Dzienne archiwum: 22 marca 2017

Nigdy nie przestanę cię kochać… “To Joey with love”

Zgodnie z moją dzisiejszą zapowiedzią chciałabym Wam przedstawić wyjątkową książkę i wyjątkowy film. Zarówno publikacja, jak i materiał wideo pokazują MIŁOŚĆ w najczystszej postaci. Miłość, która nie zna granic. Miłość, której nie przerwie nawet śmierć.

Joey i Rory Feek to małżeństwo muzyków, które przez wiele lat występowało razem na scenie. Półtora roku temu po raz pierwszy o nich przeczytałam. Tekst był przejmująco smutny, opatrzony wymowną ilustracją, na której nieuleczalnie chora kobieta przytula swoje ukochane dziecko. Czytałam go z ogromnym zainteresowaniem i wzruszeniem a łzy spływały mi po policzkach. Nie umiałam sobie wyobrazić, co musi czuć zarówno mąż, dla którego ukochanej żony nie ma już nadziei na wyzdrowienie oraz córeczka, która jeszcze nie rozumie, że jej mama odchodzi. Ponieważ po przeczytaniu tekstu czułam wielki niedosyt i miałam potrzebę, aby bliżej poznać tych niezwykłych ludzi, zaczęłam szukać. Znalazłam ich profil na FB, znalazłam ich stronę internetową i czytałam na bieżąco wpisy Rory’ego, który opisywał codzienność swojej rodziny. Strach, lęk, niepewność, tęsknota, smutek, żal, a jednocześnie silna wiara w sens wszystkiego, z czym przyszło tym ludziom się mierzyć oraz radość z każdego wspólnego dnia.

Na kilka miesięcy przed diagnozą, Joey i Rory powitali na świecie swoją córeczkę. Mała Indiana urodziła się z zespołem Downa i uczyniła swoich rodziców najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Od pierwszych dni otaczali ją troską, uwagą, miłością a ona pięknie odwdzięczała się im tym samym. Kilka miesięcy po narodzinach małej Indy, Joey podczas wizyty kontrolnej u lekarza dowiedziała się, że wyniki jej badań są niepokojące i trzeba będzie je pogłębić. Niedługo potem Joey usłyszała diagnozę – to nowotwór w bardzo poważnym stadium zaawansowania. Wymagający natychmiastowej operacji i podjęcia leczenia. Od tego momentu Joey i Rory rozpoczęli walkę o każdy kolejny, wspólny dzień. Joey cechowała niezwykła pogoda ducha, ogromne dobro, serdeczność, miłość, którą obdarowywała bliskich sobie ludzi. We wszystkie działania (uprawę ogródka, dbanie o dom, śpiewanie, opiekę nad małą Indianą, uczenie jej życia) wkładała całe swoje serce. Była idealnym przykładem kobiety, która potrafi żyć w pełni tu i teraz, koncentrując się na najbliższych, uważnie obserwując to, co dzieje się wokół niej. Cieszyła się najdrobniejszymi rzeczami, postępami rozwojowymi swojej córki, serdecznością bliskich oraz nieznajomych ludzi, którzy przesyłali jej wsparcie w rozmaitej postaci. Za każdym razem, gdy Rory publikował nowy wpis, czytałam go z zapartym tchem, nie mogąc pohamować swoich łez. Do końca miałam nadzieję, że zdarzy się cud i Joey wyzdrowieje. Niestety. Choroba była silniejsza.  Ten dzień pamiętam bardzo dokładnie. Była niedziela – 4 dzień marca. Pogoda, jak teraz – kapryśna, niezdecydowana, wietrzna i pochmurna. Zbudziłam się rano i odruchowo chwyciłam za telefon, by na szybko przejrzeć różne informacje (teraz mocno zmieniłam swoje nawyki i nie spieszę się już tak z zaglądaniem do telefonu tuż po przebudzeniu.) . Gdy zajrzałam do swoich aktualności moim oczom ukazała się fotografia opatrzona wpisem: “Spełniło się największe marzenie mojej żony. Jest już w niebie. Rak odszedł i ból również“. Przejmująca historia jest jednocześnie pięknym zapisem miłości pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy w Bogu i głębokiej wierze odnajdują sens życia. Których ta wiara prowadzi przez życie, umacniając szczególnie w trudnych, niezrozumiałych dla nich sytuacjach.

Niedawno minął rok od śmierci Joey. Aby pamięć o niej była wciąż żywa, Rory przygotował dziewięćdziesięciominutowy film, w którym pokazuje najpiękniejsze, regularnie przez siebie dokumentowane chwile z ich wspólnego życia. Produkcja pojawiła się w kinach 23 września 2016 w dzień urodzin Joey i miała być prezentem od kochającego męża dla największej miłości jego życia (“To Joey with love”). Rory napisał również wydaną  14 lutego 2017 r. książkę “This life I live”, w której opisuje swoje życie po śmierci ukochanej oraz wspomina ich wspólne chwile. Z tą książką przepadłam wczoraj wieczorem i, mimo, że było już bardzo późno, nie umiałam oderwać się od lektury. Poruszyły mnie słowa, które pojawiają się już w pierwszym rozdziale: “Jestem znany. (…) Jestem znany z tego, że kocham moją żonę”. On nie pisze o niej w czasie przeszłym, lecz teraźniejszym, bo mocno czuje, iż ona jest ciągle obecna.

Za chwilę wyłączę komputer, odłożę telefon na bok i zaproszę męża do wspólnego obejrzenia filmu, na który tak długo czekałam. Dzięki takim osobom jak Joey, Rory, Indy zaczynam rozumieć, na czym polega życie. Widzę i inspiruję się tym, jak można chwytać każdą chwilę pełnymi garściami, próbując wyciskać jak pożywną cytrynę. Jakby jutra miało nie być.

Uważam, że warto znajdować godne naśladowania wzory i pewną ich cząstkę przemycać do własnego życia. By nie żałować, że najpiękniejsze momenty, chwile niepostrzeżenie nam umknęły. By kolekcjonować piękne wspomnienia oraz serdeczne, czułe i budujące słowa. Takie, których nie zastąpi czas spędzony w sieci. Najcenniejsze jest bowiem to, co możemy poczuć i dostrzec –  serdeczne gesty czułe przytulenie, całus w policzek, energetyczny uścisk dłoni 🙂 Zdecydowanie warto wylogowywać się do ŻYCIA.

Jeśli chcielibyście poznać bliżej historię Joey i Rory’ego, polecam Wam jego cudowny blog: http://www.thislifeilive.com oraz profil na FB: Joey+Rory

Życzę Wam dobrego wieczoru 🙂 Pędźcie do swoich bliskich na serdeczne przytulasy, podawajcie dalej dobre, budujące, doceniające drugą osobę słowa, szukajcie dobra i szczęścia wokół 🙂 Ja już do tego pędzę 😀

M!

Gdziekolwiek jesteś… gdziekolwiek będziesz…. moja miłość Cię odnajdzie

Kochani, już dawno nie trzymałam w rękach tak wyjątkowej publikacji o MIŁOŚCI. Dedykowana dzieciom, wzruszająca również dla dorosłych. Przybyła do mnie dzięki serdecznej osobie, która przywiozła mi ją na specjalne zamówienie ze Stanów. W Polsce niestety nigdzie jej nie widziałam. Nancy Tillman to autorka licznych kartonowych publikacji dla dzieci,  w piękny sposób opowiadających o sprawach małych, wielkich oraz ważnych dla młodego człowieka.  Niezwykle cenną jest dla mnie umiejętność ubierania w słowa rzeczy, spraw, stanów, o których nam – dorosłym czasem trudno jest mówić. Bardzo bym chciała, aby te cudne książki zadomowiły się na naszym polskim rynku wydawniczym.

Z tą książeczką można wyruszyć w pierwsze językowe przygody, ucząc dziecka zdań w języku angielskim.

“Wherever you are my love will find you” – cudowny tytuł. Przetłumaczyłabym go na język polski, jak zawsze, dodając coś od siebie: “Gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek będziesz, moja miłość cię odnajdzie”.

Książeczka jest kartonowa, idealna już dla najmłodszych czytelników. Przepiękne ilustracje opatrzone oszczędnymi, lecz wymownymi słowami wzruszają oraz skłaniają (mnie na pewno ;)) do refleksji i rozmyślań. Jestem pewna, że tę książkę pokochałoby każde dziecko. Myślę, że można ją śmiało czytać przed snem, aby mały człowiek zawsze pamiętał, że niezależnie od tego, czy będziemy blisko niego, czy też będzie ono od nas nieco dalej (na początku w żłobku, przedszkolu, później na studiach i, być może, za granicą) nasza miłość  będzie przy nim (ponieważ prawdziwej miłości nie straszne są duże odległości). Jest ona niczym wiatr, którego nie widać, a który cudownie czuć. Jest jak ciepło, które daje nam poczucie komfortu, szczęścia i bezpieczeństwa. Jest  ciągle obecna. Jest niczym powietrze dostarczające tlen naszemu organizmowi i ożywiające poszczególne komórki naszego ciała. Miłość możemy wysyłać niczym list. W trakcie swej podróży pokonuje ona różne przeszkody, lecz zawsze dociera do odbiorcy, naszego dziecka. Jest w naszych myślach, gestach, tęsknocie, trosce, uśmiechu, ciepłej barwie głosu…

Wzruszam się pisząc te słowa, ponieważ tak właśnie chcę mówić mojej Lilci o swojej miłości do niej. I takie poczucie bezpieczeństwa chcę w niej budować. Zależy mi na tym, aby wiedziała, że niezależnie od tego, gdzie będę (czy w tym ziemskim życiu, czy już poza nim) moja miłość do niej nigdy się nie skończy, ona będzie trwała, wieczna, nawet jeśli już nie będę mogła jej przytulić. Bo kiedy mnie już nie będzie, to (mocno w to wierzę), dalej będę jej niewidzialną, nienachalną, wspierającą towarzyszką 🙂 Poprzez słowa, których ją uczę, poprzez spojrzenie, którym będzie zachwycała się życiem i codziennością, poprzez serdeczność skierowaną w stronę drugiego człowieka, poprzez uśmiech, którym będzie okazywała radość ze swoich postępów i dokonań. Poprzez wewnętrzny głos, nad którym codziennie pracujemy, a który będzie motywował ją do działania, dawał siły, zadowolenie z siebie i serdeczność względem swoich działań (w tym wyrozumiałość do rzeczy, które nie zawsze będą jej się udawały).

Idealnie oddają to jedne z ostatnich słów książki:

“just lift up your face, feel the wind in your hair.

That’s me, my sweet baby, my love is right there”

Jak powyższe słowa przeczytam Lilci?

“Lilciu … Wystarczy, że uniesiesz twarz, poczujesz wiatr we włosach,

To będę JA, moja ukochana córeczko, moja miłość będzie przy Tobie…”

M!