać, płakać, popełniać błędy”.

Jeśli jednak usłyszy ona “nie bój się, nie płacz”, jednak będzie miała poczucie, że dana osoba okazuje wsparcie (przytuleniem, uśmiechem, serdecznym spojrzeniem), już wiem, że poczuje się bezpiecznie. Dlaczego? Bo w jej głowie będą brzmiały słowa, które dobrze zna “Masz prawo…”. Jednocześnie czując intencję drugiej osoby, chęć pocieszenia, będzie w stanie odzyskać równowagę.

Dlaczego piszę o tym na koniec?

Ponieważ sama doszłam do tego, że nie zniszczymy dziecku życia źle dobranymi słowami. Że każdą komunikację można poprawić, uczynić lepszą. Można i zdecydowanie warto nad tym pracować. Powtarzam to sobie za każdym razem, gdy zdarza mi się zapomnieć, użyć słów, które nie są tak potrzebnym dla niej wsparciem. Okażmy sobie wyrozumiałość. Gdy trzeba, przeprośmy dziecko i wyjaśnijmy mu, że nie chcieliśmy naszymi słowami sprawić mu przykrości. Dziecko z chęcią to usłyszy i zapamięta. Będzie wiedziało, że następnym razem postaramy się inaczej wyrażać nasze myśli. Tak, by go nie ranić.

Nie ma jednoznacznych odpowiedzi, nie ma jedynie słusznego postępowania. Jest DROGA, którą kroczymy jako ludzie, jako rodzice. Na tej drodze zdobywamy doświadczenie, uczymy się, upadamy, czasem zadrapiemy sobie ręce i kolana. Czasem dłużej poleżymy. Jednak nie warto się poddawać. Dobra, oparta na szacunku komunikacja MA SENS. Jest potrzebna. Przynosi efekty. Daje rezultaty. Daje siłę – zarówno dziecku, jak i osobie dorosłej. Nawet jeśli w danym momencie tego nie widać, przychodzi dzień, w którym słyszymy z ust dziecka: “Mamusiu, masz prawo…”, “Mamusiu, nie szkodzi…”, “Mamusiu, chodź przytulę cię, bo widzę, że ci ciężko”, “Mamusiu, wiem, że nie zrobiłaś tego specjalnie”. I nie jest to absolutne odwrócenie ról. Dziecko w ten sposób daje znać, że przyjęło cenne dla siebie lekcje i posyła je dalej.
M!

Bo w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy do siebie podobni

Od kiedy przestałam pisać już tylko do przysłowiowej szuflady, w mojej głowie wielokrotnie pojawiają się burze. Zamieszkują wątpliwości.

“Dziewczyno, po co? Nie za dużo? Nie za szczerze? Nie nazbyt odważnie? A to, co piszesz jest już zbyt prywatne, czy jeszcze do przełknięcia A o czym w ogóle jest Twoja Mowosfera? To jeden wielki MISZ – MASZ. ? Czy tych ludzi w ogóle to interesuje? Owszem, lubisz pisać, ale co jeśli nie zostaniesz zrozumiana? Co jeśli ocenią, osądzą, będą krytykować?”

Krytyka to przecież rzecz ludzka, a jak boleć potrafi… Potrafi też znacznie przyspieszyć rozwój. Uczy pokory. Czyni silniejszym, jeśli wyciągniemy z niej lekcję… Bolesną, lecz potrzebną.

Życie jest nieustannym balansowaniem. POMIĘDZY jednym a drugim. POMIĘDZY pragnieniem sukcesu a szukaniem świętego spokoju. POMIĘDZY chęcią zrobienia czegoś ważnego, przydatnego, pożytecznego, a potrzebą nie robienia niczego. POMIĘDZY marzeniem, by być poważanym, szanowanym a potrzebą popełniania błędów bez panicznego strachu przed osądem innych.

Tak. POMIĘDZY to moje ulubione ostatnio słowo. Takie mi bliskie i takie prawdziwe. Odzwierciedla pewien stan zawieszenia, oczekiwania, odpoczynku, odpuszczania. Samej sobie. I innym. Znów samej sobie. I samej sobie po raz kolejny…

Pragnienie robienia wszystkiego perfekcyjnie przez bardzo długi czas przeszkadzało mi w podejmowaniu działań. Trzymało w miejscu. Mówiło: “Jeszcze nie czas, nie jesteś gotowa. Powinnaś się douczyć, dowiedzieć. A co, jak się okaże, że z posiadanymi kwalifikacjami jeszcze nie wiesz wszystkiego? Nie będziesz umiała udzielić odpowiedzi? Co powiesz: “Ja nie wiem?” To co sobie o Tobie ludzie pomyślą?” Jest to jedna z najbardziej przeszkadzających myśli => “Co ludzie pomyślą? Co ludzie powiedzą?”

Ludzie mówią. Mają swoje poglądy, oceny, wartości, w które wierzą. Mają indywidualne możliwości przyjmowania odmiennego zdania. Mają mniejsze lub większe poczucie własnej wartości. Często sami wątpią w to, co robią. Często wiele od siebie wymagają i czują frustrację, gdy nie uda im się zrealizować postawionych sobie celów. Mają plany. Mają marzenia…
Dziś, kiedy myślę sobie o tym wszystkim, towarzyszy mi głębokie przekonanie o tym, że w gruncie rzeczy każdy z nas (choć taki inny, indywidualny) jest bardzo do siebie podobny.

Przychodzi na świat, w którym w trakcie dzieciństwa zbiera rozmaite doświadczenia. Doświadcza rozmaitych sytuacji, spotyka różnorodnych ludzi – nauczycieli, przewodników, inspirujących, dających lekcje (niektórym towarzyszą przyjemne emocje, innym ból i złość).

Każdy z nas, bez wyjątku, chce być szczęśliwy. Każdy próbuje. Każdy chce COŚ osiągnąć. Poszukując swojej drogi.

Szczęśliwcem nazywam człowieka, który wie od początku. Co chciałby robić. I konsekwentnie podąża w celu realizacji swojego marzenia.

Jednak wielu ludzi nie wie… I wciąż szuka. Bywa, że przez dużą część swojego życia. Błądzi, podejmuje próby, eksperymentuje. Z jednym, wiodącym celem. By robić to, co będzie dawało radość. Im samym i innym. Co będzie pożyteczne. Lub przynajmniej nieszkodliwe. Ilu z nas obiera jeden kurs i w trakcie swojej drogi uzmysławia sobie, że to nie to…. Że ta droga była tylko po to, by doprowadzić nas do kolejnej i teraz trzeba już skręcić. Iść inną ścieżką… być może do kolejnej.

Nie ma jednego, jedynie słusznego, dopasowanego do każdego człowieka sposobu życia, myślenia, funkcjonowania. POMIĘDZY jednym a drugim skrajnym kolorem bywa tak wiele innych, cudownych odcieni. I każdy z nich jest potrzebny i może dawać radość.

Coraz bardziej utwierdzam się w myśli, że wszystkie podejmowane przeze mnie w życiu aktywności mają i miały sens. Były i są PO COŚ. Nie zawsze są CELEM samym w sobie, ale jak często powtarza mi Mąż drogą co CELU. Nie oznaczają zmarnowanego czasu, lecz dają coś najcenniejszego – wiedzę, doświadczenie, lepsze rozumienie siebie.

Fakt, że tutaj jestem, że od ponad roku tworzę to miejsce, dla mnie samej oznacza, że (pomimo różnych momentów, wątpliwości, pytania o sens) to, co robię, jest dla mnie ważne. Codziennie czuję wdzięczność. Że jesteście tu ze mną. Że dołączacie, że chce Wam się czytać tak długie wpisy. Że komentujecie, że piszecie prywatne wiadomości. Że z częścią z Was jestem w stałym, serdecznym, budującym, uskrzydlającym i motywującym do działania, nie poddawania się kontakcie.Ciągle powtarzam, że największą wartością, jaka wynika z mojego miejsca, z istnienia Mowosfery, są RELACJE. To, co przyświeca mojemu miejscu od samego początku i co jest jedyną, niezmienną myślą: Rozwój – Relacja – Komunikacja.

Sama Mowosfera zmienia się tak, jak ja. Jeszcze nie wiem, w jakim pójdę kierunku. Jeszcze nie wiem, co będzie mi najbliższe. Wiem jednak, że w swoim czasie znajdę odpowiedź. I Wy to tutaj zobaczycie. I Wy to tutaj znajdziecie. I, mam nadzieję, że wciąż tutaj będziecie. Bo Wy, tak jak ja, również macie swoje marzenia. Chcecie COŚ osiągnąć, chcecie zrealizować postawione przed sobą cele, chcecie zrobić COŚ WAŻNEGO, chcecie coś po sobie na tym świecie zostawić.

Zapewne, podobnie jak ja, miewacie momenty zwątpienia, frustracji, pokusę zrezygnowania. Być może czasem wstrzymuje Was w miejscu nie tyle wygórowany cel, a porównywanie z innymi, którym (w Waszym odczuciu może być lepiej. Być może myślicie, że Ci INNI lepiej sobie radzą i są od Was “si”, czyli “mądrzejsi, bystrzejsi, piękniejsi, skuteczniejsi, lepsi”. Nic jednak o tych INNYCH nie wiemy. Zapewne oni również mają powieki ciężkie od obserwowania INNYCH. Być może niektórzy z nich są krok dalej i nie patrzą na INNYCH, lecz na SWOJE plany, cele, swoje pasje, które prowadzą ich drogą prostą. Do ICH celu.
My – ludzie – tak do siebie podobni w swoich pragnieniach, dążeniach, potrzebach – tak pięknie potrafimy się jednak różnić. I o ile życiowe marzenia mogą (różnymi sposobami) gdzieś nas prowadzić, to każdy z nas robi to indywidualnie. Wykorzystując SWÓJ potencjał. Swoje możliwości i umiejętności. Swoją osobowość. Swój głos. Swoją mowę. Swoje myślenie. Nie ma dwóch takich samych osób. Mogą być podobne potrzeby. Oraz różnorodne, rozmaite drogi do ich realizacji. Na tym świecie jest miejsce dla każdego.

Ostatnio dużo nad tym wszystkim rozmyślam… Tak refleksyjnie i nostalgicznie jest w mojej głowie. I takie też są przygotowywane przeze mnie teksty. Obiecuję, nie będzie tak zawsze 🙂 Wolę jednak, żeby było prawdziwie i autentycznie. Być może wśród Was są osoby, które myślą i czują podobnie. Być może są takie, które mają SWÓJ czas. Wspaniale 🙂Jak dobrze, że możemy okazywać sobie empatię i zrozumienie, gdy mierzymy się z podobnymi wyzwaniami. Jak dobrze, że możemy cieszyć się radością i sukcesami innych, jednocześnie wiele od nich ucząc i czerpiąc inspirację. Dlatego pamiętajmy….

“Nie życzmy innym źle. Nie porównujmy się z nimi. Po prostu chciejmy dobrze dla siebie i róbmy to, co będzie dawać NAM radość, jednocześnie nie raniąc innych. Próbujmy spełniać SWOJE marzenia. Bo właśnie wtedy, kiedy zamiast na innych, skupimy się na sobie, w naszym życiu może nastąpić przełom i wydarzy się COŚ NIEZWYKŁEGO”.

Tego właśnie Wam życzę.
M!

To właśnie ja…

Moje ostatnie poranki są do siebie bardzo podobne… Otwieram oczy i sprawdzam: “Boli tak samo, czy nieco mniej?”, jednocześnie zastanawiając się, czy odzyskiwanie formy zmierza w dobrą stronę. Zza drzwi dobiegają mnie rozmowy Marka i Lilci. Jej radosne pokrzykiwania w trakcie szykowania się do przedszkola…

Po chwili (tak, tak, dzieje się tak codziennie 🙂) słyszę kroki do pokoju, w którym leżę. Wchodzą ONI. Każde trzyma coś w ręku.ON zwykle talerz z kanapkami, dwa kubki termiczne (jeden z herbatą a drugi z kawą), obrane jabłuszka i witaminy. ONA rysunek, który chwilę wcześniej dla mnie zrobiła.Dziś otrzymałam uroczego kotka podpisanego, jak zawsze, “Dla Mamy”.

Od kiedy uczę ją czytać (bo bardzo mnie o to prosiła), wszędzie znajduje sylaby: Ma, Mo, Me, Mu, Mi, My…. Możecie sobie wyobrazić, jaką miała radość rozpoznając wyrazy w książce, którą czytałyśmy wczoraj do snu – “Wigilia Mamy Mu i Pana Wrony”.Świetna ta książka, choć mamy ją od dawna, dopiero teraz nas bawi i umila wieczory.Do tego stopnia, że wczoraj, zamiast usypiać, śmiałyśmy się w głos z tego, co ten Pan Wrona nawymyślał 🙂 Wiecie kiedy wiem, że książka bardzo JEJ się spodobała? Gdy w zaledwie chwilę po skończeniu lektury słyszę: “Mama, jeszcze raz”. Ucieszyłam się, że doceniła mój wysiłek.Starałam się być naprawdę wiarygodnym Panem Wroną i w tym celu nawet głos zmieniłam 🙂

Wracając do powyższego… nawet jeśli poranek zaczyna się jak kolejny dzień świstaka… nawet jeśli wiem, że przede mną długa droga powrotu do formy, to cieszą mnie małe rzeczy, wielkie gesty (troska bliskich i to, jak się mną opiekują).Cieszy mnie pierwsza, po długim czasie załadowana pralka, cieszy fakt, że zdążę wyjść do kuriera, by odebrać przesyłkę, że uda mi się chwilę posiedzieć…

A dlaczego to zdjęcie? Pomimo, że zrobiłam je wczoraj, nic nie traci na swojej aktualności…
Dlaczego takie? Ponieważ wychodzę naprzeciw temu, co idealne… Bo tak wyglądam z rana, tak często wyglądam w trakcie całego dnia. KOK jest zwykle bardziej “chlujny” niż ten z wczoraj. Taka czuję się często najbardziej prawdziwa… co nie oznacza, że nie lubię dobrze wyglądać i zadbać o siebie ?

PO prostu chodzi mi o to, że naprawdę nie zawsze musi być idealnie  Bo samo życie jest barwne, zmienne i często prawdziwie rozczochrane 

A Wam zdarza się w sposób rozczochrany kroczyć przez Życie?

Dobrego dnia Kochani 
M!

“Zabiorę Cię właśnie tam… ” – o tym jak LIŚĆ odkrywał DOBRO…

Trzymam w rękach książkę wyjątkową. Myślę, że każda osoba, która czyta regularnie moje wpisy mogłaby postawić mi pewien zarzut: “OK Magda, ale jak mam wybrać książkę godną uwagi, skoro u Ciebie wszystko jest: “niesamowite, niezwykłe, cudne, wspaniałe, wyjątkowe” itp.”

Miałaby rację ta osoba…  Wiele opisywanych przeze mnie rzeczy jawi mi się właśnie jako coś szczególnego, coś, do czego lubię i chcę wracać, ciesząc się, że TO COŚ jest w moim domu. Że mnie otacza, wypełnia moją przestrzeń, umila zmagania z codziennością lub zwyczajnie… daje szczęście.

Jest we mnie dużo wdzięczności, zachwytu nad możliwością cieszenia się obecnością książek w moim domu i życiu.

Oddzielne półki wypełniają publikacje z motywem świątecznym. Na innych stoją pomoce logopedyczne, na kolejnych książki obrazkowe. Wiem, gdzie mogę sięgać, szukając interesującej mnie tematycznie propozycji.

A gdzie znajdzie się “Liść” Julii Rozumek?

Oj… mam problem z właściwym ulokowaniem tej książki w swoim domu. Dlaczego?

Bo czuję, że nie jest to książka tylko dla dzieci. Uważam, że wielu dorosłych może cieszyć swoje oczy zarówno treścią, jak i przepięknymi ilustracjami. Świadomie napisałam: “przepięknymi“. Katarzyna Stróżyńska – Goraj nadała słowom Julii bajeczną formę – taką, która czyni “LIść” książką podwójnie wyjątkową. Przyznam się Wam szczerze, że gdyby udało mi się spełnić marzenie o własnej publikacji, marzyłoby mi się, żeby pojawiły się w niej podobne w stylu ilustracje.

Ja “Liść” bardzo lubię nie tylko czytać, ale również oglądać. Dlatego tak bardzo kusi mnie  zamówienie u Julii kilku ilustracji, które ozdobiłyby ścianę mojej sypialni lub Lilci pokoju.

Wśród nich jest ta, którą z chęcią widziałabym w swojej kuchni. Wiecie która? Jedna z pierwszych w książce, z dziewczynką stojącą w lesie… z liściem na twarzy.

Jej mina, postawa, zamknięte oczy , rozwiane włosy ukazują pewien rodzaj wolności, pogodzenia się z warunkami, w których się znajduje. Na ilustracji znajduję spokój, umiejętność dostrzegania pozytywnych stron pory roku, która nadeszła… To jest moja, osobista interpretacja… TO widzę w tej ilustracji.  Każdy z Was dostrzeże w niej zapewne coś innego, zgodnego z Waszym aktualnym stanem, uczuciami, potrzebami.

Wiecie, którą ilustrację chciałabym oglądać CODZIENNIE, w dużych ilościach? Tę, w której wypełniony trudnymi emocjami chłopiec tuli się do swojej Nauczycielki, która równie dobrze mogłaby być jego Mamą.

Ilustracja ta i towarzyszący jej tekst jest jedną z moich ulubionych. Chciałabym, aby w naszym domu  nikt nie bał się okazywania uczuć, w szczególności trudnych emocji. Aby każdy wiedział, że niezależnie od okoliczności, może liczyć na ciepło, przytulenie, bliskość. Wsparcie i towarzyszenie w trudnościach.  Julia, jak wspaniale, że pomyślałaś o tym, aby z poszczególnych ilustracji zrobić obrazki, które można u Ciebie kupić właśnie po to, by postawić na biurku, powiesić na ścianie i prawdziwie się nimi zachwycać. Chłonąć kolory oraz przekaz, który poprzez nie płynie.

“No dobrze, ilustracje ilustracjami… ale o czym jest “Liść”? – ktoś z Was mógłby zapytać.

“Liść” to podróż – najkrócej Wam odpowiem… To wyprawa zarówno w rozumieniu dosłownym (liść spada z drzewa i ląduje w/na różnych miejscach (ludziach), obserwując życie, codzienność osób, którym towarzyszy) jak również metaforycznym (mnie zachęcił do głębszego wejrzenia w siebie, refleksji, przemyśleń. Prawdziwie wzruszył.)

Pierwsza strona to bardzo poetycki opis jesieni, z wyszczególnieniem charakteryzujących ją barw i bogactwa kolorów. Julia z dużą lekkością i swobodą opisuje liście poszczególnych drzew (dzięki niej utrwaliłam sobie ich nazwy, a nawet zajrzałam do Internetu, by zobaczyć, jaki jest kształt i wygląd poszczególnych liści). Każdy z nich wykonuje na wietrze inny przypisany mu taniec (walca, cza-czę, fokstrota), opadając na ziemię w indywidualnym dla siebie tempie i rytmie. Bardzo lubię czytać stronę z opisem opadających liści. Często do niej wracam i wyobrażam sobie, jak pokonują przypisaną im trasę…

I tak oto… na kolejnej stronie pojawia się ON – główny bohater opowieści. Liść miłorzębu o bajecznym, falbaniastym kształcie. W kolorze złotobrązowego piasku. Ogonkiem do dołu 🙂

Ląduje na policzku dziewczynki w czerwonych kowbojkach. Na kolejnej stronie mamy piękny przykład dziecięcej ciekawości i uważności. Co mógłby zrobić dorosły, na którego policzku spocząłby “zwykły, natrętny liść”? Prawdopodobnie pospiesznie, z pewną dozą zaskoczenia lub irytacji zdjąłby go z twarzy i rzucił przed lub za siebie. Ale nie dziewczynka. Ona chwyta ten liść w rękę i bacznie się mu przygląda. Zwraca uwagę na jego oryginalny i niecodzienny kształt. Rozgląda się dookoła, próbując znaleźć drzewo, które się z nią tym liściem podzieliło… Nie wyrzuca go, lecz wkłada (ogonkiem do dołu) do kieszeni swej kurtki.

Tym samym liść rozpoczyna swoją podróż. Jest świadkiem powrotu dziewczynki do domu, zadymionego od przypalonych przez mamę naleśników. Mama energicznie macha do dziewczynki, by za chwilę uspokoić ją słowami : “To nic takiego“…

Myślę sobie o wszystkich sytuacjach, w których zdarza się nam – dorosłym – czynić dramat z różnych niepowodzeń (“Jejku, znów mi się nie udało. Ja to jestem łamaga. Ale jestem rozkojarzona i chaotyczna. Nie mam do siebie sił. Nigdy się nie zmienię. Inni mają ze mną sto światów zamiast jednego, spokojnego” – to natrętny, wewnętrzny głos wielu z nas).

Czasem warto sobie powiedzieć: “To nic takiego. Dziś mi się nie udało. Jutro będzie lepiej, przyjdzie nowy dzień.” i iść dalej. Energicznie, z uśmiechem i zgodą na mniejsze lub większe błędy, potknięcia.

“Liść” to podróżnik. Nie zostaje w jednym miejscu na dłużej. Kiedy odbiera cenną dla siebie lekcję, z pomocą podmuchu wiatru zmienia swoją lokalizację. Ponieważ dowiedział się, jak można radzić sobie z niepowodzeniem, przeniósł się w inne miejsce, w pobliże domu, przed którym (na ławce) siedział przejmująco smutny chłopczyk.

Dlaczego jest w takim stanie? Ponieważ swoimi słowami sprawił koledze przykrość (nazwał go “leniem”). Kolega wsiadł na rower i odjechał a chłopiec został z poczuciem winy i smutkiem. Do chłopca podszedł jego Tata, który właśnie wrócił do domu. Pochylił się nad Synem i zapytał o przyczynę łez. Rozpoczyna się wyjątkowa rozmowa… Jaką lekcję odbiera liść dzięki towarzyszeniu chłopcu i jego Tacie? Dowiaduje się, jak z uważnością można słuchać drugiego człowieka, jak można przyjmować jego emocje (smutek, żal) oraz łzy. Jak na te łzy można reagować, pozwalając im się wylać. Jak bywają oczyszczające i pomocne (niezależnie od płci). Tato nie poucza, nie moralizuje, nie prawi długich kazań. W prostych słowach ukazuje sens życia i ludzkich relacji, dodając: “Jeśli przeprasza się kogoś naprawdę, to można tym wszystko naprawić“. Liść miłorzębu “pomyślał, że słowo “przepraszam” ma wielką moc. Że czasami może złagodzić to, co złe, i na nowo odbudować to, co dobre.” Jaka to piękna, życiowa lekcja.

Hej, ale przecież nie każde przepraszam potrafi złagodzić to, co złe. Nie zawsze naprawi daną sprawę” – ktoś z Was mógłby się oburzyć i zaprotestować. “Zdarzało mi się już kogoś przepraszać, a mimo tego ta osoba dalej była urażona” – mógłby ktoś dodać.

Tak… Może i tak się zdarzyć. Jednak po stronie tej osoby pozostaje to, co z naszym “przepraszam” zrobi. Być może potrzebuje czasu, być może poczucie krzywdy i żal są w niej zbyt duże i świeże…W grę jednak zawsze wchodzi… CZAS, o którym również Tato wspomina, mówiąc do Syna: “Teraz pozostaje nam tylko czekać, aż Józkowi minie złość i zapomni“. Czas…

Kolejny podmuch wiatru przenosi liść miłorzębu  na oko, na którym zostaje przez kilka dni, obserwując z ciekawością, jak można się troszczyć o starszą osobę.

Widzi kobietę i dziewczynkę, które spędzają z Babcią czas, dbając o nią najlepiej, jak tylko potrafią… Nakrywają ją kocem, wkładają na stopy ciepłe kapcie, zdejmują okulary. Liść dowiaduje się jak, pomimo świadomości przemijania, można cieszyć się wspólnie spędzanymi chwilami i radować, wzajemnie wypełniając. Czego jeszcze nasz bohater dowiaduje się  podczas swojego kilkudniowego pobytu na szybie? Że dziecko najszybciej, najskuteczniej uczy się przez obserwację i dobry przykład. Że będąc świadkiem pięknej opieki kobiety nad Babcią, mała dziewczynka, zostając z nią sama, w niezwykle rozczulający sposób odtwarza codzienny rytuał, którego była świadkiem: nakrywa Babcię kocykiem, próbuje nakładać jej kapcie, zdejmuje okulary”. Opis tej sceny jest dla mnie wzruszający.

Moim zdecydowanie ulubionym zapisem z podróży liścia po życiu jest moment, w którym dociera on na szkolne boisko i jest świadkiem reakcji dzieci na wynik rozegranego chwilę wcześniej meczu.

Jeden chłopiec jest bardzo rozczarowany, że jego drużyna przegrała. Miotany wściekłością zaczyna kopać plecak. Krzyczy i płacze, czyli robi wszystko to, co wściekli ludzie potrzebują robić, aby ich złość zmniejszyła swoje natężenie. To, czego przyjmowanie sprawia dorosłym trudność i jest dla nich wyzwaniem. Wyrażanie złości przybiera często postać nieakceptowanych społecznie zachowań, które chce się zdusić w zarodku, przerwać. Gdyż są trudne, bolesne, męczące.  Liść obserwuje i widzi, że chłopcu nikt nie mówi: “Uspokój się. Przestań. Nie płacz. Jak się uspokoisz to przyjdź. Trzeba się umieć godzić z przegraną. Ty nie umiesz przegrywać. Jak dasz sobie radę w życiu.” itp. Po raz kolejny nie doświadczymy tu moralizowania, pouczania, negowania i piętnowania dziecięcych, ludzkich emocji, uczucia zawodu, rozczarowania… Mamy szansę nauczyć się, jak warto wspierać drugiego człowieka (niezależnie od jego wieku oraz płci).

Nauczycielka w pierwszej kolejności zajmuje się DUCHEM chłopca, odsuwając na bok zachowanie. Daje mu wsparcie. Mocno go przytula. W jej ramionach chłopiec może się wypłakać, stopniowo  wracając do równowagi, uspokajając się. Dzięki takiej możliwości wyrażenia złości, żalu, zawodu, chłopiec się uspokaja i jedynie jego łzy pokazują, czego chwilę wcześniej doświadczył. To łzy ulgi. Dobre, potrzebne, oczyszczające łzy.

Zaskoczony chłopiec pyta swoją nauczycielkę o to, dlaczego go przytula. “By złagodzić twój gniew (…) I by ci pomóc” – odpowiada ONA.

Na co chłopiec ze zdziwieniem dodaje, że “takie dzieci zwykle złoszczą dorosłych“.

Słowa nauczycielki, które słyszy chłopiec BARDZO mnie wzruszają.

Wiesz, nietrudno jest być obok dzieci, gdy się smucą, gniewają i dąsają. Wtedy potrzebują nas, dorosłych, o wiele bardziej. Byśmy im pomogli im sobie z tym gniewem radzić. (…)

“Tylko teraz musisz mi obiecać, że następnym razem, kiedy znów się tak poczujesz, nie będziesz kopał w plecak…

Nie kończąc zdania pomyślałam sobie: “Oho, czyli jednak nauczycielka go pouczy.Przedstawi sposoby na radzenie sobie ze złością, kładąc główny nacisk na mile widziane zachowanie“.

Ona jednak daje chłopcu lekcję wsparcia i uczy, jak odnaleźć się w skomplikowanym świecie trudnych uczuć, mówiąc:

“… a od razu przybiegniesz się przytulić i powiesz, że jest ci źle.” Jejku, jaka to piękna, lekcja wspierania drugiego człowieka. Jaka wzruszająca. Nauczycielka oferuje swoje ręce, uścisk, przytulenie jako najpiękniejszy rodzaj dawania pociechy, kojenia bólu, trudności.

Liść dostrzega, że jest to niezwykłe i niecodzienne. Że takich ludzi często się nie spotyka,, co potwierdzają jego myśli: “Chciałbym być zakładką w dzienniku takiej nauczycielki“. Po czym wyrusza w dalszą drogę…

Kochani, tutaj czas przerwać moją recenzję. Dlaczego? Chciałabym, abyście kupując tę przepiękną książkę mieli przyjemność z czytania i odkrywania uroków podróży głównego bohatera. Chciałabym, abyście mieli szansę odczytać lekcje, które otrzymuje liść indywidualnie, biorąc dla siebie to, co będzie dla Was najważniejsze i Wam najbliższe. Powiem tylko, że z opisem dotarłam zaledwie do połowy książki. Liść miłorzębu trafi jeszcze do plecaka (a tym samym do wspierającej się rodziny), do domu dziewczynki, która miała MARZENIE, do sklepowego straganu. na leśną polanę, zataczając koło i ostatecznie trafiając do… (tego dowiedzie się już dzięki lekturze książki).

Na koniec chciałabym się z Wami podzielić słowami, które na długo we mnie pozostały:

“Liść miłorzębu (…) pomyślał, że miłość może mieszkać w każdym domu.

Może skrywać się w krótkich chwilach i w kilku słowach.

W małych uczynkach, w dotyku, w oczach bliźniego.

Miłość może istnieć w ciszy.

Trzeba się pilnie przypatrywać i dzięki temu ją odnaleźć.

A potem pielęgnować jak kwiat. Tę miłość podlewać i wystawiać do słońca”.

 

Dodatkową atrakcją (dla małych dzieci szczególnie) może być zabawa w wyszukiwanie liścia na poszczególnych stronach książki. Lila, zanim rozpoczynałam czytanie opisu kolejnej podróży  prosiła o przerwę i uważnie przyglądała się ilustracjom, próbując znaleźć bajeczny w kształcie liść miłorzębu.

Kochana Julio! Chciałam Ci bardzo podziękować za tę opowieść. Za wzruszające lekcje, które wraz z liściem mogłam odbierać. Za przepiękne ilustracje. Za to, że tak życzliwie podeszłaś do mojej prośby i przed wysłaniem książki wypisałaś wzruszającą dedykację dla Lilci (tego samego bym mojej Córce życzyła :*).

Czekam na kolejne Twoje książki. Czuję, że Liść będzie wyjątkowym towarzyszem w czytelniczym życiu mojej Lilci i… że będzie przekazywała go dalej, kolejnym pokoleniom. W naszym domu z pewnością zajmie miejsce szczególne.

M!