“Jedz, ci zupa stygnie” – czyli jak towarzyszyć w rozmowie (recenzja książki M. S. Sorensen –> “Słyszę cię” )

Mama: “Co się stało?”

Syn, Adaś Miauczyński wchodzi do kuchni. Całuje swoją mamę dwa razy  w rękę i raz w policzek. Nie zdąża z udzieleniem odpowiedzi, ponieważ mama, niedługo czekając na odpowiedź mówi:

Mama: “Zjedz coś.”

Adaś: “Mamo, nie jestem głodny. Uderzyłem się w skrzynkę”.

Mama: “W skrzynkę? Zupy zjedz talerz, gorącej… Pomidorowa. Przynajmniej dobra”.

Adaś: “Mamo, nie chcę zupy na listy. Chcę z mamą porozmawiać.”

Mama: “Na listy? Możesz rozmawiać i jeść.”

Adaś: “Mamo… nie chcę jeść. Nie dokończyłem dziś lekcji mamo”.

Mama: “Dokończysz kiedy indziej. Zjesz… Jak nie dokończyłeś?”

Adaś: “Bo pierdzieli”.

Mama: “Nie mów tak.”

Adaś: “Prykali”.

Mama: “Nie mogłeś im czegoś powiedzieć?”

Adaś: “Co powiedzieć? Komu?”

Mama: “Ja bym im powiedziała.”

Adaś: “Mama ma na wszystko recepty, z którymi człowiek nie wie, co ma robić. Po każdej radzie mamy czuję się jeszcze gorzej. Wyszedłem dziś w środku z lekcji.”


Mama: “Taka praca dobra”.

Adaś: “Zła.”

Mama: “Lubisz ją”.

Adaś: “Nienawidzę”.

Mama: “Gdybyś nie odszedł z uczelni, już byłbyś profesorem”.

Adaś: “Nie, byłbym naukowcem”.

Mama: “Więc nie wiem, jak ci pomóc… Jedz… może mało soli?”

Adaś: “Muszę odpocząć, Mamo. Odpocząć. Na dobre.”

Mama: “Jasne, że odpocząć.”

Adaś: “Mama mnie wcale nie słucha.”

Mama: “Oczywiście, że słucham. Odpocząć.  Możesz teraz.”

Adaś: “Właśnie o to chodzi, że nie mogę. Bo nie potrafię odpoczywać.”

Mama: “To już nie wiem. Albo pieprzu trochę… Pieprz niedobrze na nerki…”

Adaś: “Jestem taki zmęczony.”

Mama: “Jasne, że zmęczony. Połóż się trochę… Czym jesteś zmęczony? Znowu?”

Adaś: “Wszystkim. Sobą. Życiem.”

Mama: “Życiem? Jesteś młodym człowiekiem jeszcze.”

Adaś: “Mam 49 lat. 7 razy 7.”

Mama: “49 lat… ja mam 70 lat. 10 razy 7. Całe życie masz jeszcze przed tobą. Gdybym ja miała życie przed sobą…”

Adaś: “Mama już miała życie przed sobą. Też nie będę miał dwóch żyć…”

Mama: “Zupa ci wystygnie”.

Adaś zawiesza się na moment, spogląda w swój talerz, po czym zrezygnowany, wzdychając sięga po kromkę chleba. Kładzie ją obok talerza i zaczyna smarować masłem. Mama doradza:

Mama: “Musisz je tak SKROBAĆ, bo jest zmarznięte i się lepiej rozsmaruje”.

Zrezygnowany, wzdychający Adaś mówi:

Adaś: “Dobrze mamo, skrobię. Zawsze skrobię i zawsze słyszę, że trzeba skrobać! Ja już tego nie mogę słuchać!” – mówi ON i zakrywa sobie uszy dłońmi.

Mama: “Chciałam tylko powiedzieć, że trzeba skrobać, bo zmarznięte.”

Adaś skrobie masło…

Mama: “Zrób sobie górne światło”.

Adaś: “Mamo. Robię sobie takie, jakie potrzebuję.”


Mama: “Ale mnie to nie przeszkadza”.

Adaś: “Ale tu chodzi o mnie! Nie o mamę. Dziesięć tysięcy razy powtarzałem mamie, że nienawidzę górnych świateł.”

Mama: “Pierwsze słyszę”.

Adaś: “Bo mnie mama nigdy nie słucha!”

Mama: “Zawsze ciebie słucham”.

Adaś: ” Nigdy. Mam wrażenie, że ani jednego zdania, które… przez całe życie… słowa jednego… kiedykolwiek… nie słuchała mama mojego.”

Długa cisza… Mama zwiesza głowę, po czym unosi ją i kieruje uwagę na zranioną głowę syna, pytając:

Mama: “Odkaziłeś to chociaż? Jedz, ci zupa stygnie.”

Adaś: “Tak, tak. Neomecyną… Zupa… zupa, zupa.

Powyższy zapis rozmowy między głównym bohaterem filmu Marka Koterskiego “Dzień świra”  – Adasiem Miauczyńskim a jego mamą jest bardzo wymowny. Scena ukazująca ich spotkanie jest jedną z moich ulubionych. Wcale nie dlatego, że ukazuje bliskość pomiędzy ludźmi, ale dlatego, że w sposób modelowy przedstawia, jak nie powinny wyglądać rozmowy. Lub jak często, pomiędzy różnymi ludźmi, rozmowy wyglądają. Ta scena jest idealnym przykładem różnicy pomiędzy słuchaniem a słyszeniem drugiego człowieka.

Można mieć rewelacyjny słuch i być w stanie z niemal 100% dokładnością powtórzyć słowa wypowiadane przez rozmówcę, jednocześnie ich nie analizując. Nie wsłuchując się w przekaz, który ze sobą niosą. Nie dostrzegając w nich osoby, która czuje, przeżywa, doświadcza życie na SWÓJ indywidualny (często odmienny od naszego) sposób.

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się rozmawiać z kimś, widząc, że ta osoba na Was patrzy, potakuje głową na potwierdzenie tego, że Was słucha, mając jednocześnie poczucie, że jest gdzieś indziej? Że jej myśli błądzą w przeciwnych do tematu rozmowy kierunkach i tak naprawdę nie ma jej z Wami?

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się otrzymać od drugiej osoby “wsparcie” z wykorzystaniem słów, które Was przygniotły i sprawiły, że poczuliście się nierozumiani?

Czy zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które z założenia powinny być wspierające, a w rzeczywistości wcale takie nie są? Myślę, że każdy z nas mógłby stworzyć indywidualną listę takich zdań – pocieszycieli, które zamiast koić i podnosić na duchu, dobijają.

“Nie ty pierwsza, nie ostatnia.”

“Inni mają gorzej.”

“Nie przesadzaj.”

“Wyolbrzymiasz”.

“Nie martw się.”

“Bo ty zawsze… bo ty nigdy… z tobą tak już jest…”

“Tyle ludzi choruje, są większe dramaty”.

“Bez przesady.”

“Powinnaś… a gdybyś tak…”

“Dobrze ci radzę.”

“Za bardzo się przejmujesz.”

“Musisz to olać.”

“Czemu nic jej/jemu nie powiedziałaś.”

“Będzie dobrze. Jutro zupełnie inaczej na to spojrzysz.”

“Każdemu się to zdarza.”

“Nie ma co się smucić.”

“Ale po co się złościsz.”

To tylko przykładowe zdania, które każdy z nas mógł w swym życiu usłyszeć. I, najprawdopodobniej, choć jedno z nich usłyszał.

Czy powyższe wypowiedzi pomogły ukoić nerwy, ból, smutek, złość? Czy pomogły w powrocie do równowagi? Czy dały poczucie: “Rozumiem cię. Masz prawo tak się czuć?” Niektórzy z Was powiedzą: “W tych zdaniach nie ma nic złego”. Inni, przytakną, podkreślając, że rzeczywiście w tych słowach nie ma nic wspierającego.

A czy zdarzyło Wam się wypowiedzieć podobne zdania, kierując je w stronę kogoś, komu było trudno i źle?

Mi zdarzyło się.

Nie dlatego, że chciałam się wymądrzać. Ja naprawdę miałam intencję podniesienia drugiej osoby na duchu.

Bywało tak, że gdy bliska mi osoba zmagała się z jakimś wyzwaniem, miałam tendencję do zagadywania jej. Do moralizowania, pouczania, doradzania, filozofowania, dzielenia przysłowiowego włosa na  wiele części, tworzenia przypuszczeń, hipotez, wielu możliwych rozwiązań.

Nie byłam ani dobrym słuchaczem, ani osobą, która potrafi przynieść wsparcie. Wymądrzałam się. Taki to był mój nieznośny nawyk, z którego istnienia nie zdawałam sobie sprawy.

Pamiętam, jak na studiach z pedagogiki zetknęłam się z książką “Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały, jak słuchać, żeby do nas mówiły” A. Faber i E. Mazlish.

Jaka to była przełomowa i odkrywcza dla mnie książka. Po raz pierwszy zasiała we mnie ziarno niepewności. Że, być może mój sposób komunikowania się, wcale nie jest taki dobry. Że, być może można inaczej. Lepiej. W sposób wzmacniający relację.

Podane w książce w formie graficznej i pisemnej przykłady wspierających dialogów przez długi czas wywoływały we mnie opór.

“Ale jak to… to tak się da? Po prostu wysłuchać dziecko, bez udzielania mu rad? Wskazówek? Podpowiedzi? Tak je zostawić samemu sobie, niepewne w czasie podejmowania decyzji?”

“Ale jak to? Tak po prostu słuchać jak ktoś opowiada o swych smutkach, trudnym dniu i nic nie komentować? Zostawiając przestrzeń i miejsce na ciszę? Nie, dla mnie to niewykonalne”.

Z jednej strony czułam, że może warto tego typu komunikacji spróbować, z drugiej bardzo się przed nim wzbraniałam, bo mocno byłam przywiązana do tego, jak do tej pory funkcjonowałam.

Minęło kilka lat od lektury cyklu książek A. Faber i E. Mazlish – “Jak mówić…” W tym czasie niewiele zrobiłam ze zdobytą dzięki lekturze wiedzą.

Wszystko zmieniło się, gdy zostałam mamą.

Gdy na świecie pojawiła się moja córka.

Gdy zaczęłam uczęszczać na pierwsze warsztaty dla rodziców, w czasie których długo uczyłam się komunikować inaczej niż dotychczas. Uczyłam się, jak można inaczej. Jak można bardziej wspierająco.  Ćwiczyłam, w bardzo żmudnym dla mnie procesie jak można parafrazować i odzwierciedlać czyjeś słowa.

Co znaczy parafrazować? Odzwierciedlać?

W bardzo dużym uproszczeniu – powtarzać, własnym słowami to, co przed chwilą powiedziała druga osoba. Po to, by upewnić się, czy dobrze ją zrozumieliśmy. Czy usłyszeliśmy to, co chciała przekazać, a nie to, co nam się wydawało, że powiedziała.

Jak w przypadku każdej nauki, początkowo szło mi opornie. Słuchając drugiej osoby, nie koncentrowałam się zbyt mocno na tym, co mówi, lecz na tym, by dobrze odtworzyć jej słowa. Czułam, że ponoszę komunikacyjną porażkę za porażką.

Mijały lata, a ja z każdą kolejną rozmową, wymianą myśli czułam, że jestem w niej. Że słucham i coraz lepiej słyszę. Że przestaję od siebie wymagać idealnego odzwierciedlania, lecz pozwalam sobie na “chwilę zapomnienia” i pobycia w kontakcie z drugim człowiekiem. Bez oceniania, doradzania, narzucania swojego obrazu świata. Bez uciążliwego dla innych i męczącego dla mnie samej wymądrzania się. Z ofiarowanym samej sobie prawem do omylności. Do milczenia. Do niewiedzy dotyczącej tego, co i jak powiedzieć. Czy i jak wesprzeć.

Pamiętam, jak kiedyś bliska mi osoba powiedziała, że istnieje takie pojęcie jak “nadgorliwość neofity“. Opisuje ona tendencję do wykorzystywania nowo zdobytej wiedzy i umiejętności niemal w każdej możliwej sytuacji.  Prowadzi czasem do skrajności, w której nie widzimy innych sposobów na komunikowanie się, jak jedynie słuszne, nowo przez nas nabyte. Dopiero po czasie, po miesiącach (a nawet latach) doświadczeń, wymiany myśli i zdań z różnymi osobami, zyskujemy dystans. Łapiemy równowagę. Odpuszczamy i nie jesteśmy tak restrykcyjni w swoich zachowaniach a także wymaganiach komunikacyjnych względem innych ludzi.

Dziś już nie mam oporów przed podzieleniem się z Wami moją drogą. Błędami w myśleniu. Błędami  w działaniu. Dziś wiem, że to nic strasznego. Nie każdy z Was musi tę drogę rozumieć, być może jednak znajdzie się ktoś, kto się w niej odnajdzie. I pomyśli: “Jak dobrze, że nie tylko ja tak mam. Jak dobrze….

Dziś też, mym kolejnym długim wstępem, chciałam gorąco zaprosić Was do lektury najnowszej książki Wydawnictwa Levyz pt. “Słyszę Cię“, której autorem jest Michael S. Sorensen. Zauważcie, że tytuł nie brzmi “Słucham Cię” lecz “SŁYSZĘ Cię”, co mocno kieruje uwagę książki na proces KOMUNIKACJI. Takiej, w której człowiek jest widziany i przyjmowany takim, jaki jest.

Tę książkę przeczytałam w 1.5 dnia. Niemal ją połknęłam. Okazała się bardzo ciekawym, zgrabnym, jasno opisanym podsumowaniem wiedzy i doświadczeń, które gromadziłam w ostatnich latach. Jednocześnie dostarczyła mi nowych, cennych informacji i przypomniała o sposobach słyszenia rozmówcy, o których w zabieganej codzienności zdarza się czasem zapominać.

Dzięki tej publikacji poznałam i zrozumiałam znaczenie słowa WALIDACJA. To, ujmując słowami zamieszczonymi w książce, umiejętność wczucia się w uczucia drugiej osoby i okazania jej zrozumienia dla tych uczuć. Bez próby doradzania, poprawiania, naprawiania, moralizowania. Z akceptacją i poszanowaniem. Innymi słowy, to sposób pokazania drugiej osobie, że ją widzimy, słyszymy, rozumiemy oraz akceptujemy. Walidacja wiąże się z gotowością do użycia słów:

Przykro mi (…) To musi być bardzo frustrujące.  Pamiętam, jak w zeszłym miesiącu zmagałem się z czymś podobnym i, kurczę, było ciężko“. (to przykładowe słowa zaczerpnięte z książki “Słyszę Cię”.

Jak pisze autor – Michael S. Sorensen:

Człowiek jest istotą społeczną. Pragnie akceptacji, uznania i poczucia przynależności. W chwilach powodzenia i szczęścia pragnie dzielić radość z innymi. W chwilach cierpienia i zgryzoty szuka otuchy i wsparcia. Jakkolwiek na niego spojrzeć, jest zaprogramowany na relacje.”

Dodatkowo dodaje on, że walidacja to nic innego jak dostrzeżenie oraz potwierdzenie WARTOŚCI (a nie słuszności) uczuć drugiej osoby. To przekazanie jej niezwykle istotnej informacji:

Słyszę cię. Rozumiem, co czujesz i uważam, że twoje emocje są całkowicie uzasadnione“.

Zwróćmy uwagę na to, że w relacjach społecznych wcale nie tak często dajemy innym ludziom prawo do uczuć, które mają. Świadczą o tym chociażby takie słowa, jak:

“Nie smuć się – nie płacz”

“Nie złość się – nie denerwuj się”

“Nie dramatyzuj”

“Nie bądź taka zazdrosna”

“Ale ty jesteś zawistna”

“Czemu ty się tak wszystkim przejmujesz?” lub “Za bardzo się wszystkim przyjmujesz,”

Walidacja, zgodnie z tym, co pisze autor, to umiejętność przyjęcia uczuć drugiej osoby bez oceniania ich. Nie znajdując się “w jej skórze”, mając odmienny temperament, osobowość, życiowy bagaż, trudno cokolwiek doradzać i oceniać.

Okazuje się, że osoba, która poczuje się wysłuchana i zrozumiana (bez zbędnych rad i ocen) jest w stanie:

– pozbyć się nagromadzonego w ciele napięcia (towarzyszy jej charakterystyczny “wydech ulgi”),

– znajduje w sobie przestrzeń, by znaleźć własne rozwiązanie na trapiące ją zmartwienie,

– czuje się zrozumiana, przyjęta taką, jaka jest,

– czuje, że ma prawo się złościć, smucić, frustrować, czuć zazdrość, niepokój, lęk, radość, podekscytowanie,

Jak podkreśla sam autor:

W większości przypadków ludzie, którzy żalą się lub narzekają, mają już pomysł na rozwiązanie problemu – szukają tylko kogoś, kto zauważy i doceni ich zmagania.”

Przykłady takich walidujących zdań, które wymienia autor są następujące:

“Kurcze, naprawdę można się pogubić.”

“Tak powiedział? Też bym się wściekła.”

“To strasznie smutne.”

“Doskonale rozumiem twoje uczucia. Miałam podobną sytuację i było mi bardzo ciężko.”

“Masz prawo być dumna, to wielkie osiągnięcie”.

“Cieszę się razem z tobą! Ciężko na to pracowałaś. Musisz się czuć wspaniale”.

Ogromnie cieszę się, że w tej książce autor podkreśla, iż uczucia są potrzebne. Że trudno nadawać im znaczenie, wystawiać ocenę, określać ich przydatność. Michael S. Sorensen podkreśla:

Prawda jest taka, że żadna emocja nie jest z natury zła ani dobra.  Uczucia są, jakie są. Są po prostu reakcjami na sytuacje. I czy nam się to podoba, czy nie, będziemy przeżywać ich całe mnóstwo, dzień po dniu, do końca życia. Najlepiej ujął to William Szekspir: “W rzeczy samej nic nie jest złem ani dobrem samo przez się tylko myśl nasza czyni to i owo takim“. Rozstrzygający jest sposób, w jaki interpretujemy emocje i jak sobie z nimi radzimy.

Autor mierzy się z potencjalnym zarzutem, który mogą wysunąć osoby towarzyszące komuś w rozmowie. Trudno bowiem wspierać w trudnych momentach kogoś, kto może (w naszym odczuciu) przesadzać. Wyolbrzymiać. Histeryzować. Pojawia się pokusa, by taką osobę nieco “naprostować, postawić do pionu”. Pokazać jej inną perspektywę, wyjaśnić i przekonać, że nie ma się czym martwić. Na te ewentualne wątpliwości Michael S. Sorensen odpowiada następująco:

Każdy, niezależnie od wieku, płci i inteligencji, raz na jakiś czas niepokoi się lub zamartwia czymś, czym teoretycznie “nie powinien”. Kiedy ktoś znajduje się w tym stanie, nie pomaga mu proste “nie martw się”. Jeśli zamiast tego pokażesz mu, że dostrzegasz i akceptujesz jego uczucia, to albo sam znajdzie rozwiązanie, albo będzie bardziej skłonny do wysłuchania twojej propozycji“.

Dodatkowo, swojej książce, autor mierzy się z popularnymi mitami dotyczącymi walidacji. Tłumaczy, że:

– 1.) Walidować można nie tylko przykre, nieprzyjemne uczucia, ale też radość, euforię, dumę, podekscytowanie.

2.) Aby walidować nie trzeba się z kimś zgadzać (takie przekonanie może być bardzo blokujące). Nawet jeśli mam inne podejście do życia, osobowość, sposób radzenia sobie z wyzwaniami, wciąż mogę dawać drugiej osobie sygnał, że rozumiem jej uczucia, że i one i ona są OK.

3.) Walidacja nie jest tym samym co parafrazowanie (o którym już wcześniej wam wspomniałam). Parafrazowanie to powtarzanie tego, co powiedziała druga osoba, naszymi słowami. Jednak nie musi oznaczać, że widzę tą osobę, że rozumiem jej uczucia, czując poniekąd emocje, które ma w sobie.

Autor łączy sztukę walidacji z empatią, czyli zdolnością do rozumienia oraz współdzielenia cudzych emocji. Dodatkowo tłumaczy jaka jest różnica pomiędzy empatią a współczuciem, co jest bardzo ważne w procesie wspierającej komunikacji. Osobom zainteresowanym podaje sposoby na rozwijanie i ćwiczenie się w empatycznej komunikacji, co może być dla nich wspierające i odkrywcze.

W dalszej części książki autor opisuje stworzoną i opracowaną przez siebie metodę uczenia się formułowania komunikatów wspierających podzieloną na 4 etapy:

1.) Empatyczne słuchanie.

2.) Walidowanie emocji (nazywanie tego, co druga osoba czuje).

3.) Oferowanie rady lub pocieszenia (tylko i wyłącznie po uprzednim zorientowaniu się, czy druga osoba tego potrzebuje).

W tej części autor wspomina o tym, jak mocno komunikację może utrudniać, ucinać i zaburzać z pozoru niewinne “ale“. Dodaje też, dlaczego bardziej sprzyjające dla budującej komunikacji jest formułowanie zdań, w których używamy języka osobistego (to termin stworzony przez Jespera Juula) i mówimy o tym co MY czujemy, zamiast kierować uwagę na to, co robi ktoś inny. Czyli zamiast komunikatu TY używam komunikatu JA.

4.) Rewalidowanie (czyli kończenie rozmowy komunikatem wspierającym, przypominającym rozmówcy, że rozumiemy zarówno jego, jak i emocje, które w nim drzemią).

Jeśli ktoś z Was, czytając powyższe słowa, myśli sobie, że taka forma komunikacji w kilku krokach jest sztuczna i nienaturalna, ma do tego prawo. Ja przeszłam długą drogę poznawania innych sposobów mówienia, niż te, które wcześniej wydawały mi się idealne.

Doświadczyłam na sobie, jak dużo daje zmiana podejścia, zmiana słów, które kierujemy w stronę osób szukających u nas wsparcia.

Mam w pamięci spisaną na początku tego tekstu rozmowę z filmu “Dzień świra”. Długa droga za mną. Długa podróż przede mną.  Jestem jednak głęboko przekonana o tym, że takie książki jak “Słyszę cię” są ważne, potrzebne i poszerzają perspektywę. Ukazują inny sposób komunikacji. Pokazują, że można inaczej. Że warto inaczej. Jeśli nie jesteście do tego przekonani, spróbujcie zastanowić się nad tym, jakie słowa innych ludzi są dla Was w trudnych momentach pomocne i wspierające a jakie Wam nie służą. Dla mnie to zawsze potężna wskazówka dotycząca tego, czego nie mówić.

Ważna rzecz: nie wystarczy używać słów. Liczą się także nasze gesty, mimika, mowa ciała. To one, w połączeniu ze słowami, tworzą najbardziej spójny przekaz. To one mogą wzmocnić i zbudować relację, bądź ją zaburzyć.

Jeśli więc chcecie poszerzyć swoją perspektywę, spojrzeć innym okiem na proces komunikacji, poznać przykłady wspierających rozmów (których w drugiej części książki jest całkiem sporo), zachęcam Was do sięgnięcia po tą publikację.

Zachęcam Was również do poznania innych cudownych książek, które ukazały się nakładem Wydawnictwa Levyz.  Niebawem napiszę Wam o nich więcej, tymczasem bardzo jestem ciekawa Waszych refleksji po lekturze mojego wpisu.

Bardzo Was zachęcam do komentowania i zostawiania po sobie śladu.

Dobrego wieczoru Kochani!

M!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *